Kitka z nitką

O chorobcia, coś się kroi!


30 komentarzy

Lato ≠ wełna?

DSC08292

Rozbudźcie wyobraźnię. Lato. Z nieba leje się żar. Słońce ani na chwilę nie zachodzi za choćby maleńki obłoczek, bo obłoczka, choćby najmniejszego, w taki dzień próżno szukać. W mieście beton i asfalt oddają ciepło ze zdwojoną siłą.  Istna patelnia. Chciałoby się wskoczyć w kostium kąpielowy i czmychnąć na jaką plażę albo basen w egzotycznym kurorcie. A tu lipa. Do pracy trzeba przyodzianą godnie i odpowiednio się udać. Co by tu w takim razie włożyć? Coś lekkiego i przewiewnego. Len, bawełna wiskoza? Jedwab? A może wełna? Ale jak to wełna?! Puchate owieczki z podhalańskich pastwisk → wełniane swetrzyska → zima i szczękanie zębami na mrozie. Taki to u mnie ciąg skojarzeń. Wełna na lato? Ano tak, wełna :). Tyle że to nie jest tak, że ja nie wiedziałam, że wełna może być świetną tkaniną na lato. W końcu z wełny szyje się przecież garnitury, a w tych mój mąż chadza cały rok. Ale to była, że tak powiem, wiedza teoretyczna. Na własnej skórze przekonałam się jednak ostatnio, jak fantastycznym letnim materiałem może być wełna. DSC08376DSC08377DSC08347DSC08374DSC08378

A było to tak. Wstąpiłam sobie do sklepu, żeby kupić tkaninę na bluzkę. Tę, którą macie już prawie wszystkie albo zamierzacie w najbliższej przyszłości sobie sprawić. Obmacałam wszystkie bawełny, wiskozy, jedwabie. Ale nic nie zyskało mojego uznania. Dotarłam wreszcie do belek z wełną. I wśród nich znalazłam przecenioną końcówkę wprost idealną na bluzkę z Burdy 5/2017 model 109 A. A zaraz obok piękną bordowo-grafitową wełnę na spódnicę z tego samego numeru (model 117 A). Zestawienie tych kolorów mnie zauroczyło. W wyobraźni widziałam już ten super komplet, który z nich powstanie i muszę przyznać, że ani wyobraźnia, ani intuicja mnie tym razem nie zawiodły. Zestaw uszyłam sobie przedni. DSC08373DSC08339DSC08241DSC08295

Dzikich upałów jeszcze nie zaliczyłam, ale i tak to, co już mamy, jest na tyle wystarczające, by własnym doświadczeniem potwierdzić, jak cudowną tkaniną letnią może być wełna. Jest przewiewna, chłonie wilgoć, nie gniecie się prawie w ogóle, no i wygląda szlachetnie. Noszę ją z wielką przyjemnością. DSC08297DSC08296

Zarówno bluzka, jak i spódnica nie sprawiły mi żadnych kłopotów podczas szycia. Modele to proste, z małą ilością elementów i nieskomplikowanym opisem szycia. Idealne na szycie pomiędzy obowiązkami, posiłkami, zabawą albo przed wyjściem do pracy. Ani się człowiek obejrzy i już ciuch gotowy. To lubię. I mogę z czystym sumieniem polecić. DSC08308DSC08301

To że uszyłam sobie ten uroczy cukierkowy komplecik, nie znaczy, że zużywanie resztek oraz zapasów mam za sobą. Ta górka ciągle jest. Zaobserwowałam bowiem jedną rzecz. W nagrodę za uszycie resztkowych ubrań kupiłam sobie nowe tkaniny (nie pierwszy zresztą raz). A z tych znów zostały jakieś ścinki, które są za duże, żeby je wyrzucić. Trafiły więc na kupkę. I tym sposobem jej objętość utrzymuje się stale na tym samym poziomie. Chyba czas się z tym pogodzić ;).

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!


14 komentarzy

Gorrrąca… sukienka

dsc07119

Jak dobrze wiemy, zrobienie zimą zadowalających zdjęć ciemnym albo jaskrawym ubraniom jest nie lada wyczynem. W końcu nie chodzi tylko o to, żeby pokazać kolorową plamę, bo w szyciu przecież liczą się często detale. Te chciałam uchwycić, pokazując Wam prostą sukienkę, ale w domowym zaciszu nie udało mi się złapać tego za wiele. Użyjcie więc wyobraźni ;). dsc07118dsc07009

Sukienka powstała jeszcze przed świętami i miała być tą jedną czerwoną w roku. Miała być także sukienką świąteczną i zimową zarazem. Uszyłam ją więc z grubaśnej wełnianej dzianiny w kolorze zgaszonej czerwieni. Na święta okazała się jednak za ciepła. Na szczęście w mrozy sprawdza się wyśmienicie. dsc07019dsc06995dsc07054

Pisałam już, że wyjątkowo przypadła mi do gustu forma sukienki z sierpniowej Burdy. Uszyłam ją raz, uszyłam drugi, przerobiwszy na sukienkę kopertową, uszyłam teraz po raz trzeci, wprowadzając znów niewielkie zmiany. Miałam wielkie zakusy na sukienkę z październikowej Burdy, ale równie wielkie obawy co do tego, czy jest to dla mnie własciwy model. A i tak najbardziej podobał mi się dekolt. Przeniosłam więc jego kształt na formę z sierpniowej Burdy, a na dół wykorzystałam wykrój spódnicy z sukienki „Jane” z Burdy Vintage 2015. Musiałam ją jednak sporo zwężać, żeby dopasować ją do góry, co ostatecznie doprowadziło ją do kształtu spódnicy z pierwotnej sukienki, odrobinę tylko poszerzonej na dole. Tym samym otrzymałam sukienkę bardzo prostą w formie, wyrazistą ze względu na kolor, ale przy tym wszystkim jednak dość uniwersalną. dsc07117

Dzianina, mimo że gruba, przytulając się do ciała, jest bezwzględna dla wszelkich nierówności, które chciałoby się ukryć. Ponieważ sukienkę uszyłam bez podszewki, niezbędna przy jej noszeniu na dzień dzisiejszy jest halka. Najlepszym rozwiązaniem byłoby po prostu pozbycie się tych nierówności, ku czemu pewne kroki podjęłam, ale nie będzie łatwo, biorąc pod uwagę, że czekolada zawsze zwycięża ;).


32 komentarze

Wełniany kardigan

Oj, dużo wody w Wiśle upłynęło, zanim od powzięcia myśli o uszyciu swetra przeszłam do aktywnego działania. Kardigany szyli prawie wszyscy, ja też chciałam, ale gdy nie miałam jeszcze owerloka, wydawało mi się to w ogóle niemożliwie (a to nieprawda, bo teraz wiem, że taką akurat rzecz to z powodzeniem można uszyć bez). Potem pojawiła się maszyna, ale jakoś szybko minęła zima, a wraz z nią moje chęci. W tym sezonie znów się zasadziłam na własnoręcznie szyte długaśne swetrzysko, ale nim do tego doszło, pomyślałam jeszcze, że może jednak rozejrzę się po sklepach i obejdzie się bez szycia. Nachodziłam się sporo, nie powiem, naszukałam, naprzymierzałam. Ale wiecie co? Kiedy doszłam do tego, że w większości przypadków za sweter w najlepszym razie w połowie z włókien naturalnych zapłaciłabym krocie, postanowiłam zaryzykować i uszyć go sama. W Natanie kupiłam dzianinę w osiemdziesięciu procentach wełnianą i sprawiłam sobie kardigan. dsc07145dsc07142

Wybrałam wykrój 107 z Burdy 11/2013. Mimo że noszę rozmiar 38, zdecydowałam od razu, że odrysuję najmniejszy rozmiar (36) i dopasuję go do własnych potrzeb. Już na starcie zwęziłam jego przednie części tak, żeby na siebie nie zachodziły. Skróciłam go także o 10 cm i  zwęziłam rękawy. Po zszyciu okazało się jednak, że sweter dalej jest wielki :). Nie mając już zbyt wielu możliwości, zwęziłam nieco rękawy na całej długości i górną część swetra, tak jakbym chciała go wytaliować. I tak jest go dużo, ale przynajmniej mieści się pod kurtką lub płaszczem. dsc07144dsc07146

Z braku doświadczenia z dzianinami swetrowymi nie miałam pojęcia, jak będzie wyglądał i jak będzie się nosić taki sweter z akurat tej swetrówki. Ta jest dość zwarta, średnio elastyczna i przez to też trochę sztywna. Jako odzienie wierzchnie kardigan sprawdza się świetnie – trzyma formę i grzeje. Zdecydowanie będzie z niego pożytek także wiosną. Natomiast muszę przyznać, że nie jest to miękki otulacz, w który z chęcią zawinęłabym się w zimną noc, siedząc na kanapie i oglądając film. Jest zbyt sztywny i trochę drapie. Ale ma jedną niepodważalną zaletę –  grzeje jak opętany. Dlatego ja jestem na tak :). dsc07147dsc07152

Nie szyłam kieszeni w szwach bocznych, choć przecież jestem niemalże kieszeniową maniaczką. Ale w tym przypadku obawiałam się znacznego poszerzenia mnie w biodrach. Pomyślałam, że może naszyję jakieś kieszenie bardziej z przodu, bo jednak bardzo by mi się przydały, ale brakuje mi koncepcji, jeśli chodzi o ich kształt. Może pomożecie? Pomóżcie :).


28 komentarzy

Nie polecam

DSC04783Mogłabym przerzucić tonę piasku. Albo dwie. Mogłabym naparzać siekierą pniaki w celu uzupełnienia zapasu na całą zimę w drewutni. Cały dzień, dwa, trzy… Mogłabym nawet przez cały tydzień myć okna, a musicie wiedzieć, że jest to czynność według mnie bardzo niewdzięczna, bardzo mi niemiła i bardzo niechętnie przeze mnie wykonywana (najwyżej raz w roku). I przy tym wszystkim nie zmęczyłabym się. Nie czułabym jak uchodzi ze mnie chęć życia oraz przekonanie, że to, co robię, ma sens. Zrobiłabym to wszystko, przespałabym się snem sprawiedliwego i nie czułabym nic poza napływem chęci do kolejnych przedsięwzięć. Nie zrobiłam jednak tego wszystkiego. Zajęłam się czymś dla siebie zupełnie zwyczajnym, co mnie zniechęciło, spowolniło i wystawiło moje nerwy na próbę.

Zanim jeszcze zaczęła się zima, kupiłam wełnę na płaszcz. Granatowy już trochę się wysłużył, poza tym pomyślałam, że dobrze będzie mieć coś jaśniejszego dla odmiany. Dokładnie opracowałam sobie plan tego, jak ma wyglądać. Miał być prosty, taliowany, bez kołnierza czy stójki, z zapięciem na środku. Na pikówce, którą miałam, żeby było ciepło. Spośród dwóch wykrojów, które mi odpowiadały, wybrałam model 119 z burdy 9/2012. Myślę sobie, jest mnie w końcu mniej, to odrysuję odpowiednik rozmiaru 38 (bo to wykrój dla wysokich babeczek jest). Dodam jeszcze z przodu 5 cm na listwę z zapięciem, bo w burdzie poły płaszcza schodzą się na środku i są zapinane na haftki, i będzie doskonale. Kieszenie schowam w szwach bocznych. Wyrysowanie odszycia to sprawa drugorzędna, zajmie tylko chwilę i nie spowoduje podniesienia poziomu trudności z dwóch burdowych kropek. Nawet wszywanie podszewki w normalnych warunkach by tego nie zrobiło.

Z pietyzmem przygotowałam moją wełnę do szycia, ułożyłam na niej elementy wykroju i narysowałam linie cięcia (tak w ogóle to już tego nie robię, bo mam linijkę w oczach, ale to w końcu płaszcz; płaszcz wymaga innego traktowania). Cięłam uważnie i z nabożeństwem należnym tej części garderoby. Wyciąwszy, zajęłam się zszywaniem. Po częściowym zszyciu, upięciu reszty szpilkami, bo chciałam sprawdzić, jak będzie, oraz przymierzeniu raził mnie grom z jasnego nieba. Miałam na sobie namiot!

Od tego momentu było tylko gorzej. Ale po kolei. Wiadomo było, że tak nie może zostać. Nie wiedziałam tylko, jak temu zaradzić. Ściąć zapasy szwów? Nie. Linie łączące z karczkiem się posypią. Wyrysować mniejszy rozmiar? Nie. Zaokrąglenia i wklęsłości wyjdą nie na tych wysokościach, co trzeba. Modelować? Modelowałam więc sobie fastrygami, aż osiągnęłam przyzwoity efekt. Ten efekt to co najmniej -16 cm w obwodzie na wysokości pasa. Przeniosłam linie na wykrój, a z poprawionego wykroju z powrotem na płaszcz. Zszyłam, ścięłam nadmiar, rozprasowałam. Światełko w tunelu. DSC04799

Tylko z wszywaniem odszycia i rękawów nie miałam kłopotów. Napiszę o dziwo, bo rękawy dostarczają mi zawsze trochę emocji. Ale te dały o sobie znać dopiero przy podszewce. Tak właściwie to pikówka była, wyciągnięta z zapasów, miała doczekać się wreszcie wykorzystania. Wycięłam, zszyłam linie pionowe, odpaliłam żelazko. Dwie kropki, zapasy, nic się nie dzieje. Ja je na płasko, a one hop i sterczą. To ja je znowu. A one siup, chyba żartujesz. To ja trzy kropki. To mi to białe, co ma ocieplać, zdechło. Przytopiło się i straciło ocieplającą objętość. Zrezygnowana siadłam do maszyny i jak ten dzięcioł tłukłam zapasy ściegiem prostym wzdłuż szwów po obu stronach. Sztywność pikówki trochę mnie niepokoiła, ale byłam tak zrezygnowana, że niespecjalnie o tym myślałam. Rękawy uszyłam z podszewki elastycznej, którą w międzyczasie nabyłam, wszyłam i tak zostawiłam to wszystko, bo się bardzo zmęczyłam.DSC04784

Kiedy sobie tak rozmyślałam o tym płaszczu, to chciałam, żeby był jakimś krokiem naprzód w porównaniu z poprzednim, żeby wyglądał porządnie, był tak uszyty i miał coś, co rzadko spotyka się w sieciówkowych wyrobach. Ładne guziki to oczywistość. Mi zamarzyła się jeszcze wypustka między podszewką a odszyciem. Przyszyłam więc wypustkę, przyszyłam podszewkę. Przymierzyłam i ogarnęła mnie żałość okrutna. Ta pikówka była tak sztywna, że wyglądałam, jakbym przywdziała krynolinę. To raz. Dwa, że wypustka plus nagromadzenie kilku warstw materiałów, a przede wszystkim tej parszywej pikówki, uczyniło garba na plecach oraz ramionach (a gdzież indziej można by spotkać garba?). Próbowałam to ratować poduszkami w ramionach, ale sterczący tył był tak wkurzający, że odpuściłam.

Dużo „odpoczywałam” podczas szycia. Robiłam sobie coraz to dłuższe przerwy, żeby się nie wykończyć. Po tej podszewkowej porażce rzuciłam szycie płaszcza w diabły i koiłam skołatane nerwy szyjąc drobiazgi. Widmo nadchodzącej wiosny jednak nieco mnie zmotywowało. Jeśli nie uszyję tego płaszcza teraz, to nie skończę go wcale. Szkoda mi było tej wełny. Podjęłam decyzję, że wywalam całą tę pikówkę w cholerę i wszywam samą podszewkę. Żeby nie ponosić już zbyt wielu kosztów, wygrzebałam bordową podszewkę z zapasów. Na rękawy musiałam jednak dokupić parę centymetrów, ale jakoś to przełknęłam. (Z każdego koloru na te rękawy mi brakowało). Na wypustkę uparłam się jak książę Iktorn na sok z gumijagód. Na wszelki wypadek wyciągnęłam ze środka tyle sznurka, ile się dało. Resztę zostawiłam, wszyłam i miałam nadzieję, że jakoś to będzie. Poduszki wywaliłam, rozprasowałam wszystko i po raz pierwszy odetchnęłam z ulgą. Musiałam jeszcze dojrzeć do dziergania dziurek na maszynie, bo moja bernina przy tej czynności nie współpracuje najlepiej z grubymi kosmatymi tkaninami. W końcu je wydziergałam, poprawiłam, bo inaczej nie dało rady, przyszyłam guziki i jest. Zwróćcie, proszę uwagę, że zapięcie, które miało wyjść na środku, jest, że tak powiem, niesymetryczne. Inaczej się nie dało, bo cała wcześniejsza robota wzięłaby w łeb, a ja mogłabym robić w płaszczu za przemytnika.

Po tym wszystkim moje uczucia do płaszcza są dość ambiwalentne. Wizualnie to on jest całkiem przyzwoity. Leży też znośnie, choć nie idealnie. Jest wciąż za duży, a mały garbek został, co widać na ramionach, ale to już nie kwestia wypustki, tylko zbyt wielu warstw, głównie zapasów. To też nauka na przyszłość, żeby jeszcze uważniej dobierać tkaninę do fasonu. Z drugiej strony tak jestem nim umęczona, że nie chce mi się nawet myśleć o jego noszeniu. Zdaję sobie jednak sprawę, że jak przyjdzie co do czego, to się nawet zastanawiać nie będę. Przetrawię, wyrzucę z głowy, wrzucę na grzbiet i już.

Już na koniec, choć zwykle staram się nie wypowiadać tak kategorycznie, radzę Wam, nie szyjcie tego płaszcza. Są inne, podobne, może nawet ładniejsze, a na pewno lepiej skonstruowane. Ten polecam tylko osobom o skłonnościach sadomasochistycznych. Jednostki o wątłych nerwach i cierpliwości trzyletniego dziecka odsyłam do innych modeli.


21 komentarzy

Wełniana kurtka na powitanie bardzo wczesnej wiosny

Ostatni tydzień poświęciłam przygotowaniom na nadejście wiosny. Takiej chłodniejszej, ale słonecznej. Jak napisałam w poprzednim poście, tak uszyłam. Coś trudniejszego niż bluzkę czy spódniczkę, ale nie tak trudnego, jak się spodziewałam. Uszyłam kurtkę, wełnianą, dokładnie taką, jaką ujrzałam na okładce styczniowej Burdy (model 104 A). Właśnie ona skradła moje serce i duszy kawałek też.

Wbrew obawom szyło się ją tak łatwo, że ja robiłam to, jedną nogą obsługując pedał od maszyny, a drugą zawracając pędzącą na mnie dziko ciuchcię 😉 Bo tym razem nie szyłam po nocach, kiedy Młody śnił o autach i lokomotywach, ale razem z nim, popołudniami, jedną część swego jestestwa poświęcając maszynie, a drugą zabawom i figlom z Misiakiem.

Zżymałam się na liczbę elementów, którą musiałam przerysować, wyciąć, potem znowu wyciąć, podkleić i zszyć, ale tak naprawdę to dzięki temu ta kurtka tak mi się spodobała. Dzięki asymetrycznemu przodowi też. DSC00468

Kurtkę uszyłam ze stosunkowo cienkiej wełny kostiumowej. W opisie szycia Burda kazała podkleić wszystkie elementy oprócz dolnej części pleców. Podkleiłam je jednak, bo bez tego ta część nie układała się najlepiej. Wydłużyłam też rękawy o 2 cm, bo burdowe są dla mnie zawsze za krótkie. DSC00495

Początkowo miałam podszyć kurtkę pikówką i uczynić z niej zimówkę, ale ostatecznie zrezygnowałam. Po pierwsze dlatego, że ta wełna raczej by tego nie utrzymała i się zdefasonowała. A po drugie okazało się, że rozmiar 38 w tym modelu jest bardzo dopasowany. Tak bardzo, że między mnie a kurtkę już niewiele się wciśnie.

I z wykroju, i z własnej roboty jestem zadowolona. Kiedy nadejdzie już odpowiednia pora, ta kurteczka będzie moim ulubionym okryciem. DSC00477

A żeby nie było tak zupełnie kremowo, „pokolorowałam” kurtkę podszewką. DSC00497