Kasia Mazurek

Kitka z nitką


6 Komentarzy

Jestem niekompatybilna

Jakoś tak niedawno, w czasie gdy oddawałam się szyciu pana lalka, przyszła do mnie kolejna paczuszka z materiałami. W takich chwilach wpadam w stan podniecenia i zaczynam wymyślać, co też nowego powstanie, kiedy już dorwę się do maszyny. W stanie lekkiej euforii wreszcie się doczekałam. Postawiłam na żakiet z papavero.pl z fajnymi rękawami. Wykrój miałam już wcześniej wydrukowany, posklejany, wycięty – no bajka po prostu. Śmigiem błyskiem wycięłam więc co trzeba z materiału i zabrałam się za szycie. Szło bosko. Do pierwszej przymiarki.

Po pierwszej przymiarce okazało się bowiem, że moje biustowie na osi y znajduje się w nieco innym miejscu, niż przewidział to wykrój. Porównałam tabelki papavero i burdy (z burdą mogę szyć właściwie w ciemno) i jak w pysk trzasł okazało się, że rzeczywiście to, co uszyłam, nie ma prawa leżeć dobrze i trzeba to poprawić. Poprawiłam, założyłam, zadowoliłam się uzyskanym efektem i przystąpiłam do stębnowania. Już oczami wyobraźni widziałam gotowy żakiecik. Pozszywałam więc rękawy, wszyłam je i dupa. Katastrofa znaczy się. Ciasno, ciągnie się i rąk podnieść nie mogę. Rozpoczęło się prucie – akt drugi. Poszerzyłam trochę plecy (o tyle, o ile pozwoliły mi zapasy szwu), zwiększyłam podkrój pach, ponownie wszyłam rękawy i… załamka. Znowu źle. Znowu prucie. Wykombinowałam, że może z plecami coś jest nie tak. O tak! To był dobry trop. Kiedy porównałam szyty żakiet z tymi, które już mam, a potem znów z wymiarami burdy, to mi wyszło, że ramiona (i w związku z tym plecy w swojej górnej części) są za wąskie. Dużo za wąskie. Z tym już nic nie dało się zrobić. Trzeba było je wymienić. Nie ramiona i plecy – całkiem spoko są. Elementy wykroju. Zaczęłam pruć. Części boczne przodu i tyłu narysowałam od nowa. Żeby jednak nie zmarnować materiału, na wszelki wypadek nowe elementy wykroiłam z jakichś resztek. Zszyłam z pozostałymi. Eureka! Znaczy – chyba się uda. Skroiłam więc to, co trzeba z właściwego materiału i przystąpiłam do szycia.

Niestety niezbyt roztropnie postąpiłam zszywając rękawy. Zapomniałam bowiem, że jak się zmienia podkrój pachy, to się zmienia też główkę rękawa. Nie napiszę już, co było dalej. Przejdę do podszewki. Tu jakoś poszło. Szału nie było, ale się udało. W międzyczasie, o czym już gdzieś wspominałam, uznałam, że czarne poduszki są jednak za czarne (a tylko takie miałam na stanie) i muszę poszukać białych. Znalazłam, zamieniłam i przystąpiłam do wykańczania. Żakietu. Ze sobą skończyłam już dawno.

Nie było takiego etapu w szyciu tego żakietu, który poszedłby bezproblemowo i szybko. Dostałam nauczkę na całe szycie: zanim coś skroisz – mierz. Wszystko i na różne sposoby. I zerknij na tabelę rozmiarów. Po coś ona w końcu jest. Niestety ja doszłam do tego dopiero teraz. Po trzeciej rzeczy, którą próbowałam szyć z papavero (czwartą były spodnie dla Micha, ale tu wszystko było ok.). Do tej pory (sz)żyłam w przekonaniu, że jak 38, to zawsze i wszędzie takie samo. Okazało się, że do jednej tabelki pasuję, a do innej już nie. Peszek.

Z fajnymi rękawami jest niestety taki szkopuł, że jak nie ma pomocnika, który by je ładne ułożył, to wyglądają, jak wyglądają ;). Ostatecznie otrzymałam wdzianko, któremu daleko do ideału i ma trochę niedociągnięć, ale okazało się wygodne i całkiem ładne. Zamierzam w nim chadzać od czasu do czasu.

Reklamy