Kasia Mazurek

Kitka z nitką


5 Komentarzy

Kwiecień – miesiąc mikrokatastrof i wielkich odkryć

Zaniedbałam się okrutnie! Szyciowo i życiowo, czyli kompleksowo. U niektórych nieszczęścia chodzą parami, u mnie dywizjami. Choć zaczęło się niewinnie…

Zobaczywszy u siostry odjazdową pościel, koniecznie zapragnęłam kupić sobie podobną. Oprócz podobnej zamówiłam jeszcze taką-inną-też-ładną. Kiedy odebrałam przesyłkę, zieloną wrzuciłam do prania z zielonymi, a biało-szaro-różową z białymi. Białe były koszulki Micha, koszula oraz bluza Misiaka. Zielone pranie wyjęłam zielone, a białe wyszło różowe. Biało-szaro-różowe pozostało bez zmian.

Pochorowało mi się towarzystwo. Najpierw zaniemógł Młody. Potem Stary położył się do łóżka i rozpoczął proces umierania.  Straciłam wówczas fotografa (a chciałam robić zdjęcia w weekend). Kiedy Młody przestał jeść, straciłam też resztki czasu wolnego, przeznaczając go na kulinarne akrobacje w celu odnalezienia potrawy, którą zechce jednak zjeść. W międzyczasie pracowałam, ogarniałam chaos oraz powoli opadałam z sił.

Przed weekendem zdecydowałam, że czas pokazać Młodego lekarzowi. W drodze licytacji ze Starym (kto jest chorszy) przegrałam, więc udałam się z Młodym do znachora. Młody, okazując zachwyt, wył jakąś godzinę, czym wykończył mnie skutecznie. Przestał, kiedy wyjeżdżając z miejsca parkingowego, walnęłam w słupek. Powiedział: „Mama bum” i więcej się nie odezwał.

Ale we wtorek nastąpił wreszcie przełom, a w środę zaświeciło słońce ;). Wracając z pracy, postanowiłam zajść do pasmanterii, w której mnie jeszcze nie było, po zamek kryty, który myślałam, że mam, a nie miałam. Weszłam do pasażu, zaszłam do pasmanterii, kupiłam i wyszłam. Jak wyszłam, mym oczom ukazał się sklep z tkaninami. Wpadłam po uszy. Chodziłam, macałam, oglądałam i pytałam. A że pani była uprzejma, to się wcale nie spieszyłam. Kupiłam na razie tylko jedną szmatkę. O, taką: DSC01191

Mój poziom endorfin sięgnął zenitu, kiedy po drugiej stronie ulicy oczom mym ukazał się kolejny sklep z materiałami. Odnalazłam moje eldorado! Czasu niestety miałam już niewiele, więc zrobiłam tylko szybkie rozeznanie, porozmawiałam sobie z panią i podjęłam decyzję: Jeszcze tu wrócę! W przyszłym tygodniu i w następnych też. Na moje szczęście okazało się, że w Warszawie są sklepy z materiałami – dobrze zaopatrzone i z przyzwoitymi cenami. I to w dodatku na trasie praca–dom :).

Na zakończenie zdradzę, że miłością wielką i czystą pokochałam zestaw, który nabyłam jakiś czas temu w celu szycia patchworku. Co prawda nic takiego jeszcze nie uszyłam, ale matę, nożyk i linijkę zaczęłam eksploatować zawzięcie. Te cuda techniki wykorzystałam między innymi do przerabiania starych ubrań na całkiem nowe. Ot, choćby dzisiaj, zyskałam dwie pary szortów i jedną spódniczkę.

Te miały dziurę wyszarpaną przez zamek w kozakach.

Te – wąsate nogawki. DSC01188(Chciałam sobie takie kupić, ale jak zobaczyłam w sieciówkach ceny zaczynające się od 65 zł, to już mi się odechciało).

A ta darowana mi spódnica miała nie moją długość, więc ją zmieniłam i dodałam kieszonki.

Na dzisiaj to by było na tyle, a od jutra wracam do porządnego blogowania i szycia 🙂

Reklamy


3 Komentarze

Dreszczyk emocji

Słoneczko nasze, rozchmurz buzię, / bo nie do twarzy Ci w tej chmurze”.

Dzisiaj niestety słoneczko pokazało nam środkowy palec i schowało się za grubą, jesienną warstwę szarych chmur, okazując zupełną pogardę wobec modowych trendów. Na szczęście weekend był piękny, wczorajszy dzień również. Mam wrażenie, że już dawno nie było tak kolorowo. Poddałam się zupełnie urokowi złotej polskiej jesieni i oddałam liściastemu zbieractwu. Co uzbierałam, przytachałam do domu z zamiarem przeobrażenia tego w szałową dekorację. Dom niestety przytłoczył mnie zaraz swoimi sprawami, więc ostatecznie wstawiłam listowie do wazonu, zasypałam kasztanami i uznałam, że efekt nie powala, ale zadowala, więc może być.

Mój radosny weekendowy nastrój utrzymywał się na stałym wysokim poziomie z jeszcze jednego powodu. W piątek dostałam sms-a. Sms-a od kuriera… Kurier miał dla mnie paczkę i zamierzał mi ją doręczyć w poniedziałek. A w paczce miał znajdować się stosik materiałów przecudnej urody. Aż mnie skręcało na samą myśl, co z tego poszyję. Jejku, ale co najpierw?! Piżama dla Misiaka? Sukienka dla mnie? Poduszki dla wszystkich? Rety! Planowanie mnie zawsze strasznie wyczerpywało!

W poniedziałek ekscytacja sięgała już zenitu, kiedy dostałam sms-a, że „kurier podejmie próbę doręczenia paczki w dniu dzisiejszym”. A potem nastąpiła eksplozja. Radości, kolorów i ogólnej uciechy 🙂

Tu i ówdzie wetknęłam jeszcze bawełny z poprzednich zakupów, by uczynić kolekcję mą pełną i żeby jej bogactwo biło mnie i wszystkich patrzących po oczach.

Najbardziej różnorodny wzorzyście okazał się zestaw niebieski. I najbardziej zawadiacki-piracki 😉

Zielenie wypadły być może skromnie w swojej objętości, ale za to bardzo soczyście. Trochę trzeba mi wierzyć na słowo, bo aparat postanowił pokazać zielony w kolorze raczej morskim, ale po zestawieniu materiałów zielonych i niebieskich okazało się, że zielony jest jest trochę bardziej zieleńszy.

Znalazły się też wzory…

Do siebie pasowały średnio, natomiast znaczki w połączeniu z gładkimi kolorami mnie zachwyciły. Same też zresztą wyglądają bajecznie. 

Na koniec jeszcze wszystkie groszki-pierdzioszki 😉 No co?! Groch mi się zawsze z jednym kojarzy. Misiak najchętniej przytulał się to tkaniny w czarne groszki. Michu przesadnie (zmusiłam) zachwycił się wszystkimi. Ja mam obłęd w oczach i zamęt w głowie. I co? Rozumiecie już ten dreszczyk emocji i wzbierającą falę podniecenia? 😛