Kasia Mazurek

Kitka z nitką


10 Komentarzy

Dziecięca kolekcja z resztkowego szycia

Wam szyjącym nie jest pewnie obcy widok zalegających hałd szyciowych ścinków. Jakby się nie starać (ale też przyznam, że ja nieprzesadnie się staram, skoro kupuję często materiały bez konkretnego przeznaczenia), to i tak tych resztek, których szkoda wyrzucać, bo za duże, z czasem zbiera się więcej i więcej. Akurat u mnie to jest zwykle tak, że są właśnie za duże, żeby wyrzucić, i jednocześnie zbyt małe, żeby coś dla dorosłego dało się z tego wyczarować. Do tego dochodzą zbierane latami zużyte jeansy, bo szkoda wyrzucać, bo mogą się przydać, dobra, może wypruję chociaż zamki, a resztę wywalę, bo jednak nie mam już gdzie tego trzymać. I jeszcze uszyte kiedyś tam ubrania, które jednak nie do końca się sprawdziły, co oznacza tyle, że są w dobrym stanie, ale jednak nie do noszenia, wyrzucić szkoda, a oddać nie ma komu. To leżą.

Rodzicom małych pociech natomiast nie są zapewne obce dziury na kolanach, prawda? Ja naprawdę nie wiem, jak one to robią, że  w tak zawrotnym tempie te dziury na zupełnie nowych spodniach (dodam, że dresowych, bo w tych mój syn najczęściej śmiga) co i rusz się pojawiają. Dawno już nie mam dziecka raczkującego, u którego te dziury dałoby się jeszcze jakoś sensownie wytłumaczyć, co więcej u mojego raczkującego berbecia spodnie na kolanach bywały lekko wytarte. Teraz natomiast dziury to moja zmora.

I tak sobie pewnego razu siedząc nad wielką kupą ścinków, pomyślałam, że czas zabrać się za ich utylizację. Kupione niedawno w markecie spodnie dla syna podsunęły mi pomysł, jak się za to zabrać. Otóż tak sprytnie były one pomyślane, że nogawki z przodu były uszyte ze sztywnego jeansu, a tył z dresówki. Wygodnie i praktycznie. Jak dla mnie strzał w dziesiątkę.

Uszyłam w sumie trzy pary, dwie z wykroju z Ottobre, jedną z Burdy, a potem mi się już to szycie spodni trochę znudziło. To uznałam, że do spodni przydadzą się jakieś górne sztuki odzieży i uszyłam t-shirt, drugi t-shirt (w paski), który miał być bluzą, ale dziecko mi pokrzyżowało szyki, bluzę, a potem piżamę i nie pamiętam już, co jeszcze – wszystko właściwie resztkowe. Przekupstwem udało mi się zachęcić M. do zapozowania w większości z tych rzeczy za jednym podejściem, ale łatwo nie było.

DSC01835DSC01841DSC01846

O koszulce nie ma się co rozpisywać, spodniom natomiast poświęcę chwilę. Te są z wykroju z Ottobre, tylko udają, że mają zapięcie. Są na gumie wszytej razem ze ściągaczem. Przód i kieszenie na dupce uszyte są ze starych jeansów męża (tylko te rozmiarowo i w większości jakościowo nadają się do przerobienia na dziecięce gacie. Damskie są zwykle za cienkie i mają za dużo elastanu). Dzianinowe wstawki z przodu wypadają, że tak napiszę, obok kolana, zasadniczo nie są więc narażone na zbyt szybkie przetarcie.

DSC01847DSC01849.JPGDSC01852DSC01864

Zielono-jeansowe spodnie są dokładnie z tego samego wykroju, co powyższe, żeby jednak się różniły, przód jest cały z jeansu, a kieszonki dupne mają inny kształt. Bluza natomiast to moja duma. Punktem wyjścia do jej uszycia był panel otrzymany w prezencie podczas targów WarSewDays. Potem to już była prawdziwa układanka. Spośród tego, czym dysponowałam, musiałam znaleźć dzianiny o podobnej gramaturze i ciągliwości (przynajmniej na przód i tył). Z dresówek nic mi kolorystycznie nie pasowało, ale przypomniałam sobie, że gdzieś mam upchany kawałek czerwonej wełnianej dzianiny po szyciu sukienki. Nadał się idealnie. Później musiałam zorganizować coś na rękawy i na szczęście udało mi się je dosłownie wyrzeźbić z resztki żółtej cienkiej dresówki. Już było fajnie, ale potem znów mi zaświtało, że na targach dostałam jeszcze taką małą paczuszkę z pasmanteryjnymi dodatkami. A wśród nich była taka kolorowa taśma o długości idealnej na dwa rękawy. No co za zbieg okoliczności. Do tego wszystkiego dorzuciłam już tylko czerwone ściągacze, metkę od rencami.pl i powiem Wam, że poczułam satysfakcję.

DSC01872DSC01886

T-shirt w paski miał być bluzą. Miał mieć niebieskie rękawy z dresówki, które już skroiłam, ozdobione żółtym pasami, także wyciętymi. I żółtymi ściągaczami. Z dzianinowej sukienki, którą wieki temu uszyłam dla siebie. Ale przyszedł M. i powiedział, że on to by wolał koszulkę. A tu bluza już skrojona, na koszulkę za krótka, trochę za szeroka. Ale dziecko chce, to mama rzeźbi. Żółte ściągacze zmieniłam na białe wykończenia, a koszulkę przedłużyłam dzianinową plisą. Klatę ozdobiłam wielką literą M.

DSC01893DSC01912DSC01924

A to spodnie z Burdy dla dzieci. Chyba z 2015 r. Nogawki pociachałam według swojego widzimisię, byleby tylko na kolanach wypadły wstawki z jeansu. Na górze z przodu jest dresówka drapana, a na dole i z tyłu resztki po mojej kamizelce. Muszę ją Wam koniecznie pokazać. Resztek było tyle, że mogłabym uszyć drugą taką, ale po co mi dwie. To uszyłam dziecku spodnie. A koszulkę z własnoręcznie przygotowaną naprasowanką to zapewne kojarzycie. Ciągle jest w użyciu, a aplikacja jeszcze się nie sprała 😉

***

No dobrze. Pomyślicie sobie, o ta to potrafi całkiem nieźle te resztki wykorzystać. Ja też sobie tak właściwie pomyślałam. Jakby nie patrzeć, resztek znacząco mi ubyło, M. zyskał trochę nowych ciuchów, bo z części przez lato znów jakoś dziwnym trafem wyrósł, a samo szycie i te układanki były takim odprężającym zajęciem. Postanowiłam pójść więc za ciosem. Że kolejne resztki przerobiłam na jakieś inne użyteczne uszytki? A nie nie. Zabrałam dziecko do do sklepu z tkaninami i pozwoliłam, żeby powybierało sobie dzianinki na kolejne ciuchy. Po czym w domu zdekatyzowałam je, poskładałam i włożyłam do szafy w miejsce zużytych resztek. I tak sobie tam leżą po dziś dzień…

Reklamy


9 Komentarzy

Mamusia, a uszyjesz mi…

… koszulkę, taką wiosenną, i będzie na niej kwiatek, trawka, blok… albo nie – trawka, może jakiś blok, słońce… DSC00893

Uwielbiam w moim dziecku tę jego wyobraźnię i wiarę w to, że potrafię zrobić dla niego wszystko, o co poprosi. No a skoro póki co za każdym razem te prośby udaje mi się spełnić, dziecko nie narzuca sobie absolutnie żadnych ograniczeń, a lista życzeń czasem zdaje się nie mieć końca 😀 Tym razem jednak postanowiłam zmienić taktykę. Dobra – powiedziałam – uszyję, ale ty mi narysujesz to, co ma być na tej koszulce. Umowa  została zawarta, po czym każde z nas zajęło się swoim zadaniem. Efekt zaś widzicie na zdjęciach. DSC00884

Jak rysunek znalazł się na koszulce? To akurat całkiem proste i sprytne rozwiązanie, zwłaszcza, jeśli tak jak mi czasem zdaje się Wam, że nie nadążacie za wyobraźnią swoich latorośli 😉 Otóż zeskanowałam to, co narysował syn, a następnie wydrukowałam na papierze transferowym i przeniosłam zgodnie z instrukcją na koszulkę. To już moje kolejne podejście do tego papieru (zerknijcie tu). DSC00885

Jak w praktyce sprawdza się taki wydruk na koszulce? No cóż, nie jest to najtrwalsze rozwiązanie (choć nie wiem jeszcze, jaki wpływ na to ma jakość papieru i czy są istotne różnice w papierach różnych producentów). Poprzednim razem nie zwracałam na to przesadnej uwagi, więc i nadruk z koszulki schodził stopniowo z każdym praniem oraz prasowaniem. Tym razem, mając już trochę doświadczenia, postanowiłam sprawdzić, jak to będzie, gdy będę jednak trochę bardziej uważać. Na razie pranie w niskiej temperaturze i prasowanie żelazkiem ze specjalną stopą (taką nieprzywierającą) albo przez papier do pieczenia sprawdza się całkiem nieźle, a aplikacja pozostaje nienaruszona. Spore znaczenie ma też to, że dzianina bardzo nieznacznie się rozciąga. Nie ma się jednak co czarować – prędzej czy później rysunek zacznie się odklejać, tak samo zresztą jak w przypadku sklepowych ubrań. Ale nie martwi mnie to w ogóle, będzie powód, żeby przyjąć kolejne zlecenia 😉 DSC00878

Ps. A  tymczasem powiem Wam w sekrecie, że na pokazanie czekają jeszcze spodnie, dres, szyje się płaszcz, a kurierzy znoszą mi paczki z tkaninami. Czasu mało, ale staram się małymi kroczkami realizować kolejne pomysły. Do zobaczenia niebawem!

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!


18 Komentarzy

Niezły cyrk

W jakim ja ostatnio cyrku byłam! Jakie dziwy widziałam! Baletnice, akrobatki, treserów i dzikie zwierzęta. Siłaczy, sztukmistrzów, magiczkę, zaklinaczkę węży i dwóch klaunów. W tym jednego niezwykłego, bo mojego!

Pisałam Wam już, że przedszkole mojego syna rzuca mi wyzwania, które ja bardzo chętnie biorę na klatę. Poprzednim razem był bocian, tym razem rzecz działa się nie w ogródku babci i dziadka, a w cyrku. Do cyrku zaś zostali zaproszeni rodzice z okazji swojego święta. Żebym mogła jednak zobaczyć mojego klauna na cyrkowej arenie, musiałam zatroszczyć się o odpowiedni strój. Jak to bywa na początku przy tworzeniu przebieranek, szusem po internetach rozpoczęłam poszukiwania inspiracji. I muszę Wam powiedzieć, że trochę mnie te poszukiwania zawiodły, bo nie trafiłam na nic, w co sama chciałabym ubrać mojego śmieszka. Wszystko takie jakieś za duże (niby rozumiem zamysł, ale mnie on jakoś nie przekonuje), głównie w niebiesko-żółtej kolorystyce. Koncepcję stroju obmyśliłam więc sama, czepiając się pomysłu na kamizelkę i dorabiając do tego całą resztę. DSC08225

Na kamizelkę kupiłam 40 cm lamy w pięknym czerwonym kolorze. Wykroju w Burdzie na tę część garderoby w rozmiarze 110–116 można szukać niczym złotego pociągu na Dolnym Śląsku, wyjęłam więc z szafy kamizelkę syna i zrobiłam sobie wykrój sama. Potem zabrałam się za szycie. Oj, nie jest to dzianina, z którą idzie łatwo. Na szczęście na podszewkę wybrałam tkaninę bawełnianą w groszki i to mi trochę to szycie ułatwiło. Do kamizelki z 60 cm bawełny w kolorowe grochy wycięłam spodnie i uszyłam je wg wykroju z Burdy dla dzieci 2015 model 634. Cięłam tak, żeby jak najwięcej tych kolorów znalazło się na spodniach. Wymyśliłam też sobie, że z tymi grochami fajnie zgrają się paseczki, paseczki znalazły się zatem na t-shircie, który uszyłam z resztek po bazowym pasiaku z wykroju na polówkę nr 620 z tej samej Burdy. Żeby było jeszcze weselej, naszyłam na niego puchate kuleczki mające imitować guziki. Zwieńczeniem klauniego dzieła stał się kapelusz, który przytargałam z pracy. Oderwałam od niego fabryczną tasiemkę i w to miejsce nakleiłam czerwony pasek lamy. Tadam! DSC08227DSC08221DSC08229

Co Wam powiem, to Wam powiem, ale klaun wyglądał wybornie i grał jak z nut. W przedszkolu dostał jeszcze włosy i kokardę, zabrano mu natomiast nos, bo z takim kinolem to się nieco trudniej mówi. Ja za radą męża dorzuciłam skarpetki w paseczki. I jedna rzecz mnie tylko zasmuciła nieco. Kokardę klaun dostał błyszczącą czerwoną. Zupełnie jak kamizelka. Przedszkolanki uznały więc, że kamizelkę będzie lepiej założyć groszkami na wierzch. A ja po sklepach latałam, żeby coś błyszczącego zdobyć… DSC08329

Ach, no i nie byłabym do końca sobą, gdybym szyjąc strój, nie pomyślała, co stanie się z nim po przedstawieniu. Wymyśliłam więc, że spodnie nadadzą się do spania po wyciągnięciu gumy z nogawek (żebyście widzieli tę radość w dziecięcych oczach), a koszulkę ze względu na tę srebrną nitkę, która na niej połyskuje, podaruję córce przyjaciółki, tylko guziki-pomponiki zamienię na jakąś aplikację. A kamizelka? Przed nami kolejne Boże Narodzenie. Kto wie, może tym razem będę musiała pomyśleć o stroju elfa :).