Kasia Mazurek

Kitka z nitką


27 Komentarzy

Letni kardigan

Latem to ja myślę bardzo ciepło o pogodzie.  Mówię jej, że jest super, że lubię, jak słońce świeci. Lubię nawet, jak czasem pada (najlepiej wieczorami i wtedy, kiedy jestem w domu). Lubię to, że nie trzeba nosić wielu warstw ubrań, a nawet im mniej, tym lepiej. I lubię myśleć, że jak jadę na wakacje, to wystarczą mi trzy ciuchy na krzyż, sandałki i okulary przeciwsłoneczne. Bo skoro ja o pogodzie ciepło, to i ona się ciepłem odwdzięczy. Tak myśląc, wybrałam się w zeszłym roku nad nasze morze i dzień, a właściwie noc, kiedy dotarłam, był w zasadzie ostatnim ciepłym dniem nad Bałtykiem w czasie mojego pobytu (nawet wspominałam o tym przy okazji wpisu o kombinezonie w łowicki wzór). Zaopatrzona tylko w letnie ciuchy, bo zimowe latem wędrują do schowka i o nich zapominam, tylko dzięki mamie i jej bluzie nie przemarzłam wtedy na kość. Dlatego w tym roku to ja sobie pomyślałam, o co to to nie, chłodem mnie ty Bałtyku jeden kapryśny nie weźmiesz. W ramach tego pomyślunku postanowiłam uszyć sobie kardigan, ale nie taki bardzo ciepły zimowy i puchaty jak mała owieczka, tylko taki zupełnie letni. I choć w ogóle się nie cieszę, że musiałam z niego skorzystać częściej niż nakazywałoby wyobrażenie o letniej przyzwoitości, to nie napiszę, że nie tli się tam we mnie żaden płomyczek dzikiej satysfakcji. Bo ja sobie tym swetrzyskiem bardzo dobrze utrafiłam we własne gusta, formy i zgromadzone kolory w szafie. DSC09147DSC09148DSC09150DSC09157DSC09160

Do mojej koncepcji letniego kardiganu najbardziej wpasował się wykrój na szlafrok z Burdy 1/2012 model 108, ale czekało mnie z tą formą trochę gimnastyki. Zamówiłam sobie z Natana taką bowiem dzianinę swetrową (i bardzo ją polecam, bo jest świetnej jakości), ale zamówiłam jej 1,5 m. Przyszło jak zwykle trochę więcej, ale po upraniu zrobiło się trochę mniej. No i na tym półtorametrze rozpoczęłam wygibasy, żeby mi ten długi sweter się udał. Zlikwidowałam  tę dużą zaszewkę z przodu, tył skroiłam jako całość. Zwęziłam trochę przody i wykończyłam je zwykłym podłożeniem na jakieś 1,5 cm, bo ich odszycia nie miałam już z czego wyrzeźbić. Sweter skróciłam do kolan, bo kieszenie, i to takie duże, to ja musiałam po prostu mieć. A rękawy zostały dwuczęściowe, choć gdybym tej dzianiny miała jednak więcej, to zrobiłabym jednoczęściowe. DSC09170DSC09167DSC09169DSC09172

Oprócz ciepłego lata to ja lubię jeszcze, jak mi się te moje pomysły tak dobrze udają. Jak ta moja urzeczywistniona już wizja jest dokładnie tym, czym miała być, albo nawet czymś lepszym. Kardigan wprowadził mnie w stan błogiego zadowolenia z co najmniej dwóch powodów. Raz że sprawdził się nad tym humorzastym morzem, a dwa – w szyciu wszystko zagrało jak trzeba: i połączenie wykroju z dzianiną, i niezbędne (bo wymuszone zbyt małym kawałkiem dzianiny) poprawki.

Wykrój na ten kardigan, a właściwie szlafrok, dodaję do swoich ulubionych i gdy tylko nadejdą chłody, zmierzę się z nim jeszcze raz. To jest bardzo wygodna alternatywa dla płaszcza, zwłaszcza że można pod niego założyć wszystko. A że z moją szafą jest coraz lepiej i przy zakupach zamiast porywów serca coraz częściej kieruję się chłodną kalkulacją, to mi z tych moich ubraniowych puzzli wychodzi coraz więcej układanek. DSC09184DSC09185DSC09186DSC09209DSC09208DSC09211DSC09220DSC09218DSC09222

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!

Reklamy


36 Komentarzy

Kombinezon w stylu boho

Och, ile to ja się nakombinowałam, zanim wymyśliłam, co też mogłabym uszyć z tego dwumetrowego kawałka bawełny z borderem po obu stronach. I nie byłoby to takie może wyzwanie, gdyby nie to, że ta bawełna to była lekko elastyczna po długości, a nie szerokości, a realizację pierwotnego pomysłu porzuciłam w chwilę potem, kiedy na stronie ze stylizacjami Burdy zobaczyłam dokładnie taką kieckę, jaką zamierzałam uszyć. Zacznę jednak od początku i jeśli macie ochotę towarzyszyć moim wspomnieniom, zapraszam do lektury. A było to tak…

Jako osoba już kompletnie zbzikowana na punkcie szycia mam wzrok zaprogramowany na wyszukiwanie witryn sklepowych z szyldami „TKANINY” i „PASMANTERIA”. Rozumiecie to, prawda? Kiedy jeżdżę w rodzinne strony, lubię sobie od czasu do czasu zajrzeć do tamtejszych sklepów i zrobić jakieś małe zakupy (z tych zakupów właśnie powstał mój ostatni spodniowo-bluzkowy komplet). Ale co to dopiero jest za radość, kiedy w jakimś nowym miejscu natknę się (albo wręcz specjalnie wyszperam o tym informację w odmętach internetu – ale o tym to już historia na kolejny wpis) na jakiś sklep z tkaninami i to w dodatku całkiem dobrze zaopatrzony. No radość nie ma wtedy granic, a ja nie byłabym sobą, gdybym chociaż nie zerknęła, co tam ciekawego mają. I tak właśnie było tym razem, czyli dwa lata temu, kiedy z plecakiem na plecach i dwuipółatkiem za rączkę wybrałam się pociągiem na weekend do Gdyni, by zażyć nieco morza i kąpieli słonecznych. Okazało się, że tuż za rogiem placyku, przy którym wynajęłyśmy z koleżanką mieszkanie, znajduje się sklep z materiałami wszelakiej maści. Jakież to było szczęście, kiedy okazał się otwarty w sobotę, a ja mogłam zostawić na chwilę koleżankę, dziatwę i oddać się buszowaniu. I tylko ograniczone miejsce w plecaku spowodowało, że kupiłam kawałek dzianiny na bluzkę dla mamy i dwa metry bawełny na sukienkę. Wybrałam ją, ponieważ chciałam koniecznie jeszcze raz uszyć sukienkę podobną do tej, a było to wtedy, kiedy nie podjęłam się jeszcze jej zmniejszania i nie sądziłam, że jeszcze ją założę.

Z planami szycia nowej sukienki wróciłam do domu. I jak już napisałam, plany porzuciłam, gdy przeglądając realizacje modelu 133 z Burdy 8/2012, ujrzałam identyczną sukienkę. Tak właśnie miała wyglądać moja… Zniechęcona materiał wrzuciłam do mojego składu i co jakiś czas wyciągałam z niego, zastanawiając się, co mogłabym z nim zrobić. Moje myśli cały czas krążyły wokół sukienki, ale niezależnie od tego, jaki model bym wybrała (a szukałam rozkloszowanego), w efekcie otrzymałabym sukienkę podobną do tej uszytej przez Barking. Po jakimś czasie porzuciłam wizję rozkloszowanej kiecki na rzecz czegoś bardziej dopasowanego. Ale wciąż się nie mogłam zdecydować, bo taka sukienka wymagałaby podszewki. A ja podszewki nie chciałam. Zaczęłam myśleć znowu i wyszło mi z tego, że mogłabym wykorzystać same bordery do jej uszycia, a wtedy podszewka byłaby zbędna. I już byłam gotowa szyć sukienkę z modelu, który wykorzystałam dwukrotnie (Snowflake i Sztywniara), aż w maju tego roku dopadło mnie nagłe olśnienie. Kombinezon! Kombinezon będzie idealny! DSC09083DSC09081DSC09078DSC09077DSC09092DSC09093

Ponieważ wykroju wówczas odpowiedniego nie miałam (teraz już jest, w licowej Burdzie), punktem wyjścia uczyniłam wykrój na spodenki od tego kombinezonu, skracając nieco ich stan z przodu i bardziej z tyłu oraz dodając rozcięcia na szwach bocznych nogawek. Sprawdziłam, ile mi to zabierze borderu z tkaniny i potem już wiedziałam, co zrobię dalej. Resztę ozdobnych brzegów pocięłam na pasy, które widzicie w postaci ozdobnego wykończenia dekoltu, a górę kombinezonu uszyłam z białego środka. Nie pamiętam już z którego wykroju korzystałam, rysując górę, ale to i tak nie ma większego znaczenia, bo i tak każdy musiałabym przerobić nieznacznie, by móc później naszyć cięte po nitce prostej listwy ozdobne. Początkowo chciałam, żeby były one wiązane na ramionach, ale po zrobieniu kokardy próbnej zmieniłam zdanie, zrobiłam tunele i wciągnęłam sznurki ozdobione koralikami. To samo w pasie. Wiązanie pełni tylko funkcję ozdobną, natomiast do zapasu szwu łączącego górę i dół wszyłam gumę, żeby kombinezon równomiernie się marszczył. Mimo że kombinezon to raczej nieduża forma, z tkaniny, a zwłaszcza borderu zostały mi ledwie ścinki. DSC09126DSC09125DSC09119DSC09121

No i powiem Wam teraz, że w upały to on się sprawdza idealnie. Odsłania dużo, nie klei się do ciała i jest tak lekki, że się wcale o nim nie pamięta, że się go na sobie ma. Na wakacjach to mi się akurat przydał tylko raz i nawet upałów wtedy nie zaznałam, ale teraz, kiedy z nieba leje się żar, to on jest niezastąpiony. No naprawdę lepszego ciuszka to ja sobie nie mogłam z tej tkaniny wymyślić. Jakież to szycie jest kreatywne! Jak mnie cieszą takie udane projekty! DSC09094DSC09095DSC09099DSC09128DSC09130DSC09131

DSC09138

Im bliżej morza, tym bardziej głowę urywało…

Pewnie i Wam przydarzyły się takie długofalowe, ale zakończone sukcesem projekty. Jeśli macie chęć podzielić się ze mną swoimi opowieściami, podlinkujcie w komentarzach swoje posty. Z chęcią u Was pobuszuję.

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!


22 Komentarze

Kameleon w falbanach

DSC05906

Mąż skwitował tę sukienkę stwierdzeniem, że uszyłam sobie kolejną weselną kieckę. Zupełnie nie taki miałam plan i właściwie nawet mimo tego, że rzeczywiście ma w sobie coś z takich kreacji, dla mnie jest dość strojną, ale jednak sukienką letnią. Ale po kolei.

Dawno dawno temu kupiłam tkaninę. Batyst, jak się okazało, gdy przesyłka dotarła do domu. Wzór w nieregularne pasy, kolory zupełnie nie moje (może ten turkus tak odrobinę, ale bez przekonania). Tanio. Tak tanio, że grzechem było nie brać. To brałam, bo tak dawno dawno temu, robiąc zakupy, nie kierowałam się praktycznie niczym poza chęcią kupowania. I właśnie z tego powodu mój zakup przeleżał w pudle niespełna dwa lata, czekając na uwolnienie. Postanowiłam potraktować więc tę tkaninę jako wyzwanie.

DSC05870DSC05868DSC05867

Kiedy uporałam się już z wyborem „w pionie czy w poziomie”, co nie było łatwe, bo ten brązowy szlak sugeruje raczej pion, uznałam, że czas zmierzyć się z falbankami. W końcu modne, bardzo kobiece, a nawet dziewczęce, a ja mam w planie wyjazd nad morze, więc w takiej scenerii falbaniasta sukienka powinna się sprawdzić. Trochę w tym wyborze pomogła mi też czerwcowa Burda, która ma w swojej ofercie taką kieckę. Wykorzystałam ją więc do własnego projektu, pozbawiając jednak górnej falbany (wyglądałabym jak uroczy, ale jednak walec drogowy) i zmieniając zupełnie górę. Górę bowiem chciałam przetestować z modelu 101 z Burdy 2/2011. Ach, jakaż cudowna się ona okazała! Prosta w szyciu, idealnie dopasowana, z dużym, ale bezpiecznym, dekoltem i przedłużoną linią ramion czyniącą z nich minirękawki. Stworzona dla mnie, jak bum cyk cyk!

DSC05900DSC05934DSC05924DSC05926

Jak już wspomniałam, sukienkę uszyłam z batystu. Zarówno jej zewnętrzną warstwę, jak i to, co pod spodem. Tyle, że na część podszewkową wykorzystałam białą tkaninę. Sukienka dzięki temu jest bardzo lekka, przewiewna, ale też się trochę gniecie, przy czym wzór sukienki zdaje się nieco maskować te zagniecenia. Falbany obrzuciłam na owerloku wąskim ściegiem rolującym, co w porównaniu z potencjalnym ich szyciem na stębnówce zajęło dosłownie chwilę.

DSC05963DSC05922DSC05929DSC05961DSC05956

Na zdjęcia wybraliśmy się do pobliskiego Lasu Bródnowskiego. Dopiero tam zdałam sobie sprawę, jak bardzo w niektórych miejscach wtapiam się w otoczenie ;).

Pozdrawiam, Kasia


31 Komentarzy

No i nie zdążyłam

DSC03289DSC03305

Tę sukienkę szyłam wyjątkowo długo. Nie dlatego, że była trudna. Wręcz przeciwnie – sądzę, że to jedna z łatwiejszych sukienek, które uszyłam. Ciągle jednak coś mnie odciągało od pracy przy niej. A to sprawy domowe, a to inne, pilniejsze rzeczy wpadły do uszycia. Poza tym to sukienka składak. O ile z wyborem góry nie miałam najmniejszego problemu, o tyle dół był dla mnie zagadką stulecia. Zaraz Wam o tym opowiem.DSC03299-horzDSC03286

Tkanina, z której powstała sukienka, jest cieniutką bawełną z jakimś niewielkim dodatkiem elestanu. Pokazywałam ją w tym poście, który napisałam na fali euforii związanej z odkryciem nowego sklepu ze szmatkami. Przeglądając wykroje właściwie od razu wiedziałam, że chciałabym uszyć kopertowy przód. Nigdy nie udało mi się kupić takiej sukienki (za każdym razem, kiedy próbowałam, szew odcinający lądował u mnie na biuście, a nie pod nim), a zawsze mi się takie podobały. Jakie to fajne uczucie coś sobie wymyślić, a potem móc sobie to uszyć! Wybrałam górę modelu 112 z Burdy 11/2007, wykroiłam i uszyłam. I odłożyłam, bo nie mogłam podjąć decyzji, co dalej. DSC03284DSC03267DSC03271

W sprawie dołu czekałam na natchnienie. Materiał jest tak lekki, że dół z połowy koła albo jakakolwiek jego rozkloszowana forma nie wchodziły w ogóle w grę. Przy najmniejszym wietrze miałabym bowiem kłopoty. Ale wciąż chciałam zachować swobodę poruszania się, móc się najeść po brzegi i wcisnąć gdzieś łapki. Jak się baba uprze, to nie ma przeproś. W końcu na stronie Burdy ze stylizacjami w jednym czasie trafiły dwie realizacje spódniczki, która mogłaby być moim dołem (model 111A z Burdy 4/2010). Jedną uszyła Beata (klik) z bloga Szyję… bo kocham i potrafię. Skoro Beata uszyła i poleciła, to ja nie miałam już żadnych wątpliwości. DSC03258

Uszyłam sobie sukienkę iście letnią, kwiecistą, przewiewną… idealną na przyszły rok. Co by nie mówić i jak by nie zaklinać rzeczywistości, lato sobie poszło i marne szanse, że zmieni zdanie. Paradowanie po dworze w takiej cieniźnie uznałam za zbyt zuchwałe, a że chciałam Wam ją od razu pokazać, zdjęcia są domowo-balkonowe. Bardzo się staraliśmy – ja pozować przyzwoicie, a Michu nie wyjść z siebie – ale chyba jednak znacznie lepiej czujemy się w plenerach ;). DSC03230DSC03228

Bardzo żałuję, że muszę na razie odwiesić tę sukienkę do szafy. Żałuję, bo ta kombinowana forma przypadła mi do gustu, a sukienka po prostu bardzo mi się podoba. Na szczęście lato już za niecały rok ;). DSC03275


14 Komentarzy

Warszawa bywa mała

Niech za wstęp posłuży dzisiaj krótka opowiastka z naszego życia rodzinnego.

Jesteśmy trzyosobową komórką społeczną mieszkającą na jednym z warszawskich osiedli. Takich jak my – wiele. Na co dzień pracujemy, wychowujemy naszego Smyka i realizujemy swoje pasje, o ile czas na to pozwala. Jak pewnie całkiem spora część pracujących rodziców swoich smyków do i z pracy jeździmy na zakładkę, żeby Łobuz spędzał z nami jak najwięcej czasu. Mankament tego rozwiązania jest taki, że mamy trochę mniej czasu dla siebie. Ale mamy też przy tym sporo szczęścia, bo jak Warszawa długa i szeroka, a firm jak komarów w zeszłym roku, tak my pracujemy niemalże obok siebie, choć branżowo jesteśmy w ogóle niespokrewnieni. Dzięki temu zdarza nam się spotkać w ciągu dnia na obiedzie albo chociaż machnąć do siebie w przelocie. W pewnym sensie to taki substytut randek.

Dzisiejszą porę lanczową postanowiłam wykorzystać nie tylko na jedzenie. Na tę okazję zabrałam ze sobą do pracy aparat i kazałam się obfocić. Było szybko, zabawnie i za ciepło. Założyłam dziś na siebie sukienkę uszytą w zeszłym roku na podstawie wykroju z Burdy 5/2014 model 114 A. Jak dla mnie – forma doskonała. Jedyną zmianą była korekta długości sukienki. Kiecka powstała z lnu z domieszką wiskozy. Jak się zachowuje len, wszyscy wiedzą. Ale jak to potem wygląda na zdjęciach – tego aż tak bardzo nie przemyślałam. A że mam pracę siedzącą, siedzenie do pory obiadowej trochę się wypchało i radośnie na wietrze powiewało. Na brzuchu też się harmonijka zrobiła.

DSC02996-horz

Jak na pewno zauważyliście, na plecach oraz w garści mam coś białego. To to coś, co uszyłam ostatnio i nie wiem, czy nosić to, czy też nie. Dzisiaj założyłam, bo gołych pleców jest w tej sukience dość sporo. W pracy więc odziana byłam, jak dress code przykazał (ale taki w luźniejszym wydaniu).

Sukienkę uważam za bardzo udany model z kilku powodów. Jest bardzo dobrze dopasowana, ma ciekawe cięcia podkreślające to, co trzeba. Ma też świetne rękawki/ramiączka z kontrafałdką – dzięki temu bardzo ładnie układają się na ramionach. Jest Jest po prostu bardzo kobieca!

DSC02987

I gdyby nie ten len gnieciuch, sukienka byłaby bez zarzutu. Ale z drugiej strony dzięki takim tkaninom człowiek daje radę przeżyć w takie upały. Zatem niech się gniecie – mi to dyndoli.

DSC02977-horz

Możecie też zobaczyć, że sukienka wygląda świetnie w pozycji siedzącej.

DSC02992

Równie dobrze tak naprawdę wygląda przed pierwszym usiądnięciem. Pokażę Wam to, bo zanim wyszłam do pracy Michu zdążył się obudzić, więc wręczyłam mu aparat i na wszelki wypadek kazałam zrobić sobie zdjęcia.

DSC02998-horz

Szkoda tylko, że żeby wyglądać idealnie musiałabym wybrać stanie bądź siedzenie bez żadnych wyjątków. Na szczęście dążenie do ideału w tej dziedzinie mi nie grozi.