Kasia Mazurek

Kitka z nitką


32 Komentarze

Trencz a’la Burberry

DSC01109

Granatowy trencz marzył mi się od dawna. Wiecie, dla mnie to taki klasyk nad klasyki, płaszcz idealny zarówno do sukienki, jak i do spodni, do szpilek, ale i balerin, a także moich ulubionych butów – trampków. Kiedy w ręce wpadł mi magazyn Szycie Wydanie Specjalne 1/2018 i kiedy zobaczyłam te wszystkie propozycje płaszczy, pomyślałam, a co mi tam, podejmę wyzwanie, jak sprawdzać wykroje z nowej gazety, to najlepiej na czymś trochę bardziej skomplikowanym. Wahałam się chwilę między modelem 25 a 26 i ostatecznie postawiłam na 25. Popatrzcie sobie teraz na zdjęcia, a za chwilę, nieco niżej, przeczytacie, co też sobie myślę na temat całego tego szycia z „Szyciem”. DSC01091DSC01090DSC01089DSC01086DSC01088DSC01094DSC01100

Pozwólcie, że zacznę najpierw od zmian, które wprowadziłam w stosunku do oryginalnego wykroju. Jest ich niewiele, właściwie to czysta kosmetyka. Pierwsza z nich to wydłużenie rękawów o 6 cm już na etapie przygotowywania formy, druga natomiast związana jest z paskami. Nie udało mi się tak na szybko zorganizować klamerek do nich, wobec czego zrezygnowałam z nich zupełnie i pasek zrobiłam wiązany, a przy rękawach wszyłam paski w szwy i przytwierdziłam je guzikami. Zrezygnowałam także z szycia odpinanego kołnierza.DSC01102DSC01124DSC01138DSC01111DSC01122

Szycie tego płaszcza to była przygoda, ale niestety z kategorii tych, których podczas szycia chciałoby się raczej uniknąć. Pomna uwag Beaty na temat szycia jej płaszcza, bardzo skrupulatnie podeszłam do kopiowania formy i sprawdzania później wszystkich punktów stycznych. I co? Pstro! Albo się nie bardzo chciały stykać, albo długość poszczególnych elementów płaszcza do siebie nie pasowała, a już przy kopiowaniu kieszeni i wlotów zupełnie zgłupiałam. Linie kieszeni na przodzie i na części bocznej w ogóle się nie pokrywały. Z tym sobie jednak poradziłam, poprawki naniosłam i parłam nieśpiesznie naprzód. Nie przewidziałam natomiast, i z tym przyszło mi się zmierzyć już podczas szycia, że długość kołnierza i podkrój na niego rozjadą mi się tak bardzo, tzn. aż o 3 cm (tkaniny miałam na styk, więc nie było mowy o krojeniu nowego kołnierza). To już mnie wkurzyło. Ostatecznie i z tym sobie poradziłam, ale niesmak pozostał. Lecz i to nie koniec. Wisienką na szczycie tego nieudanego tortu okazały się guziki, dziurki na nie i wygląd płaszcza, który nijak się ma do tego, co w gazecie. W gazecie jest tak: CCF20180427Rewers jest jakby węższy. Stójka się schodzi (można ją zapiąć). Według rysunku technicznego brzeg przodu płaszcza styka się z karczkiem. A widzicie ten guzik tuż nad dziurką na zdjęciu samego płaszcza? A kuku, niespodzianka! Na wykroju tego nie ma. Na rysunku technicznym też. To gdzie powinien być? Ano na gotowym wyrobie.

Kompletnie zgłupiałam. Najpierw przyszyłam guziki według tego, co wskazywał rysunek techniczny. Potem odprułam guziki, przeklinając rysunek techniczny. Przyszyłam je według tego, co na formie. Było lepiej, ale to wciąż nie to. Stójka się nadal nie schodzi, a płaszcz nie do końca jest tym, którego się spodziewałam, choć ostatecznie wygląda dobrze i nie sądzę, żeby ktoś postronny zorientował się, że coś tu nie gra. Popatrzcie na zbliżenia na manekinie. DSC01164DSC01175DSC01180DSC01179DSC01173DSC01171DSC01167DSC01165DSC01184DSC01186

Jak poza tym oceniam gazetę? Wiecie, trudno się doszukiwać pozytywów, gdy tak naprawdę najważniejsze kwestie leżą. Trudno też nie porównać jej do Burdy, która na naszym rynku jest od dawien dawna i jednak wyznaczyła pewne standardy. Czego mi brakuje? Na przykład dokładnych miniatur poszczególnych części wykroju, które ułatwiają kopiowanie. Tej krótkiej notki wyjaśniającej, na co przed skrojeniem należy zwrócić uwagę i w trakcie (które linie którego rozmiaru dotyczą, ile zapasów na szwy). Dokładnej informacji, jak choćby tej, gdzie należy przyszyć guziki. Tak, są to sprawy, z którymi osoba doświadczona sobie poradzi. Ale osoba, która dopiero rozpoczyna swoją przygodę z krawiectwem, może wyłożyć się już na starcie. Bo cóż z tego, że na początku opisów wykonania jest napisane, że wykroje nie zawierają naddatków, skoro każde ubranie wymaga jednak nieco innych zapasów. Ja to już wiem, Ty to wiesz, a ktoś inny będzie być może musiał zepsuć kawał materiału, by się o tym przekonać. I jeszcze zahaczę o opisy szycia. Gdzieś przeczytałam, że są bardziej zrozumiałe niż w Burdzie. Fakt, są mniej naszpikowane technicznym słownictwem, przez co sprawiają wrażenie klarowniejszych. Ale, ale… Są tak ogólnikowe, że konia z rzędem temu, kto przy szyciu, wspomagając się opisem (bo jeszcze na przykład nigdy tego nie robił), wszyje podszewkę do takiego płaszcza, mając opis tej czynności zawarty w dosłownie jednym zdaniu. Pozwólcie, że zacytuję: „Zszyć części z podszewki tak samo jak płaszcz i wszyć podszewkę”. A gdzie jakaś wskazówka o fałdzie na plecach albo o tym jak przyszyć tę podszewkę do rozcięcia z tyłu?! Mówicie, co chcecie, ale dla mnie Burda tu jednak wygrywa.

Na koniec jednak do całej tej beczki dziegciu dodam łyżeczkę miodu 🙂 To, czym zachęciło mnie do siebie „Szycie”, to klasyczne modele, które właściwie nie wychodzą z mody. Są na tyle uniwersalne, że mogą służyć także jako baza do tworzenia innych form. Uwiodły mnie zdjęcia, które pokazują ubranie, a nie ukrywają jego mankamenty (choć majowy numer Burdy też ma wreszcie porządne zdjęcia). Tych modeli na numer jest naprawdę dużo i gdyby tylko jakość wykrojów była lepsza, to nie wiedziałabym, od czego zacząć szycie. Gazety jednak już więcej nie kupię, choć nie wykluczam, że jeszcze kiedyś coś uszyję z tych, które mam.

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do płaszcza. Uszyłam go z bawełny z nylonem ze sklepu Textilmar. To jest bardzo dobra tkanina na płaszcz. Nie strzępi się, nie gniecie za bardzo, a jak pogniecie, to się później sama wygładza. Na garnitury też się nada. I sukienki. Trochę się naddaje, więc będzie się ładnie dopasowywać do sylwetki. Podszewka zaś to według sprzedawcy satyna bawełniana, choć bez satynowego połysku i dość sztywna. Ale jednak bawełna, bo sprawdziłam, czy się pali 😉 Nie będę ukrywać, że to te kolory zawróciły mi w głowie. A zostało mi jej jeszcze tak dużo, że zastanawiam się teraz, co by tu z niej jeszcze uszyć. Może macie jakieś pomysły? DSC01154DSC01153DSC01149DSC01146DSC01160DSC01159

Jeśli macie jakieś doświadczenia z „Szyciem”, podzielcie się, proszę, nimi w komentarzach. Jestem ciekawa, czy tylko w konstrukcji płaszczy jest jakiś problem, czy jednak brak precyzji dolega wszystkim wykrojom. Chciałabym kiedyś jeszcze spróbować zmierzyć się ze spodniami i bluzkami z tej gazety.

Pozdrawiam wiosennie, Kasia!

Reklamy


35 Komentarzy

Pudroworóżowy płaszcz z flauszu

DSC00428

Udało się!!! Sama w to nie wierzę, ale mam zdjęcia. Pomiędzy gotowaniem rosołu, wyprawieniem panów na basen (przy czym panowie się sami wyprawili, ale ten większy musiał mi przecież zdjęcia zrobić), gruchnięciem po raz drugi w ciągu tygodnia żelazkiem o podłogę (takim nowym, nowiuśkim, które gdyby się zepsuło, tobym się zapłakała, bo ma taką nakładkę do prasowania wełny i bez niej to ja już sobie prasowania włochatych tkanin nie wyobrażam) udało się pstryknąć zdjęcia. W pośpiechu i pełnym słońcu, co trochę sprawę utrudnia, ale są. Mogę Wam wreszcie pokazać płaszcz na mnie i w pełnej krasie. DSC00403DSC00404DSC00410DSC00411DSC00412DSC00413DSC00414DSC00416DSC00415DSC00417

Uszyłam go według wykroju 126 B z Burdy 9/2006. Prawdopodobnie nic w nim nie zmieniałam, a może coś tam przy długości majstrowałam, ale że szyłam go już tak dawno, to po prostu nie pamiętam. Na pewno nigdzie indziej z niczym nie kombinowałam. W formie zaskoczyło mnie to, że rękawy są jednoczęściowe, co tylko ułatwiło proces krojenia i szycia. W ogóle szycie tego płaszcza tli mi się w pamięci jako czysta i niczym niezmącona przyjemność. Zaskakująco mało już z procesu jego powstawania pamiętam, więc tak właśnie musiało być. I w związku z tym nic więcej nie mam już do napisania, zostawiam Was więc ze zdjęciami.  DSC00420DSC00422DSC00419DSC00423DSC00427DSC00424DSC00425DSC00429DSC00421

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!


28 Komentarzy

Nie polecam

DSC04783Mogłabym przerzucić tonę piasku. Albo dwie. Mogłabym naparzać siekierą pniaki w celu uzupełnienia zapasu na całą zimę w drewutni. Cały dzień, dwa, trzy… Mogłabym nawet przez cały tydzień myć okna, a musicie wiedzieć, że jest to czynność według mnie bardzo niewdzięczna, bardzo mi niemiła i bardzo niechętnie przeze mnie wykonywana (najwyżej raz w roku). I przy tym wszystkim nie zmęczyłabym się. Nie czułabym jak uchodzi ze mnie chęć życia oraz przekonanie, że to, co robię, ma sens. Zrobiłabym to wszystko, przespałabym się snem sprawiedliwego i nie czułabym nic poza napływem chęci do kolejnych przedsięwzięć. Nie zrobiłam jednak tego wszystkiego. Zajęłam się czymś dla siebie zupełnie zwyczajnym, co mnie zniechęciło, spowolniło i wystawiło moje nerwy na próbę.

Zanim jeszcze zaczęła się zima, kupiłam wełnę na płaszcz. Granatowy już trochę się wysłużył, poza tym pomyślałam, że dobrze będzie mieć coś jaśniejszego dla odmiany. Dokładnie opracowałam sobie plan tego, jak ma wyglądać. Miał być prosty, taliowany, bez kołnierza czy stójki, z zapięciem na środku. Na pikówce, którą miałam, żeby było ciepło. Spośród dwóch wykrojów, które mi odpowiadały, wybrałam model 119 z burdy 9/2012. Myślę sobie, jest mnie w końcu mniej, to odrysuję odpowiednik rozmiaru 38 (bo to wykrój dla wysokich babeczek jest). Dodam jeszcze z przodu 5 cm na listwę z zapięciem, bo w burdzie poły płaszcza schodzą się na środku i są zapinane na haftki, i będzie doskonale. Kieszenie schowam w szwach bocznych. Wyrysowanie odszycia to sprawa drugorzędna, zajmie tylko chwilę i nie spowoduje podniesienia poziomu trudności z dwóch burdowych kropek. Nawet wszywanie podszewki w normalnych warunkach by tego nie zrobiło.

Z pietyzmem przygotowałam moją wełnę do szycia, ułożyłam na niej elementy wykroju i narysowałam linie cięcia (tak w ogóle to już tego nie robię, bo mam linijkę w oczach, ale to w końcu płaszcz; płaszcz wymaga innego traktowania). Cięłam uważnie i z nabożeństwem należnym tej części garderoby. Wyciąwszy, zajęłam się zszywaniem. Po częściowym zszyciu, upięciu reszty szpilkami, bo chciałam sprawdzić, jak będzie, oraz przymierzeniu raził mnie grom z jasnego nieba. Miałam na sobie namiot!

Od tego momentu było tylko gorzej. Ale po kolei. Wiadomo było, że tak nie może zostać. Nie wiedziałam tylko, jak temu zaradzić. Ściąć zapasy szwów? Nie. Linie łączące z karczkiem się posypią. Wyrysować mniejszy rozmiar? Nie. Zaokrąglenia i wklęsłości wyjdą nie na tych wysokościach, co trzeba. Modelować? Modelowałam więc sobie fastrygami, aż osiągnęłam przyzwoity efekt. Ten efekt to co najmniej -16 cm w obwodzie na wysokości pasa. Przeniosłam linie na wykrój, a z poprawionego wykroju z powrotem na płaszcz. Zszyłam, ścięłam nadmiar, rozprasowałam. Światełko w tunelu. DSC04799

Tylko z wszywaniem odszycia i rękawów nie miałam kłopotów. Napiszę o dziwo, bo rękawy dostarczają mi zawsze trochę emocji. Ale te dały o sobie znać dopiero przy podszewce. Tak właściwie to pikówka była, wyciągnięta z zapasów, miała doczekać się wreszcie wykorzystania. Wycięłam, zszyłam linie pionowe, odpaliłam żelazko. Dwie kropki, zapasy, nic się nie dzieje. Ja je na płasko, a one hop i sterczą. To ja je znowu. A one siup, chyba żartujesz. To ja trzy kropki. To mi to białe, co ma ocieplać, zdechło. Przytopiło się i straciło ocieplającą objętość. Zrezygnowana siadłam do maszyny i jak ten dzięcioł tłukłam zapasy ściegiem prostym wzdłuż szwów po obu stronach. Sztywność pikówki trochę mnie niepokoiła, ale byłam tak zrezygnowana, że niespecjalnie o tym myślałam. Rękawy uszyłam z podszewki elastycznej, którą w międzyczasie nabyłam, wszyłam i tak zostawiłam to wszystko, bo się bardzo zmęczyłam.DSC04784

Kiedy sobie tak rozmyślałam o tym płaszczu, to chciałam, żeby był jakimś krokiem naprzód w porównaniu z poprzednim, żeby wyglądał porządnie, był tak uszyty i miał coś, co rzadko spotyka się w sieciówkowych wyrobach. Ładne guziki to oczywistość. Mi zamarzyła się jeszcze wypustka między podszewką a odszyciem. Przyszyłam więc wypustkę, przyszyłam podszewkę. Przymierzyłam i ogarnęła mnie żałość okrutna. Ta pikówka była tak sztywna, że wyglądałam, jakbym przywdziała krynolinę. To raz. Dwa, że wypustka plus nagromadzenie kilku warstw materiałów, a przede wszystkim tej parszywej pikówki, uczyniło garba na plecach oraz ramionach (a gdzież indziej można by spotkać garba?). Próbowałam to ratować poduszkami w ramionach, ale sterczący tył był tak wkurzający, że odpuściłam.

 

Dużo „odpoczywałam” podczas szycia. Robiłam sobie coraz to dłuższe przerwy, żeby się nie wykończyć. Po tej podszewkowej porażce rzuciłam szycie płaszcza w diabły i koiłam skołatane nerwy, szyjąc drobiazgi. Widmo nadchodzącej wiosny jednak nieco mnie zmotywowało. Jeśli nie uszyję tego płaszcza teraz, to nie skończę go wcale. Szkoda mi było tej wełny. Podjęłam decyzję, że wywalam całą tę pikówkę w cholerę i wszywam samą podszewkę. Żeby nie ponosić już zbyt wielu kosztów, wygrzebałam bordową podszewkę z zapasów. Na rękawy musiałam jednak dokupić parę centymetrów, ale jakoś to przełknęłam. (Z każdego koloru na te rękawy mi brakowało). Na wypustkę uparłam się jak książę Iktorn na sok z gumijagód. Na wszelki wypadek wyciągnęłam ze środka tyle sznurka, ile się dało. Resztę zostawiłam, wszyłam i miałam nadzieję, że jakoś to będzie. Poduszki wywaliłam, rozprasowałam wszystko i po raz pierwszy odetchnęłam z ulgą. Musiałam jeszcze dojrzeć do dziergania dziurek na maszynie, bo moja bernina przy tej czynności nie współpracuje najlepiej z grubymi kosmatymi tkaninami. W końcu je wydziergałam, poprawiłam, bo inaczej nie dało rady, przyszyłam guziki i jest. Zwróćcie, proszę uwagę, że zapięcie, które miało wyjść na środku, jest, że tak powiem, niesymetryczne. Inaczej się nie dało, bo cała wcześniejsza robota wzięłaby w łeb, a ja mogłabym robić w płaszczu za przemytnika.

 

Po tym wszystkim moje uczucia do płaszcza są dość ambiwalentne. Wizualnie to on jest całkiem przyzwoity. Leży też znośnie, choć nie idealnie. Jest wciąż za duży, a mały garbek został, co widać na ramionach, ale to już nie kwestia wypustki, tylko zbyt wielu warstw, głównie zapasów. To też nauka na przyszłość, żeby jeszcze uważniej dobierać tkaninę do fasonu. Z drugiej strony tak jestem nim umęczona, że nie chce mi się nawet myśleć o jego noszeniu. Zdaję sobie jednak sprawę, że jak przyjdzie co do czego, to się nawet zastanawiać nie będę. Przetrawię, wyrzucę z głowy, wrzucę na grzbiet i już.

Już na koniec, choć zwykle staram się nie wypowiadać tak kategorycznie, radzę Wam, nie szyjcie tego płaszcza. Są inne, podobne, może nawet ładniejsze, a na pewno lepiej skonstruowane. Ten polecam tylko osobom o skłonnościach sadomasochistycznych. Jednostki o wątłych nerwach i cierpliwości trzyletniego dziecka odsyłam do innych modeli.