Kasia Mazurek

Kitka z nitką


29 Komentarzy

Sukienka z kontrafałdami

DSC09589Sukienka, z którą dziś do Was przychodzę, to poniekąd efekt nagłego natchnienia spowodowanego niezbyt zajmującymi obowiązkami zawodowymi, o czym niektórzy z Was już wiedzą, bo sobie konto niedawno na Instagramie założyłam, by pokazywać, co się u mnie dzieje, kiedy nie dzieje się na blogu. Siedziałam sobie więc w pracy, myśli moje krążyły wokół różnych spraw, a najbardziej to mnie ciągnęło w tych myślach w stronę szycia. Niewiele się zastanawiając, wzięłam małe żółte kwadratowe karteczki z przylepcem, cienkopis i nabazgrałam sobie sukienkę. No i kiedy ją już zwizualizowałam, to tak mi się spodobała, że postanowiłam sobie ją uszyć. DSC09584DSC09586DSC09582DSC09590

Za bazę posłużyła mi sukienka z wykroju 121 z Burdy 11/2012. Tym razem jednak zabrałam się do rysowania, krojenia i szycia porządnie, bo zależało mi na idealnym dopasowaniu sukienki (niby zawsze mi zależy, ale nie zawsze mi się chce, a i rezygnacja z szycia modeli próbnych powoduje, że czasami znacznie trudniej osiągnąć zamierzony efekt, zwłaszcza kiedy nie stopniuje się wykroju, tylko poszerza albo zmniejsza tu i ówdzie). Ten wykrój miałam już przetestowany, wiem więc, że rozmiar 38 jest miejscami dla mnie za duży. Z grubsza sprowadza się to do tego, że w pionie powinnam go zachować, a w poziomie zmniejszyć do 36. I tak też zrobiłam, dopasowując podkroje pach do rozmiaru 38, bo w mniejszy moje nieco napakowane ramiona by nie weszły. Wydłużyłam też górną część sukienki o 1 cm, żeby talia wypadała idealnie w pasie. Od siebie już dodałam kształt dekoltu, skróciłam i poszerzyłam rękawy w ich dolnej części, by móc potem wciągnąć w nie gumkę oraz dodałam kokardki, żeby było słodko i uroczo. A z wykroju 116 B z Burdy 8/2013 ściągnęłam pomysł na przesunięcie linii ramienia na plecy. Aha, nie wykańczałam sukienki podszewką, bo rozważam doszycie do niej halki z warstwą tiulu. Ale to kiedyś w bliżej nieokreślonej przyszłości. DSC09594DSC09593DSC09598DSC09620

Sukienkę uszyłam z nie wiadomo czego, ale sztucznego, ładnego, lekko naddającego się, o ciekawej fakturze, no i pudrowobrudnoróżowego. To tkanina, którą przywiozłam sobie z wakacji od tej miłej pani ze sklepu w Wejherowie, o której niedawno wspominałam. Tak się nam dobrze gawędziło, że pani za grosiki dosłownie dodała mi (przynajmniej ja sobie to tak tłumaczę) do tego, co potrzebowałam, końcówkę materiału z belki. Przy szyciu sukienki mogłam więc zaszaleć, a i mam nadzieję, że wystarczy mi go jeszcze na spódniczkę. DSC09610DSC09602DSC09601

I to tyle opowieści. Pozdrawiam serdecznie, Kasia!

Reklamy


32 Komentarze

Sukienka jednorazowa

Wiecie co, dzieje się ostatnio u mnie. Dzieje na tyle dużo, że z szyciem nieco przyhamowałam, ale nie znaczy, że zupełnie je porzuciłam. Bo jak człowiek uzależniony, to organizm w końcu zaczyna się domagać. No i mój zaczął. Zajrzałam więc do moich szmatek, pomyślałam o tym, co czeka mnie w najbliższym czasie, i postanowiłam, że uszyję sobie nieskomplikowaną sukienkę na najbliższą uroczystość rodzinną. DSC09471

W ruch poszła więc koronka, dzianina punto i wykrój 116 B z Burdy 8/2013. Materiały kupiłam stacjonarnie, na szybko i na inną okazję, na którą w końcu nie zdążyłam uszyć sukienki, i tak sobie leżały, czekając na swój czas. Jak widzicie, wykrój nieco zmodyfikowałam, ale jeszcze nie na tyle, by nie rozpoznać w nim pierwowzoru. Dekolt zrobiłam bez rozcięcia, za to w serek, a przód spódnicy przerobiłam na ołówek. No i skróciłam rękaw. Poszło szybko, bezboleśnie i bez niespodzianek, ale jak to bywa – do czasu. DSC09465DSC09464DSC09469DSC09467DSC09466

Otóż po uszyciu sukienki, jako że tkaniny dość sporo przeleżały w szafie, a potem zamiatały podłogę, której przed krojeniem nie przygotowałam jak zwykle do pracy, bo gdybym zajęła się tym, to już z szycia nic by mi nie wyszło, postanowiłam sukienkę przeprać. Ale było późno, na ręczne pranie nie miałam ochoty, wrzuciłam kieckę do pralki na delikatne pranie. A wyjęłam kulkę. Nawet aż tak bardzo się nie zmartwiłam, jak to mam w zwyczaju, że serce staje, nogi wacieją, a ciało oblewa zimny pot. Chciałam poszyć, poszyłam, a że wyszło, jak wyszło, trudno. Bo wyszło tak, że ta koronka zachowała się mniej więcej jak rajstopy wrzucone do pralki, tzn. pozaciągały się takie cienkie niteczki oplatające sznureczki, z których zrobiony jest wzorek na koronce. A do tego okazało się, że wnętrze tego ozdobnego sznureczka, co to wije się po koronce niczym bluszczowe wąsy, jest białe! No więc ta biel wylazła punktowo we wszystkich miejscach, gdzie szwy nie zostały ukryte w dzianinie, czyli na bokach spódnicy i rękawkach. DSC09472DSC09474

No dobra, wcale nie trudno. Trochę się zmartwiłam, tym bardziej że inne koronkowe rzeczy w pralce piorę i nic im się nie działo. Postanowiłam coś z tą sukienką zrobić. Pozaciągane nitki wyciągnęłam, a białe kłębuszki zwichrzonego sznurka z zapasów powycinałam. Uznałam, że na raz się nada, a przynajmniej do następnego prania. A jakby co, to wytnę rękawy i wykończę podkroje lamówką, a szwy boczne w sukience i koronce zszyję razem. Tylko nie wiem, czy naprawdę będzie mi się chciało. I czy to warto… DSC09488DSC09485DSC09491

Taki ładny weekend się trafił, a mój fotograf się szkoli. Co za pech. Zdjęcia robiliśmy wczoraj przy ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Na szczęście pogodne niebo i brak chmur wystarczyły, by zdjęcia wyszły w miarę ostre i można było na nich co nieco zobaczyć. Dziś znów fotografa brak, a ja mam jeszcze jedne spodnie do pokazania. Ale może znów popołudnie okaże się łaskawe i zasobne w słońce. DSC09489DSC09478DSC09492

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!


35 Komentarzy

Prawie jak Lois Lane – sukienka w stylu lat 60.

Ja się nie skarżę. Ja tylko piszę, jak było. Ja nawet muszę powiedzieć, że gdyby nie ta nienajlepsza pogoda na wakacjach, to nie przyszłoby mi pewnie do głowy, żeby zawracać sobie ją myślą o materiałowych zakupach. I to nie, że tak na miejscu, bo o! wpadł mi w oko sklep z tkaninami przy okazji spaceru nadmorską promenadą, bo czego jak czego, ale sklepów z materiałami to na nadbałtyckich straganach akurat się nie znajdzie. Ja sobie pomyślałam, że skoro już tak sobie podczas tego deszczowego dnia jeździmy po tym Pomorzu, to może w drodze powrotnej do naszego wakacyjnego domku zatoczylibyśmy sobie jakieś takie kółeczko większe bądź mniejsze, żebym tej wakacyjnej radości z przywleczenia ze sobą suwenirów do domu zaznała, skoro nie dane mi było zaznać wakacyjnej opalenizny. I nawet kół zataczać nie musieliśmy, bo sklep z tkaninami to mi się trafił w Wejherowie właściwie przy drodze wiodącej do domku. W ostatniej chwili udało mi się złapać panią, która właśnie swój przybytek zamykała, ale jak jej opowiedziałam, że szukam pocieszenia w materiałowych zakupach, to mi sklep otworzyła i ucięłyśmy sobie miłą pogawędkę. Pocieszona bowiem znalezieniem się otoczeniu ze wszech miar przyjaznym, głaskając tkaniny i rozważając, która spełniłaby moje oczekiwania, rozluźniłam się i opowiedziałam pani o moich upodobaniach zakupowych. Od słowa do słowa doszłyśmy do sklepu Textilmar, ale też do wyboru pięknej tkaniny, którą pokażę dopiero, jak z niej uszyję sukienkę. Od pani dowiedziałam się, że ten sklep w Gdyni, niemalże obok którego będziemy przejeżdżać w drodze powrotnej z wakacji, to jest nie tylko internetowy, a w dodatku jest otwarty w sobotę. Kolejne więc wakacyjne zakupy zaplanowałam z premedytacją. Rodzina postawiona w stan gotowości stawiła się w sobotni poranek w miejscu zbiórki i po krótkim pożegnalnym apelu ruszyliśmy w drogę. Sklep został odwiedzony, zakupy zrobione, a tkaniny wygłaskane, by na przyszłość wiedzieć, co czym jest. DSC09299DSC09303DSC09302

Na sukienkę z dzisiejszego wpisu wybrałam żorżetę marchiano prawdopodobnie w kolorze latte, ale nie jestem pewna na sto procent. Jest zdecydowanie grubsza niż być powinna dla tego rodzaju sukienki, ale nic cieńszego, lejącego, nietransparentnego nie znalazłam. Postanowiłam więc zaryzykować. Sukienka zaś to model 115 z Burdy 8/2017. Od razu wiedziałam, że będę chciała ją uszyć. Kiedy więc wróciłam do domu, zabrałam się za szycie. I teraz coś Wam powiem. Myślałam sobie, że skoro przez najbliższy tydzień wyzwolona będę z obowiązków względem dziecka, bo dziecko bawiło u dziadków na wsi, to ja szyciowe góry normalnie przeniosę z tego nadmiaru czasu wolnego. Znaczy górę tkanin, które mi zalegają, zamienię na górę nowych ubrań. I wiecie co? Pomyliłam się tak, że aż szkoda gadać! Człowiek to jednak sam siebie potrafi zaskoczyć. Może to upał, a może jednak coś innego, ale dłubałam sobie tę sukieneczkę przez kilka dni nieśpiesznie, po kawalątku i w efekcie tego podczas nieobecności dziecka uszyłam tylko ją. Czyli jednak chyba wolę powoli, bez presji i ścigania się sama ze sobą. DSC09305DSC09314DSC09327DSC09318

W każdym razie sukienka jest. W pierwotnej wersji uszyłam ją z tymi marszczonymi główkami rękawów, ale przy tkaninie tej grubości wyglądało to koszmarnie. Przezwyciężyłam więc swoją niechęć do prucia i postanowiłam poprawić te rękawy. Najpierw poczyniłam tak jak Anetta ze swoją sukienką, ale nadal było licho, więc poszłam na całość i zlikwidowałam całe marszczenie. Odrysowałam sobie główkę od tego wykroju, wdałam i wszyłam rękawy. I teraz to ja już nie mam uwag. DSC09332DSC09338DSC09429DSC09430

Podczas szycia sukienki gdzieś w TV mignął mi „Superman” z 1978 roku. Popatrzyłam, łezka w oku się zakręciła, wszak dziecięciem będąc, oglądałam. Kiedy zaś zobaczyłam Lois Lane w jednej ze swoich kreacji, od razu skojarzyła mi się z tą sukienką. I choć Burda umieszcza ten fason gdzieś w latach 60., to i pod koniec lat 70. nadal nie byłby passe. Pierwsze co rzuca się w oczy, to właśnie te szerokie marszczone rękawy. Ale i to wiązanie jest bardzo częstym elementem strojów z tamtych lat. Od początku szyłam je z założeniem, że nie będę go wiązać ciasno wokół szyi, bo nie lubię nosić niczego tak blisko niej, a poza tym nie robi to dobrze mojej sylwetce, ale do zdjęć na chwilkę się oplątałam. No i teraz mam grzeczną sukienkę do biura ;).DSC09431DSC09432

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!


28 Komentarzy

Wiśniowa sukienka

DSC08395

Ta sukienka, jak na moje warunki i możliwości, to była szybka akcja. Wykrój na nią wybrałam co prawda już w kwietniu, kiedy razem z materiałem na sukienkę kupiłam jeszcze jeden, zupełnie kolorystycznie nieprzystający do moich dotychczasowych wyborów. Cóż jednak mogłam zrobić, kiedy wpadł mi w oko i ręce i już za nic nie chciał wypaść. Skoro więc wpadł, musiałam wybrać odpowiedni doń wykrój. Mnogość wiśniowego (tak myślę, że to wiśnia, ale jeśli się mylę, to mnie poprawcie) kwiecia w wyborach mnie ograniczyła, na co bowiem szukać wymyślnych cięć i ciekawych rozwiązań, kiedy i tak wszystko skryje się w tym gęstym listowiu. W kwietniu wybrałam zatem model 107 z Burdy 3/2009 i na tym chwilowo się skończyło, gdyż w międzyczasie z radością oddawałam się innym projektom. Ale w zeszłą sobotę, wieczorem, kiedy dziecko zaskoczyło mnie swą dość wczesną sennością pomyślałam sobie, a może by tak w końcu uszyć tę sukienkę. Przejście od myśli do czynu zajęło mi chwilkę, uzbrojona po zęby w odpowiednie narzędzia zabrałam się do pracy. Wykrój skopiowałam, z materii wycięłam i nawet częściowo zszyłam. W niedzielę rano zaś pozwoliłam spać mężowi do ósmej, po czym turkotem maszyny wygoniłam go z sypialni, bo pomyślałam sobie, że w nowej sukience z chęcią wybrałabym się na obiad i poobiedni spacer. DSC08451DSC08467DSC08429DSC08461

I wiecie co, udało mi się. Udałoby mi się nawet szybciej (tak w okolicy drugiego śniadania), ale jednak sukienka wymagała trochę poprawek w okolicach talii. Potrzebowała mianowicie wcięcia, które w wykroju wyszło takie jakieś niezbyt zdecydowane. Postanowiłam jednak nie czynić z sukienki sztywnej (choć tkanina wcale sztywna nie jest) zbroi, tylko mimo taliowania zostawić sobie w niej trochę swobody, bo ja sobie swobodę bardzo cenię, zwłaszcza w letnich ubraniach. Nie zmienia to faktu, że i tak wszystkie szwy pionowe musiałam rozpruć, przeszyć na nowo i obrzucić, a to zawsze trochę czasu zajmuje. DSC08473DSC08433DSC08439

Sukienkę uszyłam sobie codzienną, wygodną i właściwie bardzo praktyczną. Mimo dość dopasowanego fasonu zapewnia całkiem sporo swobody (nawet się w niej wspinałam na placu zabaw po skałkach!), kolorystyka natomiast gwarantuje idealny kamuflaż dla plam ;). A ponieważ wciąż noszę w sobie dziecko, w sensie metaforycznym oczywiście, co najczęściej wyłazi ze mnie właśnie podczas zabaw z dziećmi, taki strój bywa idealnym kompromisem pomiędzy chęcią bycia kobiecą a niczym nieskrępowaną podczas rozmaitych szaleństw. DSC08435

DSC08422DSC08403DSC08407

Ps. Jeśli jeszcze nie widziałyście, zajrzyjcie na blogi Anetty i Beaty. One też szyły sukienki z tego modelu. Obie są fantastyczne i pokazują, jaki potencjał w nim drzemie. Jak widziałyście, to i tak zajrzyjcie, choćby gwoli porównania. Polecam!

Pozdrawiam słonecznie, Kasia!


29 Komentarzy

Rzecz o tym, dlaczego warto szyć 

To nie jest tak, że odkąd szyję sobie ubrania na poważnie (czyli tak od około dwóch lat), do sklepów odzieżowych zaglądam tylko wtedy, gdy uznaję, że czas uzupełnić bieliźniane zapasy albo zaopatrzyć się w nową parę dżinsów. Co prawda mam świadomość, że co jak co, ja sobie mogę uszyć wszystko, ale to chyba nie do końca o to chodzi, a poza tym popadanie w skrajności raczej rzadko kończy się dobrze. No więc zdarza się, że raz na jakiś czas robię sobie rundkę po sklepach, zwykle nie poszukując niczego konkretnego, raczej szukając inspiracji i chcąc przy tym połechtać swoje ego, porównując jakość tego, co na sklepowym wieszaku i co na wieszaku u mnie. I wtedy też od czasu do czasu zdarzy mi się coś kupić, no bo umówmy się, nie każdy ciuch to znowu taki łach nie warty uwagi. W ten sposób parę sztuk odzieży produkcji masowej stało się moją własnością.

I tak sobie naprzemiennie noszę: coś swojego, coś kupionego, coś swojego, czasem jakiś miks. Taka zmiksowana poszłam sobie ostatnio do pracy. Ot, dzień jak co dzień, troszkę pracy, kawka, praca, obiad, praca. Wróć. Do obiadu wszystko, jak zwykle. Idę sobie do biurowej kuchni z kolegami z pokoju, wstawiam obiad do mikrofali, czekam wpatrzona w jedzonko. Wchodzi do kuchni jakaś dziewczyna. Wchodzi, staje i na mnie patrzy. Patrzy i się uśmiecha. Ja patrzę i założę się, że mam jakąś taką niewyraźną minę. Ale próbuję się uśmiechać, chociaż nie wiem, o co chodzi. W końcu ona mówi: dobry gust. Ja myślę o jedzeniu. W końcu ona pokazuje moją bluzkę. Ja patrzę na jej. Mówię bardzo elokwentnie: no, już więcej jej nie założę. Śmiech. Kurtyna.

Koleżeństwo pracowe spytało mnie, czy ja tak na poważnie. Odparłam, że niestety tak. Bluzka od teraz trafi do działu z rzeczami „wszędzie, byle nie do pracy”. Z nieznanych sobie zupełnie przyczyn mam tak, że ciężko znoszę świadomość, że ktoś w pobliżu ma takie samo ubranie albo jakieś akcesorium. Tak, wiem, kupując w sieciówkach, raczej proszę się o takie niespodzianki. Ale serio – kiedyś dałam siostrze płaszcz, kiedy okazało się, że taki sam zobaczyłam u innej dziewczyny (już go mam z powrotem, ale wciąż jeszcze się nie przemogłam i w nim nie chodzę). W autobusie zobaczyłam kiedyś dziewczynę, która miała takie same srebrne kolczyki. Trochę miałam z tym problem, ale ponieważ to prezent od męża, to jednak w nich chodzę. A poza tym kolczyki na szczęście są dość małe. Zdarzyło mi się też, że jak któregoś zimowego ranka schodziłam do metra po schodach, to przed sobą zobaczyłam dziewczynę w identycznych botkach. Od razu wyhamowałam i puściłam ją bardzo przodem, żeby uniknąć kłopotliwego spotkania. Taka ma pokrętna natura.

DSC07786DSC07798DSC07795

Ale kiedy uszyję sobie taką sukienkę, no to po prostu przepełnia mnie radość, bo POTRAFIĘ i do tego mam coś innego od całej reszty. Dusza śpiewa, ooo, mogę wszystko, a duma, rozpierając mnie od środka, wyłazi na zewnątrz, bo nie mogę utrzymać języka za zębami i powtarzam co chwilę, wow, ale sobie sukienkę uszyłam. DSC07809DSC07813DSC07829DSC07821DSC07824

Sukienkę uszyłam na podstawie wykroju z Susanna Moden 3/2015 mod. 2588 (tutaj można podejrzeć, co to za model). Ale najpierw kupiłam materiał. W środę dotarły do mnie pozytywne prognozy pogodowe. Jak sobie to uzmysłowiłam, to w drodze z pracy, mimo tego że akurat deszcz lał mi się na głowę, a ja nie miałam parasolki, wpadłam do sklepu z tkaninami złakniona wiosennych nowości. I po całym tym stonowanym zimowym sezonie za ostatnie pieniądze tuż przed wypłatą kupiłam dwa kupony bawełny pełne kwiatów, kolorów i życia. (Ten dzisiejszy to 100% realizacji palety kolorystycznej, którą wybrałam sobie za podstawę mojej bazy). W czwartek przygotowałam wykrój. Byłam tak nakręcona, że nawet mężowi się chyba udzielił mój entuzjazm, bo ja rysowałam, a on wycinał. W piątek i sobotę popołudniami oraz wieczorem szyłam. Troszkę musiałam popracować z wykrojem w okolicach biustu, troszkę popruć, wyciąć, przeszyć jeszcze raz, ale kto by tam o tym pamiętał teraz, kiedy sukienka taka, że ojej. Nawet to, że muszę jeszcze poprawić dekolt z tyłu, bo odstaje, a co wyszło dopiero dzisiaj, w ogóle mnie nie zraża, bo sukienka na to zasługuje. Ja na to zasługuję. W końcu szyję po to, żeby mieć rzeczy (subiektywnie przede wszystkim) idealne. DSC07818DSC07817DSC07833DSC07846

Jakież to cudowne uczucie zrzucić po zimie długie buty, rajtki, kurtki, płaszcze i inne rzeczy tak jednoznacznie kojarzące się z zimą. Mnie wiosna opętała zupełnie. Mam tak co roku. Cieszę się jak dziecko, wystawiam twarz do słońca, a energia mnie rozsadza. Ale jakie to miłe uczucie zdjąć buty i boso przechadzać się po trawniku! DSC07851DSC07841

Dziś spragnionych pogody, ciepła i dobrych warunków do zdjęć znalazło się wielu. Wiedziałam, że park, do którego wpadamy na zdjęcia przy okazji odwiedzin u mojej siostry jest popularny, bo poznaję go na zdjęciach na innych blogach. Ale dzisiaj to było istne oblężenie. Aparaty, fotografowie, blogerki i ciuchy zmieniane w krzakach. Na szczęście miejsca dość, by każdy dostał kawałek dla siebie 😉 DSC07869DSC07828DSC07825