Kitka z nitką

O chorobcia, coś się kroi!


27 komentarzy

Lato ≠ wełna?

DSC08292

Rozbudźcie wyobraźnię. Lato. Z nieba leje się żar. Słońce ani na chwilę nie zachodzi za choćby maleńki obłoczek, bo obłoczka, choćby najmniejszego, w taki dzień próżno szukać. W mieście beton i asfalt oddają ciepło ze zdwojoną siłą.  Istna patelnia. Chciałoby się wskoczyć w kostium kąpielowy i czmychnąć na jaką plażę albo basen w egzotycznym kurorcie. A tu lipa. Do pracy trzeba przyodzianą godnie i odpowiednio się udać. Co by tu w takim razie włożyć? Coś lekkiego i przewiewnego. Len, bawełna wiskoza? Jedwab? A może wełna? Ale jak to wełna?! Puchate owieczki z podhalańskich pastwisk → wełniane swetrzyska → zima i szczękanie zębami na mrozie. Taki to u mnie ciąg skojarzeń. Wełna na lato? Ano tak, wełna :). Tyle że to nie jest tak, że ja nie wiedziałam, że wełna może być świetną tkaniną na lato. W końcu z wełny szyje się przecież garnitury, a w tych mój mąż chadza cały rok. Ale to była, że tak powiem, wiedza teoretyczna. Na własnej skórze przekonałam się jednak ostatnio, jak fantastycznym letnim materiałem może być wełna. DSC08376DSC08377DSC08347DSC08374DSC08378

A było to tak. Wstąpiłam sobie do sklepu, żeby kupić tkaninę na bluzkę. Tę, którą macie już prawie wszystkie albo zamierzacie w najbliższej przyszłości sobie sprawić. Obmacałam wszystkie bawełny, wiskozy, jedwabie. Ale nic nie zyskało mojego uznania. Dotarłam wreszcie do belek z wełną. I wśród nich znalazłam przecenioną końcówkę wprost idealną na bluzkę z Burdy 5/2016 model 109 A. A zaraz obok piękną bordowo-grafitową wełnę na spódnicę z tego samego numeru (model 117 A). Zestawienie tych kolorów mnie zauroczyło. W wyobraźni widziałam już ten super komplet, który z nich powstanie i muszę przyznać, że ani wyobraźnia, ani intuicja mnie tym razem nie zawiodły. Zestaw uszyłam sobie przedni. DSC08373DSC08339DSC08241DSC08295

Dzikich upałów jeszcze nie zaliczyłam, ale i tak to, co już mamy, jest na tyle wystarczające, by własnym doświadczeniem potwierdzić, jak cudowną tkaniną letnią może być wełna. Jest przewiewna, chłonie wilgoć, nie gniecie się prawie w ogóle, no i wygląda szlachetnie. Noszę ją z wielką przyjemnością. DSC08297DSC08296

Zarówno bluzka, jak i spódnica nie sprawiły mi żadnych kłopotów podczas szycia. Modele to proste, z małą ilością elementów i nieskomplikowanym opisem szycia. Idealne na szycie pomiędzy obowiązkami, posiłkami, zabawą albo przed wyjściem do pracy. Ani się człowiek obejrzy i już ciuch gotowy. To lubię. I mogę z czystym sumieniem polecić. DSC08308DSC08301

To że uszyłam sobie ten uroczy cukierkowy komplecik, nie znaczy, że zużywanie resztek oraz zapasów mam za sobą. Ta górka ciągle jest. Zaobserwowałam bowiem jedną rzecz. W nagrodę za uszycie resztkowych ubrań kupiłam sobie nowe tkaniny (nie pierwszy zresztą raz). A z tych znów zostały jakieś ścinki, które są za duże, żeby je wyrzucić. Trafiły więc na kupkę. I tym sposobem jej objętość utrzymuje się stale na tym samym poziomie. Chyba czas się z tym pogodzić ;).

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!


29 komentarzy

Business Class

dsc07216

A Wy co robiliście w Sylwestra? Bo ja spędziłam go trochę nietypowo, czyli szyjąc ;). Oczywiście zostawiłam sobie trochę czasu na świętowanie i przywitanie się z Nowym Rokiem, ale miałam tak nieprzepartą ochotę, żeby usiąść po tej całej świątecznej zawierusze  i wreszcie coś uszyć, że po prostu usiadłam i szyłam. Najpierw żakiet, a kiedy skończyłam (następnego dnia oczywiście, bo aż taka torpeda ne jestem) z resztek materiału w Trzech Króli wycisnęłam jeszcze spódnicę. dsc07214dsc07203dsc07207

Żakiet bez klap chodził za mną od dawna albo jeszcze dłużej. Szukałam odpowiedniego wykroju, ale w moich naprawdę dużych zbiorach nie znalazłam takiego. Był jeden dla kobiet 44+ i jeden dla niskich pań. Konstrukcyjnie niestety nie czuję się na tyle mocna, żeby przerabiać żakiety, więc przeglądałam kolejne numery Burd z nadzieją, że w końcu pojawi się coś, co wpisze się w moje potrzeby. W styczniowej Burdzie trafiłam wreszcie na żakiet (model 117), który nie do końca był tym, czego szukałam, ale uznałam że może być, bo mogę się nie doczekać, a przecież mam taki piękny kawałek wełny, który nie powinien już czekać do następnego sezonu i muszę go wreszcie wykorzystać. Nożyce poszły w ruch. dsc07212dsc07206dsc07204

Żakiet, mimo że składa się z wielu części, szyło się dobrze, szybko i przyjemnie. Nie napotkałam na żadne przeszkody ani zawiłe opisy. Od siebie dodałam kieszonki, takie malutkie, żeby chociaż telefon się zmieścił, wpuszczone w szew w talii. Szlufki z kolei sobie odpuściłam, ponieważ pasek będę nosić raczej sporadycznie. dsc07089dsc07091

Z reszty materiału udało mi się jeszcze wykroić spódnicę do kompletu, przy czym nie wystarczyło mi go na tę dłuższą wersję. W zupełności jednak zadowala mnie model 114. Spodobały mi się w niej zwłaszcza te boczne karczki z zakładkami. dsc07069dsc07080dsc07079

Całość wygląda dość oficjalnie, ale już w pojedynkę zarówno żakiet, jak i spódniczkę można potraktować trochę bardziej na luzie. Jak zwykle wszystko to kwestia dodatków. dsc07094

Ps. Zaraz po tym, jak uszyłam żakiet, okazało się, że w marcowej Burdzie będzie żakiet z moich marzeń. Ale nie żałuję uszycia tego wełnianego. Ten na zimę, marcowy na wiosnę. Już nie mogę się doczekać :).

Pozdrawiam, K.


18 komentarzy

Jestem, szyję

Zaraz czerwiec się skończy, zaraz wreszcie odetchnę. Szyciowo wypełniałam sobie niemal każdą wolną chwilę, ale plan jak na moje możliwości miałam ambitny. Uszyłam sukienkę na wesele i garnitur dla Bąka (kieszenie, wypustki, patki, podszewka – full zestaw po prostu). W międzyczasie zaś powstawały drobiazgi.

Na Dzień Matki w ramach nieco spóźnionego prezentu dla mamy z resztek po sukience na wesele uszyłam dwie poszewki na jaśki. Wierzch, jak widzicie, to materiał właściwy, od spodu jest już tylko podszewka. DSC05512

Dla małej damy  na podstawie tutorialu dziewczyn z Eti uszyłam torebkę–kotka. Projekt zyskał aprobatę :).DSC05543DSC05544DSC05545

Dla dużej damy zaś z niewielkiej ilości materiału, z którą długo nie wiedziałyśmy, co zrobić, uszyłam letnią batystową spódniczkę wg wykroju z Burdy 4/2013 model 117 B. Żeby zbytnio się nie wypychała w newralgicznych miejscach, została wzbogacona cieniutką siateczkową podszewką. DSC05546

Na dziś to tyle, następnym razem pokażę nasze weselne odzienia. Do zobaczenia!


37 komentarzy

Wielkanocny zajączek, czyli spódnica

Chcąc zapewnić sobie trochę różnorodności w pracach twórczych oraz w publikacjach na blogu, tym razem na warsztat wzięłam spódnicę. Wybrałam wykrój 115 A z Burdy 2/2016. Model ciekawy, nieco urozmaicony dodatkami, wydał mi się ciekawą formą pośrednią między eleganckim ołówkiem a strojem casualowym. Poza tym do tej pory nie miałam porządnej bazowej spódnicy, czyli takiej w neutralnym kolorze. Z myślą o niej kupiłam granatową bawełnę o ciekawej strukturze, którą w tym dzikim słońcu pieruńsko trudno było uchwycić na zdjęciach.

DSC05077

Spódnica okazała się odzieniem dość łatwym w szyciu, nie dane mi jednak było uszyć jej zbyt szybko. Dana mi za to została grypa, drugi raz w tym sezonie, co zezłościło mnie równie mocno, jak odebrało siły i chęć do jakichkolwiek czynów. Wołanie o picie i środki przeciwgorączkowe było wszystkim, na co było mnie stać w przedświątecznym sezonie. Zanim padłam, zdążyłam przyszyć jedynie klapki do przodów. Potem leżało to wszystko przez niemal dwa tygodnie jak wyrzut sumienia. Okazało się natomiast, że miarą tego, czy jestem już zdrowa, stała się potrzeba szycia. Kiedy ją poczułam, po prostu siadłam i uszyłam spódnicę do końca. A że zbiegło się to ze świętami, potraktowałam ją jak prezent.

DSC05073DSC05078DSC05075DSC05079

Jak już wspomniałam, spódnica nie stanowi specjalnego wyzwania. Co prawda opis szycia kieszeni z tymi klapkami był dla mnie tak niezrozumiały, że porzuciłam Burdę i uszyłam je po swojemu, ale poza tym poszło sprawnie. Uwagi jednak mam. Bardziej do siebie, ale o nich wspomnę. Musiałam zwęzić spódnicę w pasie, co okazało się dopiero po jej uszyciu. Mogłam to przewidzieć, bo mam tu chyba nieco węziej niż w tabelce. Cały przód mi sterczał, a pod paskiem z kolei falował. Z bólem serca, ale poprawiłam. Rzecz druga to tkanina. Wybrałam bawełnę, bo to spódniczka bez podszewki. Szukałam czegoś oddychającego, nieprześwitującego i niezbyt cienkiego, żeby mi się pod nią nie odznaczały kształty desusów. Wiecie, aura tajemnicy i te sprawy. Okazało się tego jednak całkiem sporo tam, gdzie przy pasku spotkały się kieszenie, zakładka oraz podklejone odszycie. Żeby to spłaszczyć, niemalże siadałam na gorącym żelazku. Na szczęście nie tyłkiem na gorącej stopie. Spłaszczyć, spłaszczyłam, ale wszystkich zagnieceń nie udało mi się na razie rozprasować, czego na zdjęciach nie udało się ukryć. Tkanina jest też na tyle sztywna, że pasek niestety dość szybko się luzuje. Będę go więc musiała wiązać na pęk. To uwaga numer 3.

DSC05081DSC05088

Mimo tych drobnych zastrzeżeń widzę w spódnicy całkiem spory potencjał i mam nadzieję, że okaże się ona ciuchem zdatnym do noszenia. Co więcej – noszonym chętne. Na placu zabaw sprawdziła się całkiem dobrze. Wiatr, co było pewną niewiadomą, okazał się niestraszny. Kieszenie są, luz na obiad też. Trzeba tylko zmienić rajtki na jaśniejsze i będzie całkiem przyzwoicie.

DSC05091


34 komentarze

Przerywniki

Z szyciem płaszcza mi nie idzie. Nie idzie mi tak bardzo, że cokolwiek mam zrobić w związku z nim, rzucam to w diabły po 5 minutach i biorę się za coś innego. Czasem są to poprawki, innym razem łatanie dziur, a bywa, że machnę coś prostego, żeby zadowolić się szybko i bez przesadnego wysiłku.

Podobają mi się spódniczki rozkloszowane. Ale takie naprawdę sterczące zalotnie na boki. To chyba jeszcze pozostałość z dzieciństwa. Jak byłam sobie dziewczęciem w wieku przedszkolnym, to miałam taką spódniczkę-baletniczkę (a właściwie sukienkę) uszytą przez mamę specjalnie na zabawę choinkową. Cudo. Założona raz, a w pamięci została już na zawsze. Zasadniczo ten efekt można osiągnąć albo dzięki sztywnemu suto marszczonemu materiałowi i formie z koła, albo dzięki tiulowej halce. Jednak jak na codzienną wersję to trochę zbyt strojnie. Można  też uszyć sobie spódniczkę z pianki (albo nurka; w sumie nie wiem, czy to to samo, bo się nie znam na tych nowościach). Długo się wzbraniałam przed tą materią, być może dlatego, że fasony ubrań z niej szytych nie do końca mi odpowiadały. Ale się przemogłam, bo zobaczyłam taką piankę a’la zamsz. I z metra uszyłam spódniczkę. Sześć kontrafałd, dwie kieszenie i jeden ozdobny zamek. Moda na nie już pewnie mija, ale jakoś wcześniej nie miałam na niego koncepcji. Z drugiej strony nie widzę siebie jako osoby goniącej za trendami, więc w ogóle mi to nie przeszkadza. DSC04708

Szycie tej dzianiny jakoś specjalnie mnie nie zachwyciło. Jest dosyć gruba i włochata, więc musiałam pilnować, żeby warstwy mi się nie rozjeżdżały. Ponieważ mam owerloka, poobrzucałam wszystkie brzegi. Na stębnówce bym tego nie zrobiła. Szwy rozprasowywało mi się stosunkowo dobrze, ale że dół zostawiłam, o zgrozo, surowy zupełnie, zapasy szwów przyszyłam ręcznie do spódniczki. Ogólnie roboty ze spódniczką miałam niewiele, ale z efektu jestem bardzo zadowolona. Miałabym jeszcze mniej, gdybym tył rozcięła prosto, narysowawszy sobie uprzednio linię pomocniczą, a nie jak jakaś lebiega byle jak na zasadzie „a może się uda”. Nie udało się, musiałam naprawiać. Ale ponieważ sprytnie udało mi się sprawę uratować, nie będę się chwalić szczegółami.

* * *

Pomyślałam sobie, że sprawdzę, czy gdzieś jeszcze mam zdjęcie siebie jako przedszkolnej baletnicy. Mam! A skoro mam, to Wam pokażę bezzębną sześciolatkę o krzywej grzywce, ale bardzo z siebie zadowoloną. Uważam, że jak na tamte siermiężne czasy miałam kieckę niczego sobie ;). CCI20160124