Kitka z nitką

O chorobcia, coś się kroi!


22 komentarze

Baza. Przemyślane zakupy

Skoro w mojej szafie zapanował wreszcie kolorystyczny porządek, w mojej głowie zaś na dobre rozgościła się wizja, postanowiłam udać się na internetowe tkaninowe zakupy. Tak naprawdę to chciałam też przy okazji sprawdzić sklep, w którym kupują wszyscy, a ja jakoś do tej pory jeszcze się nie skusiłam. Dotychczas, robiąc internetowe zakupy, nie działałam według jakiegoś z góry ustalonego schematu. Ot, brałam, co mi wpadło w oko, nie zastanawiając się specjalnie, co z tego uszyję. Chociaż nie, to też nie do końca prawda. Zwykle jednak chyba było tak, że szukałam jakiejś konkretnej tkaniny/dzianiny na daną rzecz, jeśli znalazłam, to wsadzałam do koszyka, a w pakiecie zamawiałam całą masę innych materiałów, bo przecież jak już płacić za przesyłkę, to żeby chociaż proporcje w kwotach były co najmniej sensowne. Summa summarum czasem wychodziło bezsensownie, bo jednak trochę tych materiałów skazałam na zmarnowanie, niewykorzystanie albo rozdanie. Te, które mi zostały leżą teraz jak wyrzut sumienia, a ja za każdym razem zastanawiam się, co by można z nich uszyć.  Stwierdziwszy, że te się na razie do niczego nie nadają, a chęć szycia jest nieodparta, postanowiłam uzupełnić zapasy.

Tym razem jednak sprawę zakupów przemyślałam gruntownie. Mam taki zielony segregator z wydrukowanymi wykazami modeli z numerów od 1998 roku. To bardzo dużo stron do wertowania i modeli do analizowania. I mam w tym swoim wykazie pozaklejane kolorowymi karteczkami, pokolorowane zakreślaczami, opatrzone uwagami modele, które już wielokrotnie uznawałam za warte uwagi. Niektóre kiedyś szyłam. Myśląc o zakupach, pomyślałam więc, że warto części z nich dać wreszcie szansę.

Wybrawszy modele, przystąpiłam do szukania tkanin. Postawiłam na neutrale i naturale, choć nie obeszło się bez wzorów. Starałam się jednak, by wszystko mieściło się w ramach bazy, którą dla siebie wybrałam. Jedynym grzeszkiem jest tu ta koralowa poliestrowa żorżeta, ale… nie będę się już tłumaczyć ;).

DSC04874

Paczki z tkaninami otwieram zawsze z uczuciem ekscytacji i bądź co bądź lekkiego niepokoju, bo jednak nigdy do końca nie wiadomo, co się w środku zastanie. W tej na szczęście znalazłam same cuda. Uwielbiam dotykać tkaniny, głaskanie tych sprawiło mi niesłychaną przyjemność. Po pierwsze dlatego, że mogłam sobie pogratulować naprawdę dobrego wyboru, a po drugie – ich dobrą jakość czuć w najdelikatniejszym muśnięciu. Już nie mogę się doczekać, kiedy zacznę nosić uszyte z nich rzeczy. Pierwsza będzie sukienka z najnowszej Burdy.

DSC04880


15 komentarzy

Znalazłam swoją mekkę

DSC02644

Pokonuję tę trasę dwa razy dziennie od ponad pięciu lat. Zdarzyło mi się zauważyć całkiem spory żółty szyld informujący, że 150 m dalej jest coś potencjalnie mnie interesującego. Mój mózg jednak z wyjątkowym uporem nie przetwarzał tej informacji. Do minionego czwartku (nie wiem, nie rozumiem, dlaczego) nie czułam zupełnie nic, co kazałoby mi wysiąść z autobusu po drodze do domu i sprawdzić to miejsce. Ale w czwartek po prostu wysiadłam i podreptałam. No i, chorobcia, zamarłam z zachwytu. Trafiłam do sklepu Alexis, który jest spełnieniem prawdopodobnie wszystkich moich oczekiwań wobec sklepu z materiałami. Wybór – ogromny, ceny – przystępne (choć i zawrotne się trafiają), a do tego można się przechadzać, macać, miętosić, wyciągać oraz rozwijać te piękne bele z materiałami na wielkim stole, kontemplować i komponować. A do tego to wnętrze… Naprawdę miałam niezły odlot. Nie mogąc sobie poradzić z nadmiarem wrażeń, wyszłam ostatecznie bez żadnych zakupów, ale z mocnym postanowieniem powrotu. W piątek, ochłonąwszy już trochę, wymyśliłam, po co wrócę, a dzisiaj tuż po 9 byłam już na miejscu uzbrojona w pomysł, wykrój i kasę. Kupiłam znacznie więcej, niż zamierzałam, ale z drugiej strony tak po cichu podejrzewałam się o to, że się nie powstrzymam. Nie broniłam się też za specjalnie.

Ta rzecz, którą sobie wymyśliłam do uszycia, to sukienka (ta ze zdjęcia powyżej i poniżej). Zapewne z modyfikacjami. Ale ogólną koncepcję zamierzam zachować. Najpierw wybrałam na nią te niebieskości, ale potem przypomniałam sobie o komentarzu Klary (dziękuję Ci za niego, bo skłonił mnie do poszukiwań :)) i postanowiłam je trochę przełamać. W ręce wpadł mi amarant i już z nich nie wypadł. Bardzo jestem ciekawa, co z tego będzie.

DSC02643

I jeszcze na koniec Wam napiszę o moim kolejnym odkryciu. To hurtownia dodatków krawieckich w Ząbkach. W sumie powinnam napisać, że to miejsce znalazł Michu (i za to chwała mu i cześć, i takie tam), bo to w końcu jego sprawka i jeszcze do tego mnie dzisiaj tam zawiózł. A ja tam weszłam i na własne oczy zobaczyłam kilometry wspaniałości, kilogramy różności i w ogóle mrowie wszystkiego. No obłęd normalny. Sprzedają w detalu. Oszalałam ze szczęścia. Jak ktoś zmotoryzowany, polecam. Chociaż ja to nawet na piechotę bym poszła…

A niebawem pokażę Wam kurtkę/narzutkę/kamizelkę letnią. Białą. Już kończę!

Pozdrawiam radośnie i wciąż na zakupowym haju 😉


5 komentarzy

Kwiecień – miesiąc mikrokatastrof i wielkich odkryć

Zaniedbałam się okrutnie! Szyciowo i życiowo, czyli kompleksowo. U niektórych nieszczęścia chodzą parami, u mnie dywizjami. Choć zaczęło się niewinnie…

Zobaczywszy u siostry odjazdową pościel, koniecznie zapragnęłam kupić sobie podobną. Oprócz podobnej zamówiłam jeszcze taką-inną-też-ładną. Kiedy odebrałam przesyłkę, zieloną wrzuciłam do prania z zielonymi, a biało-szaro-różową z białymi. Białe były koszulki Micha, koszula oraz bluza Misiaka. Zielone pranie wyjęłam zielone, a białe wyszło różowe. Biało-szaro-różowe pozostało bez zmian.

Pochorowało mi się towarzystwo. Najpierw zaniemógł Młody. Potem Stary położył się do łóżka i rozpoczął proces umierania.  Straciłam wówczas fotografa (a chciałam robić zdjęcia w weekend). Kiedy Młody przestał jeść, straciłam też resztki czasu wolnego, przeznaczając go na kulinarne akrobacje w celu odnalezienia potrawy, którą zechce jednak zjeść. W międzyczasie pracowałam, ogarniałam chaos oraz powoli opadałam z sił.

Przed weekendem zdecydowałam, że czas pokazać Młodego lekarzowi. W drodze licytacji ze Starym (kto jest chorszy) przegrałam, więc udałam się z Młodym do znachora. Młody, okazując zachwyt, wył jakąś godzinę, czym wykończył mnie skutecznie. Przestał, kiedy wyjeżdżając z miejsca parkingowego, walnęłam w słupek. Powiedział: „Mama bum” i więcej się nie odezwał.

Ale we wtorek nastąpił wreszcie przełom, a w środę zaświeciło słońce ;). Wracając z pracy, postanowiłam zajść do pasmanterii, w której mnie jeszcze nie było, po zamek kryty, który myślałam, że mam, a nie miałam. Weszłam do pasażu, zaszłam do pasmanterii, kupiłam i wyszłam. Jak wyszłam, mym oczom ukazał się sklep z tkaninami. Wpadłam po uszy. Chodziłam, macałam, oglądałam i pytałam. A że pani była uprzejma, to się wcale nie spieszyłam. Kupiłam na razie tylko jedną szmatkę. O, taką: DSC01191

Mój poziom endorfin sięgnął zenitu, kiedy po drugiej stronie ulicy oczom mym ukazał się kolejny sklep z materiałami. Odnalazłam moje eldorado! Czasu niestety miałam już niewiele, więc zrobiłam tylko szybkie rozeznanie, porozmawiałam sobie z panią i podjęłam decyzję: Jeszcze tu wrócę! W przyszłym tygodniu i w następnych też. Na moje szczęście okazało się, że w Warszawie są sklepy z materiałami – dobrze zaopatrzone i z przyzwoitymi cenami. I to w dodatku na trasie praca–dom :).

Na zakończenie zdradzę, że miłością wielką i czystą pokochałam zestaw, który nabyłam jakiś czas temu w celu szycia patchworku. Co prawda nic takiego jeszcze nie uszyłam, ale matę, nożyk i linijkę zaczęłam eksploatować zawzięcie. Te cuda techniki wykorzystałam między innymi do przerabiania starych ubrań na całkiem nowe. Ot, choćby dzisiaj, zyskałam dwie pary szortów i jedną spódniczkę.

Te miały dziurę wyszarpaną przez zamek w kozakach.

Te – wąsate nogawki. DSC01188(Chciałam sobie takie kupić, ale jak zobaczyłam w sieciówkach ceny zaczynające się od 65 zł, to już mi się odechciało).

A ta darowana mi spódnica miała nie moją długość, więc ją zmieniłam i dodałam kieszonki.

Na dzisiaj to by było na tyle, a od jutra wracam do porządnego blogowania i szycia 🙂