Kasia Mazurek

Kitka z nitką


28 Komentarzy

Nie polecam

DSC04783Mogłabym przerzucić tonę piasku. Albo dwie. Mogłabym naparzać siekierą pniaki w celu uzupełnienia zapasu na całą zimę w drewutni. Cały dzień, dwa, trzy… Mogłabym nawet przez cały tydzień myć okna, a musicie wiedzieć, że jest to czynność według mnie bardzo niewdzięczna, bardzo mi niemiła i bardzo niechętnie przeze mnie wykonywana (najwyżej raz w roku). I przy tym wszystkim nie zmęczyłabym się. Nie czułabym jak uchodzi ze mnie chęć życia oraz przekonanie, że to, co robię, ma sens. Zrobiłabym to wszystko, przespałabym się snem sprawiedliwego i nie czułabym nic poza napływem chęci do kolejnych przedsięwzięć. Nie zrobiłam jednak tego wszystkiego. Zajęłam się czymś dla siebie zupełnie zwyczajnym, co mnie zniechęciło, spowolniło i wystawiło moje nerwy na próbę.

Zanim jeszcze zaczęła się zima, kupiłam wełnę na płaszcz. Granatowy już trochę się wysłużył, poza tym pomyślałam, że dobrze będzie mieć coś jaśniejszego dla odmiany. Dokładnie opracowałam sobie plan tego, jak ma wyglądać. Miał być prosty, taliowany, bez kołnierza czy stójki, z zapięciem na środku. Na pikówce, którą miałam, żeby było ciepło. Spośród dwóch wykrojów, które mi odpowiadały, wybrałam model 119 z burdy 9/2012. Myślę sobie, jest mnie w końcu mniej, to odrysuję odpowiednik rozmiaru 38 (bo to wykrój dla wysokich babeczek jest). Dodam jeszcze z przodu 5 cm na listwę z zapięciem, bo w burdzie poły płaszcza schodzą się na środku i są zapinane na haftki, i będzie doskonale. Kieszenie schowam w szwach bocznych. Wyrysowanie odszycia to sprawa drugorzędna, zajmie tylko chwilę i nie spowoduje podniesienia poziomu trudności z dwóch burdowych kropek. Nawet wszywanie podszewki w normalnych warunkach by tego nie zrobiło.

Z pietyzmem przygotowałam moją wełnę do szycia, ułożyłam na niej elementy wykroju i narysowałam linie cięcia (tak w ogóle to już tego nie robię, bo mam linijkę w oczach, ale to w końcu płaszcz; płaszcz wymaga innego traktowania). Cięłam uważnie i z nabożeństwem należnym tej części garderoby. Wyciąwszy, zajęłam się zszywaniem. Po częściowym zszyciu, upięciu reszty szpilkami, bo chciałam sprawdzić, jak będzie, oraz przymierzeniu raził mnie grom z jasnego nieba. Miałam na sobie namiot!

Od tego momentu było tylko gorzej. Ale po kolei. Wiadomo było, że tak nie może zostać. Nie wiedziałam tylko, jak temu zaradzić. Ściąć zapasy szwów? Nie. Linie łączące z karczkiem się posypią. Wyrysować mniejszy rozmiar? Nie. Zaokrąglenia i wklęsłości wyjdą nie na tych wysokościach, co trzeba. Modelować? Modelowałam więc sobie fastrygami, aż osiągnęłam przyzwoity efekt. Ten efekt to co najmniej -16 cm w obwodzie na wysokości pasa. Przeniosłam linie na wykrój, a z poprawionego wykroju z powrotem na płaszcz. Zszyłam, ścięłam nadmiar, rozprasowałam. Światełko w tunelu. DSC04799

Tylko z wszywaniem odszycia i rękawów nie miałam kłopotów. Napiszę o dziwo, bo rękawy dostarczają mi zawsze trochę emocji. Ale te dały o sobie znać dopiero przy podszewce. Tak właściwie to pikówka była, wyciągnięta z zapasów, miała doczekać się wreszcie wykorzystania. Wycięłam, zszyłam linie pionowe, odpaliłam żelazko. Dwie kropki, zapasy, nic się nie dzieje. Ja je na płasko, a one hop i sterczą. To ja je znowu. A one siup, chyba żartujesz. To ja trzy kropki. To mi to białe, co ma ocieplać, zdechło. Przytopiło się i straciło ocieplającą objętość. Zrezygnowana siadłam do maszyny i jak ten dzięcioł tłukłam zapasy ściegiem prostym wzdłuż szwów po obu stronach. Sztywność pikówki trochę mnie niepokoiła, ale byłam tak zrezygnowana, że niespecjalnie o tym myślałam. Rękawy uszyłam z podszewki elastycznej, którą w międzyczasie nabyłam, wszyłam i tak zostawiłam to wszystko, bo się bardzo zmęczyłam.DSC04784

Kiedy sobie tak rozmyślałam o tym płaszczu, to chciałam, żeby był jakimś krokiem naprzód w porównaniu z poprzednim, żeby wyglądał porządnie, był tak uszyty i miał coś, co rzadko spotyka się w sieciówkowych wyrobach. Ładne guziki to oczywistość. Mi zamarzyła się jeszcze wypustka między podszewką a odszyciem. Przyszyłam więc wypustkę, przyszyłam podszewkę. Przymierzyłam i ogarnęła mnie żałość okrutna. Ta pikówka była tak sztywna, że wyglądałam, jakbym przywdziała krynolinę. To raz. Dwa, że wypustka plus nagromadzenie kilku warstw materiałów, a przede wszystkim tej parszywej pikówki, uczyniło garba na plecach oraz ramionach (a gdzież indziej można by spotkać garba?). Próbowałam to ratować poduszkami w ramionach, ale sterczący tył był tak wkurzający, że odpuściłam.

Dużo „odpoczywałam” podczas szycia. Robiłam sobie coraz to dłuższe przerwy, żeby się nie wykończyć. Po tej podszewkowej porażce rzuciłam szycie płaszcza w diabły i koiłam skołatane nerwy szyjąc drobiazgi. Widmo nadchodzącej wiosny jednak nieco mnie zmotywowało. Jeśli nie uszyję tego płaszcza teraz, to nie skończę go wcale. Szkoda mi było tej wełny. Podjęłam decyzję, że wywalam całą tę pikówkę w cholerę i wszywam samą podszewkę. Żeby nie ponosić już zbyt wielu kosztów, wygrzebałam bordową podszewkę z zapasów. Na rękawy musiałam jednak dokupić parę centymetrów, ale jakoś to przełknęłam. (Z każdego koloru na te rękawy mi brakowało). Na wypustkę uparłam się jak książę Iktorn na sok z gumijagód. Na wszelki wypadek wyciągnęłam ze środka tyle sznurka, ile się dało. Resztę zostawiłam, wszyłam i miałam nadzieję, że jakoś to będzie. Poduszki wywaliłam, rozprasowałam wszystko i po raz pierwszy odetchnęłam z ulgą. Musiałam jeszcze dojrzeć do dziergania dziurek na maszynie, bo moja bernina przy tej czynności nie współpracuje najlepiej z grubymi kosmatymi tkaninami. W końcu je wydziergałam, poprawiłam, bo inaczej nie dało rady, przyszyłam guziki i jest. Zwróćcie, proszę uwagę, że zapięcie, które miało wyjść na środku, jest, że tak powiem, niesymetryczne. Inaczej się nie dało, bo cała wcześniejsza robota wzięłaby w łeb, a ja mogłabym robić w płaszczu za przemytnika.

Po tym wszystkim moje uczucia do płaszcza są dość ambiwalentne. Wizualnie to on jest całkiem przyzwoity. Leży też znośnie, choć nie idealnie. Jest wciąż za duży, a mały garbek został, co widać na ramionach, ale to już nie kwestia wypustki, tylko zbyt wielu warstw, głównie zapasów. To też nauka na przyszłość, żeby jeszcze uważniej dobierać tkaninę do fasonu. Z drugiej strony tak jestem nim umęczona, że nie chce mi się nawet myśleć o jego noszeniu. Zdaję sobie jednak sprawę, że jak przyjdzie co do czego, to się nawet zastanawiać nie będę. Przetrawię, wyrzucę z głowy, wrzucę na grzbiet i już.

Już na koniec, choć zwykle staram się nie wypowiadać tak kategorycznie, radzę Wam, nie szyjcie tego płaszcza. Są inne, podobne, może nawet ładniejsze, a na pewno lepiej skonstruowane. Ten polecam tylko osobom o skłonnościach sadomasochistycznych. Jednostki o wątłych nerwach i cierpliwości trzyletniego dziecka odsyłam do innych modeli.

Reklamy


41 Komentarzy

Świąteczny cukierek

Grudzień to nieodmiennie miesiąc gonitwy i ścigania się z dwudziestym czwartym dniem. Planów mam znowu milion, czasu niewiele, a tu jeszcze Burda podrzuciła na koniec roku dwa ciekawe numery. Nie zastanawiając się długo, nakupiłam materiałów i zabrałam się za realizację planów.

Dzisiaj wracam z tarczą. Sukienką 110 A z numeru 12/2015 byłam zachwycona od chwili, kiedy ujrzałam ją w zapowiedziach. Mogę śmiało napisać, że mi nie przejdzie, bo po jej uszyciu zapragnęłam już wersji letniej. Tymczasem jednak zostanę przy zrealizowanym projekcie i Wam pokrótce o nim napiszę.

DSC04410

DSC04408

DSC04407

Jak na mój gust oraz potrzeby model jest bardzo dobrze skonstruowany. Mocno przyłożyłam się do idealnego wycięcia formy z materiału i dzięki temu podczas szycia nie miałam żadnych problemów. Skróciłam jedynie całość o 10 cm (choć teraz myślę, że odrobinkę za dużo), a zamek z pleców przeniosłam na lewy bok. Dwie rzeczy mnie w tym modelu urzekły – asymetryczny przód i rękawy z zaszewkami.  Jeszcze nigdy nie wszywało mi się ich tak bezproblemowo. Cały myk polega na tym, że wszywa się je przy jeszcze niezszytych ramionach, a potem dopiero zszywa ramiona i zamyka zaszewkę na główce. Będę tak robić częściej, bo w końcu życie trzeba sobie ułatwiać. Poza tym te rękawy bardzo ładnie się układają.

DSC04402

DSC04414

DSC04411

Jednak na dwie sprawy nie mogę nie zwrócić uwagi. Pierwsza rzecz to to, że modelka na zdjęciu burdowej sukienki ma znacznie więcej miejsca w niej w okolicach biustu. Wnoszę stąd, zapewne sporo się omsknęła jej sylwetka z wymiarami z tabelki. Moja nie układa się już tak swobodnie, ale w sumie mi  to nie przeszkadza. Piszę o tym raczej dlatego, żeby zasygnalizować potencjalny problem. A druga kwestia to dolna część sukienki z zaszewkami. Zastanawiam się, czy nie zaprasować zakładek do samego dołu, bo mi się wywijają rozmaicie i nie mogę nad nimi zapanować.

DSC04401

Tkanina, z której uszyłam sukienkę, to według nomenklatury sklepu Textilmar zara soft (czyli wiskoza z 2% lycry) w cudownym kolorze lollipop. Miałam trochę obaw, bo to jednak kolejny zakup przez internet, ale tym razem się nie zawiodłam. Ten lizaczek jest piękny, a w święta będę wyglądać w nim cudownie. Grudniowa sukienka z nawiązką wynagrodziła mi poprzednie niepowodzenie.

***

Zdjęcia chciałam koniecznie zrobić na dworze, bo w domu światło do kitu i przestrzeni jakoś mniej. Na tę okazję postanowiłam odziać się w płaszcz, który uszyłam dawno temu (chodzę w nim trzeci sezon), a który jest moją dumą krawiecką. Składa się z trzech warstw (wełna, watolina oraz podszewka), ma trochę bajerów (granatowe wypustki przy stójce, pagonach oraz wlotach kieszeni) i złote guziki! Popełniłam przy jego szyciu też kilka wykroczeń, ale to w końcu mój pierwszy płaszcz, więc sobie wszystko wybaczyłam. Jest granatowy i bardzo ciepły. Model to wykrój nr 104 z Burdy 12/2012. Skrojony w rozmiarze 40, bo wtedy do takiego było mi bliżej. Poza tym ma te warstwy i ma się sprawdzić nawet na Syberii (chociaż wcale się nie wybieram).

DSC04424

DSC04416

DSC04417

DSC04419

DSC04426


14 Komentarzy

Dlaczego klepsydra cegłą być nie chce?

Wiosna przytłoczyła mnie dziś swoją słoneczną obecnością. Okazała się tak intensywna, że właśnie wyczerpałam swoje baterie fizyczne i intelektualne. Powinnam zaraz zlec i odpłynąć w niebyt, ale ponieważ wreszcie skończyłam szyć płaszcz, nie omieszkam się jeszcze pochwalić. A potem padnę.

Tym razem wybrałam model dla mnie nieoczywisty, bo nietaliowany, a jednocześnie zgodny z moimi upodobaniami, bo charakteryzujący się ciekawymi cięciami. No cóż, w matematyce geometria była mi zawsze najbliższa. Skorzystałam ponownie z Burdy 2/2015 i przerysowałam sobie model 120. Miałam przy tym pomocnika…DSC00647

Jak zwykle przy nowym dziele z werwą zabrałam się do pracy. Werwie towarzyszył radosny, niczym niezmącony, nastrój, żwawe tempo i atmosfera oczekiwania na spektakularny efekt. Po drodze jednak coś poszło nie tak. Właściwie to niemalże na samym początku.

Zorientowałam się, że będą kłopoty już na etapie podklejania flizeliną. Kiedy bowiem materiał spotkał się z ciepłym przyjęciem żelazka i poczuł jego parny oddech na swej lewej stronie, zaczął się niebezpiecznie kurczyć! Tak, nie dekatyzowałam go wcześniej! Przeczytałam, że bawega ma znikomą kurczliwość. A guzik! Z pętelką… Uszyłam więc, co miałam uszyć, tusząc, że jakoś to będzie.

Planując szycie, pomyślałam, że tym razem skuszę się na elastyczną podszewkę. I wiecie co? Dwa razy droższa, ale efekt całe niebo lepszy! Jeszcze nigdy mi się tak dobrze nie pracowało z bebechami. Podszewka jest rzeczywiście elastyczna, nie ślizga się, jak gwiazda na lodzie, a przede wszystkim się nie siepie tak wściekle. Sama przyjemność.

DSC01026

Cztery duże kieszenie skradły moje serce od razu. Czarne geometryczne guziki także.DSC00934DSC00945

Płaszcz, skurczybyk jeden, zmniejszył się jednak, w dodatku dosyć znacząco. Okazał się ciut za bardzo opierający się w okolicy bioder. Nie wiem, czy to dlatego czy też ze względu jednak brak talii w miejscu, gdzie ja mam jakieś wcięcie, upodobałam sobie wersję płaszcza z paskiem. Chyba po prostu wolę się krąglić i wklęsać tam gdzie przewidziała to natura.DSC01022 DSC00986