Kitka z nitką

O chorobcia, coś się kroi!


22 komentarzy

Kameleon w falbanach

DSC05906

Mąż skwitował tę sukienkę stwierdzeniem, że uszyłam sobie kolejną weselną kieckę. Zupełnie nie taki miałam plan i właściwie nawet mimo tego, że rzeczywiście ma w sobie coś z takich kreacji, dla mnie jest dość strojną, ale jednak sukienką letnią. Ale po kolei.

Dawno dawno temu kupiłam tkaninę. Batyst, jak się okazało, gdy przesyłka dotarła do domu. Wzór w nieregularne pasy, kolory zupełnie nie moje (może ten turkus tak odrobinę, ale bez przekonania). Tanio. Tak tanio, że grzechem było nie brać. To brałam, bo tak dawno dawno temu, robiąc zakupy, nie kierowałam się praktycznie niczym poza chęcią kupowania. I właśnie z tego powodu mój zakup przeleżał w pudle niespełna dwa lata, czekając na uwolnienie. Postanowiłam potraktować więc tę tkaninę jako wyzwanie.

DSC05870DSC05868DSC05867

Kiedy uporałam się już z wyborem „w pionie czy w poziomie”, co nie było łatwe, bo ten brązowy szlak sugeruje raczej pion, uznałam, że czas zmierzyć się z falbankami. W końcu modne, bardzo kobiece, a nawet dziewczęce, a ja mam w planie wyjazd nad morze, więc w takiej scenerii falbaniasta sukienka powinna się sprawdzić. Trochę w tym wyborze pomogła mi też czerwcowa Burda, która ma w swojej ofercie taką kieckę. Wykorzystałam ją więc do własnego projektu, pozbawiając jednak górnej falbany (wyglądałabym jak uroczy, ale jednak walec drogowy) i zmieniając zupełnie górę. Górę bowiem chciałam przetestować z modelu 101 z Burdy 2/2011. Ach, jakaż cudowna się ona okazała! Prosta w szyciu, idealnie dopasowana, z dużym, ale bezpiecznym, dekoltem i przedłużoną linią ramion czyniącą z nich minirękawki. Stworzona dla mnie, jak bum cyk cyk!

DSC05900DSC05934DSC05924DSC05926

Jak już wspomniałam, sukienkę uszyłam z batystu. Zarówno jej zewnętrzną warstwę, jak i to, co pod spodem. Tyle, że na część podszewkową wykorzystałam białą tkaninę. Sukienka dzięki temu jest bardzo lekka, przewiewna, ale też się trochę gniecie, przy czym wzór sukienki zdaje się nieco maskować te zagniecenia. Falbany obrzuciłam na owerloku wąskim ściegiem rolującym, co w porównaniu z potencjalnym ich szyciem na stębnówce zajęło dosłownie chwilę.

DSC05963DSC05922DSC05929DSC05961DSC05956

Na zdjęcia wybraliśmy się do pobliskiego Lasu Bródnowskiego. Dopiero tam zdałam sobie sprawę, jak bardzo w niektórych miejscach wtapiam się w otoczenie ;).

Pozdrawiam, Kasia


31 komentarzy

No i nie zdążyłam

DSC03289DSC03305

Tę sukienkę szyłam wyjątkowo długo. Nie dlatego, że była trudna. Wręcz przeciwnie – sądzę, że to jedna z łatwiejszych sukienek, które uszyłam. Ciągle jednak coś mnie odciągało od pracy przy niej. A to sprawy domowe, a to inne, pilniejsze rzeczy wpadły do uszycia. Poza tym to sukienka składak. O ile z wyborem góry nie miałam najmniejszego problemu, o tyle dół był dla mnie zagadką stulecia. Zaraz Wam o tym opowiem.DSC03299-horzDSC03286

Tkanina, z której powstała sukienka, jest cieniutką bawełną z jakimś niewielkim dodatkiem elestanu. Pokazywałam ją w tym poście, który napisałam na fali euforii związanej z odkryciem nowego sklepu ze szmatkami. Przeglądając wykroje właściwie od razu wiedziałam, że chciałabym uszyć kopertowy przód. Nigdy nie udało mi się kupić takiej sukienki (za każdym razem, kiedy próbowałam, szew odcinający lądował u mnie na biuście, a nie pod nim), a zawsze mi się takie podobały. Jakie to fajne uczucie coś sobie wymyślić, a potem móc sobie to uszyć! Wybrałam górę modelu 112 z Burdy 11/2007, wykroiłam i uszyłam. I odłożyłam, bo nie mogłam podjąć decyzji, co dalej. DSC03284DSC03267DSC03271

W sprawie dołu czekałam na natchnienie. Materiał jest tak lekki, że dół z połowy koła albo jakakolwiek jego rozkloszowana forma nie wchodziły w ogóle w grę. Przy najmniejszym wietrze miałabym bowiem kłopoty. Ale wciąż chciałam zachować swobodę poruszania się, móc się najeść po brzegi i wcisnąć gdzieś łapki. Jak się baba uprze, to nie ma przeproś. W końcu na stronie Burdy ze stylizacjami w jednym czasie trafiły dwie realizacje spódniczki, która mogłaby być moim dołem (model 111A z Burdy 4/2010). Jedną uszyła Beata (klik) z bloga Szyję… bo kocham i potrafię. Skoro Beata uszyła i poleciła, to ja nie miałam już żadnych wątpliwości. DSC03258

Uszyłam sobie sukienkę iście letnią, kwiecistą, przewiewną… idealną na przyszły rok. Co by nie mówić i jak by nie zaklinać rzeczywistości, lato sobie poszło i marne szanse, że zmieni zdanie. Paradowanie po dworze w takiej cieniźnie uznałam za zbyt zuchwałe, a że chciałam Wam ją od razu pokazać, zdjęcia są domowo-balkonowe. Bardzo się staraliśmy – ja pozować przyzwoicie, a Michu nie wyjść z siebie – ale chyba jednak znacznie lepiej czujemy się w plenerach ;). DSC03230DSC03228

Bardzo żałuję, że muszę na razie odwiesić tę sukienkę do szafy. Żałuję, bo ta kombinowana forma przypadła mi do gustu, a sukienka po prostu bardzo mi się podoba. Na szczęście lato już za niecały rok ;). DSC03275


14 komentarzy

Warszawa bywa mała

Niech za wstęp posłuży dzisiaj krótka opowiastka z naszego życia rodzinnego.

Jesteśmy trzyosobową komórką społeczną mieszkającą na jednym z warszawskich osiedli. Takich jak my – wiele. Na co dzień pracujemy, wychowujemy naszego Smyka i realizujemy swoje pasje, o ile czas na to pozwala. Jak pewnie całkiem spora część pracujących rodziców swoich smyków do i z pracy jeździmy na zakładkę, żeby Łobuz spędzał z nami jak najwięcej czasu. Mankament tego rozwiązania jest taki, że mamy trochę mniej czasu dla siebie. Ale mamy też przy tym sporo szczęścia, bo jak Warszawa długa i szeroka, a firm jak komarów w zeszłym roku, tak my pracujemy niemalże obok siebie, choć branżowo jesteśmy w ogóle niespokrewnieni. Dzięki temu zdarza nam się spotkać w ciągu dnia na obiedzie albo chociaż machnąć do siebie w przelocie. W pewnym sensie to taki substytut randek.

Dzisiejszą porę lanczową postanowiłam wykorzystać nie tylko na jedzenie. Na tę okazję zabrałam ze sobą do pracy aparat i kazałam się obfocić. Było szybko, zabawnie i za ciepło. Założyłam dziś na siebie sukienkę uszytą w zeszłym roku na podstawie wykroju z Burdy 5/2014 model 114 A. Jak dla mnie – forma doskonała. Jedyną zmianą była korekta długości sukienki. Kiecka powstała z lnu z domieszką wiskozy. Jak się zachowuje len, wszyscy wiedzą. Ale jak to potem wygląda na zdjęciach – tego aż tak bardzo nie przemyślałam. A że mam pracę siedzącą, siedzenie do pory obiadowej trochę się wypchało i radośnie na wietrze powiewało. Na brzuchu też się harmonijka zrobiła.

DSC02996-horz

Jak na pewno zauważyliście, na plecach oraz w garści mam coś białego. To to coś, co uszyłam ostatnio i nie wiem, czy nosić to, czy też nie. Dzisiaj założyłam, bo gołych pleców jest w tej sukience dość sporo. W pracy więc odziana byłam, jak dress code przykazał (ale taki w luźniejszym wydaniu).

Sukienkę uważam za bardzo udany model z kilku powodów. Jest bardzo dobrze dopasowana, ma ciekawe cięcia podkreślające to, co trzeba. Ma też świetne rękawki/ramiączka z kontrafałdką – dzięki temu bardzo ładnie układają się na ramionach. Jest Jest po prostu bardzo kobieca!

DSC02987

I gdyby nie ten len gnieciuch, sukienka byłaby bez zarzutu. Ale z drugiej strony dzięki takim tkaninom człowiek daje radę przeżyć w takie upały. Zatem niech się gniecie – mi to dyndoli.

DSC02977-horz

Możecie też zobaczyć, że sukienka wygląda świetnie w pozycji siedzącej.

DSC02992

Równie dobrze tak naprawdę wygląda przed pierwszym usiądnięciem. Pokażę Wam to, bo zanim wyszłam do pracy Michu zdążył się obudzić, więc wręczyłam mu aparat i na wszelki wypadek kazałam zrobić sobie zdjęcia.

DSC02998-horz

Szkoda tylko, że żeby wyglądać idealnie musiałabym wybrać stanie bądź siedzenie bez żadnych wyjątków. Na szczęście dążenie do ideału w tej dziedzinie mi nie grozi.


12 komentarzy

Najulubieńsze

Czy ty w ogóle chodzisz w tych wszystkich uszytych ubraniach? – zapytała ostatnio moja siostra, kiedy jednym okiem luknęła do mojej szafy z ciuchami, a drugim wyhaczyła Mańkę ubraną w jeszcze szytą sukienkę z poprzedniego postu. Ano chodzę – odpowiedziałam. Ale niestety nie jest tak, że obdzielam je sobą jednakowo często. Mam w swojej szafie rzeczy, które noszę często, sporadycznie i ulubione. Te, których nie założyłam wcale albo przywdziałam je raz, a potem rzuciłam gdzieś w kąt, oddałam bez żalu. Miejsce na nowe fatałaszki zawsze się przyda.

Mamy lato, pozostając więc w licowych klimatach, pokażę Wam dwie letnie sukienki własnoręcznie wyprodukowane jeszcze w przedblogowej erze. Takie naj naj, które będę nosić aż po ich kres. Jak się podrą, będę łatać, jak poplamią – spróbuję doprać, zafarbuję albo to oleję. Zmiany gabarytów własnych nie przewiduję ani nawet nie rozpatruję.

Jako pierwsza powstała sukienka 124 z Burdy 5/2013. Jest fajoska, bo ma duuuży dekolt, odkryte ramiona i sporo miejsca na brzuch wypełniony lodami, goframi i innymi wakacyjnymi przysmakami. Uszyłam ją z wiskozy, która wygląda jak len, ale nie gniecie się tak pioruńsko. Jest przewiewna i wygodna. Dla mnie bomba! Zupełnie tylko nie pamiętam, dlaczego zrezygnowałam z kieszeni…

DSC01686DSC01685-horz0b2c0c1da2ed5e063aff8747a7a636bd

***

W zeszłym roku z tego samego numeru Burdy uszyłam kolejną kiecuszkę. Taką, o! 134 numer miała. I mogłabym napisać o niej właściwie to samo, co o poprzedniczce. Różnica jest taka, że ta jest z bawełny, dekolt jest głęboki i z przodu, i z tyłu, no i cięcia są inne. Ale zasadniczo wygląda podobnie.

DSC02537-horz6299a6cf7e0ce6d29168752349bc920a Na zdjęciach poniżej co prawda nie za bardzo widać detale sukienki, ale foty są wakacyjne i co innego miały pokazywać. Widać przynajmniej, że się w oczy i obiektyw rzucałam. Może co sprawniejsze oko dojrzy jeszcze, że sukienka świetnie leży i doskonale eksponuje walory mojej sylwetki ;).

DSC01733

DSC01701

No dobrze, moi mili Zaglądacze, ja się przed Wami otworzyłam. I teraz chciałabym się dowiedzieć, jak to z Wami jest. Czy wszystkie uszyte przez siebie ubrania nosicie jednakowo często? Czy są wśród Waszych fatałaszków takie szmatki, które darzycie szczególnym upodobaniem? A może jest tak, że szyjecie dużo, bo szyć lubicie, ale niekoniecznie już te uszytki sprawdzają się na co dzień, w związku z czym są głównie ozdobą Waszych szaf. Podzielcie się swoimi doświadczeniami! :).


27 komentarzy

Morze kwiatów, kupa zdjęć i jedna refleksja – oto najnowsza letnia sukienka

Odstawienie się od maszyny na ponad miesiąc nie było tak bolesne, jak myślałam, ale podejrzewam, że to jednak zasługa udanych wakacji. Nie zmienia to jednak faktu, że kiedy wreszcie zabrałam się za szycie, miałam z tego wielką frajdę.

Już następnego dnia po powrocie z zagranicznych wojaży zarządziłam wypad na szmatki. Nikt tak mnie nie rozumie jak mamusia, a że u niej zrobiliśmy sobie przystanek, pełna entuzjazmu dla moich pomysłów zapakowała mnie do samochodu i pojechałyśmy. Kupiłam sobie kwiecistą wiskozę, materiał typu lejącego się faliście. Wdałam się przy okazji z panią w sklepie w małą polemikę, bo mnie pani skasowała stwierdzeniem, że jest coś takiego, jak wiskoza bawełniana. No i zonk. Wiecie coś na ten temat? Może powinnam się dokształcić w tym zakresie?…

Miałam materiał, miałam wstępny pomysł na sukienkę, ale nie miałam wybranego konkretnego wykroju. Kupiłam więc lipcową Burdę, coby od trendów za bardzo nie uciekać, a w niej oprócz wykroju na sukienkę znalazłam swoje zdjęcie w kombinezonie! Ależ mnie się ciepło we wnętrzu zrobiło, a rogal na twarz wystąpił. Szał i pełna ekscytacja! DSC02614

Wracając jednak do nowej sukienki… Wykrój nr 115 od razu uprościłam, żeby go pogodzić z moim wyobrażeniem i zmieścić w tym kawałku materiału, który sobie kupiłam (ja miałam 150×160 cm, a Burda chciała aż 230 cm długości!). Zrezygnowałam z rękawków, dekolt z przodu lekko pogłębiłam, a z tyłu zrobiłam w szpic. Odszycia wszelkie zastąpiłam wykończeniem z wypustki bawełnianej. Sukienka nie ma żadnego zapięcia, bo ma na tyle zapasu, że swobodnie można ją założyć bez zbędnych wygibasów. Nie szyłam tej długiej szarfy do opasywania się, bo sobie kupiłam pasek, który jest jednak wygodniejszy w zakładaniu i podkreśla talię, a nie dodaje jej dodatkowych centymetrów w postaci wielkiej smętnie wiszącej kokardy. Sukienka jest krótsza, bo jest zwyczajnie podłożona, a nie wykończona szeroką plisą, no i co najważniejsze – ma kieszonki ;). (Te kieszonki to akurat były w wykroju, ale chciałam zaznaczyć, że są).DSC02597DSC02551-horz

Ta sukienka to taka prościzna, że aż nie warto się nad nią specjalnie rozwodzić. Nie trzeba jej było dopasowywać, nie wymagała wielu szwów, ani jakieś przesadnej precyzji. Dla wielu (w tym być może dla mnie) do uszycia w dwie godzinki. Ale ja pieściłam się z nią znacznie dłużej. Zdałam sobie sprawę, że szycie na akord w ogóle mnie nie relaksuje, a ściganie się ze sobą jest zupełnie bez sensu. O ile w innych dziedzinach jestem popędliwa i zanim pomyślę, już działam (niedługo z tego powodu Michu zacznie mi grozić rozwodem), to tutaj chciałabym możliwie często osiągać szyciowy zen. W końcu to pasja, a nie rywalizacja o złote gacie.

Tym razem zdjęcia pykaliśmy podczas sobotniego spaceru na jednej z mazowieckich wiosek. Niech Was jednak nie zmyli lekkość materiału i zwiewność kiecki – tego dnia moja forma pozostawiała wiele do życzenia. Na szczęście spacer miał terapeutyczne działanie, oczyścił ciało i umysł ;). Mimo tego jednak twarz pokazywałam niechętnie i niewyraźnie, skupiając się na uwypukleniu uroku sukienki oraz okolicznych krajobrazów.DSC02542

Pozdrawiam serdecznie!