Kasia Mazurek

Kitka z nitką


26 Komentarzy

Parka – najpraktyczniejsza kurtka w moim rankingu i szafie

DSC09857

Miesiąc. Miesiąc minął od powzięcia decyzji o szyciu, uszycia i nacieszenia się nową rzeczą do zrobienia zdjęć. Jesień jest jednak do dupy. W moim przypadku czekanie na sprzyjające warunki atmosferyczne do zrobienia sesji, a do tego dogranie innych czynników to trochę jak czekanie chociaż na piątkę w totka. No ale na szczęście mi się udało, więc wreszcie mogę Wam pokazać kurtkę, o której przebąkiwałam już od jakiegoś czasu. DSC09839DSC09838DSC09837DSC09855

Kurtkę uszyłam na podstawie wykroju nr 18 z Ottobre Design Woman 5/2013. Burda mnie swoimi wykrojami nie zachwyciła dostatecznie, poza tym te modele wydawały mi się jakieś takie bardzo obszerne. Zmian w stosunku do wykroju dokonałam niewielkich (nie wciągnęłam gumy w rękawy, nie nabijałam oczek, bo nie miałam sprzętu i trochę inaczej obeszłam się z kapturem), ale to raczej kosmetyka, więc nie ma o czym mówić. Bardziej istotne jest to, że podszewkę wszyłam tak zwyczajnie, a w przepisie było, że należy ją szyć razem z warstwą wierzchnią jak jedną warstwę. I tak naprawdę to tu miałam najwięcej gimnastyki z tym szyciem. A! Kieszenie dolne uszyłam inaczej. Prawdę mówiąc, długo się zastanawiałam, jakie bym chciała mieć te kieszenie. Worków nie chciałam, by uniknąć poszerzania w biodrach. Zasuwanych też nie, bo noszę ręce w kieszeniach i mnie te zamki rysują po nadgarstkach. Naszywane na płasko wydały mi się zbyt zwyczajne, choć jak teraz myślę, to chyba byłyby całkiem ok. Uszyłam jednak jeszcze inne. DSC09869DSC09854DSC09850DSC09846DSC09826

Na parkę wykorzystałam dokładnie te same tkaniny, z których szyłam ostatni zestaw dla syna, wzbogacając ją jednak o tradycyjną podszewkę w rękawach, by swobodnie w kurtkę się odziewać i z niej wyskakiwać. Ponieważ zrezygnowałam z gumy w rękawach, rękawy okazały się nieco przykrótkie. Poratowałam się, wymyślając sobie, że odszyję je paskiem z tkaniny w kratkę. Od siebie dorzuciłam jeszcze naszywki pasujące kolorystycznie do kraty, żeby kurtkę z zewnątrz ożywić. No i powiem Wam, że mi się podoba, ale… DSC09829DSC09845DSC09860DSC09830

… ale jednak się trochę przy szyciu namordowałam. O ile szycie spodni dla syna poszło gładko, o tyle z szyciem kurtki z takiej zwartej i dość sztywnej tkaniny nie szło już tak łatwo. Zszywanie wielu warstw i manewrowanie tym wielkim chałatem na domowej maszynie wymagało sporo ekwilibrystyki. Są więc tu i ówdzie miejsca niedoskonałe, gdzieś mogło pójść troszkę równiej, ale nie do końca wyszło. Prawda jest jednak taka, że widzę to ja i zauważyłybyście Wy, ale zdrowy rozsądek podpowiada, że cała reszta świata niekoniecznie, więc tym razem należało odpuścić. Poza tym podczas szycia kieszeni cierpiałam na jakieś chwilowe zaćmienie umysłu. Pierwsze dwie poszły do kosza, kolejna wyszła dobrze, przy czwartej pomyliłam strony i uszyłam z lewą stroną materiału jako wierzchnią, więc musiałam uszyć piątą. Ale wiadomo, trening czyni mistrza 😉 Dałam też ciała przy listwie odszywającej kaptur. Jeśli dobrze się przyjrzycie, zobaczycie, że odszycie przodu i kaptura nie schodzi się w jednej linii. Wszystko dlatego, że zapomniałam, że w podstawie podszewka i wierzch kurtki stanowią jedną warstwę. Więcej jednak tej kratki nie miałam, zostawiłam, jak jest, plując sobie w brodę z powodu własnego gapiostwa. DSC09840DSC09867DSC09862

Mimo wszystko kurtkę polubiłam. Sprawdza się świetnie nawet w deszczową pogodę, nie przepuszcza wiatru, można z powodzeniem ubrać się pod nią na cebulkę, owinąć grubym swetrzyskiem i nadal jest wygodnie. Zasłania oraz grzeje i nereczkę, i bioderko, a nawet kawałek uda. W kapturze nie wyglądam może przesadnie urodziwie, ale spełnia swoją funkcję, a dzięki temu zmarszczonemu kawałkowi nie zsuwa się z głowy nawet podczas silniejszego wiatru. I tylko rzepy uważam za kiepskie rozwiązanie, bo może i tanie i łatwe do uszycia, ale jednak czepiają się wszystkiego i niszczą kosmate ubrania. Rzepom więc mówię stanowcze nie. DSC09874

A Was pozdrawiam i życzę dużo słońca!

Reklamy


26 Komentarzy

Wszystko, co chcielibyście o mnie wiedzieć, ale nie było okazji o tym wcześniej napisać

Monika to zaczęła, Beata podchwyciła, a i mi pomysł tak bardzo się spodobał, że postanowiłam pójść za ciosem i zdradzić Wam parę sekretów 😉 . Gotowi? Zaczynamy!

  1. Nie mam genu kolekcjonera, nie gromadzę przedmiotów, ale…
  2. …w szafie ciągle wisi pierwsza uszyta przeze mnie kurtka (jeszcze z czasów liceum).
  3. Kawy nie odmawiam. Mogę ją pić o każdej porze.
  4. Lubię piec ciasta, ale rzadko je jem. No chyba, że upiekę sernik. Serniki pochłaniam.
  5. Rety, jak ja lubię się śmiać. Dzień bez zapewnienia sobie choć małej dawki niekontrolowanego rechotu jest dniem straconym.
  6. Nie lubię się bać. Do tego stopnia, że zabroniłam domownikom podchodzić do mnie bez ostrzeżenia ;).
  7. Jako pierwsza dziewczyna w klasie (i druga osoba w ogóle) zrobiłam prawo jazdy. Szacun – to przez chwilę było moje drugie imię 😀 .
  8. Nie umiem nic nie robić. Mam wrażenie, że w ten sposób marnuję czas.
  9. Nie lubię bałaganu, ale nie lubię też sprzątać. Stąd może wynikać punkt 1.
  10. W sytuacjach nagłych i stresowych nieruchomieję.
  11. Uwielbiam muzykę filmową.
  12. Przez pięć lat (na przełomie podstawówki i liceum) tańczyłam w zespole tańca nowoczesnego. Wcześniej chodziłam na kurs tańca towarzyskiego.
  13. Nie umiem opowiadać dowcipów.
  14. Grałam w szkolnej reprezentacji siatkówki.
  15. Czasami działam, zanim pomyślę.
  16. Bardzo nie lubię konfliktów.
  17. Lubię jeść.
  18. Aktywny wypoczynek to najlepszy wypoczynek.
  19. Nie lubię się opalać, ale nie przeszkadza mi lekko opalone ciało.
  20. Choć zawsze byłam bardzo dobrą uczennicą (choć z naciąganym bardzo dobrym zachowaniem), nie lubiłam szkoły. Pokochałam za to studia.
  21. Jestem filologiem polskim z wykształcenia, ale na wszelki wypadek nie zrobiłam specjalizacji nauczycielskiej, żeby nie musieć pracować w szkole.
  22. Zwracam uwagę na język, którym posługują się ludzie dookoła, ale nie poprawiam ich. To robię tylko wobec najbliższych, którzy akceptują ten stan rzeczy. Mama nazywa mnie swoim „Miodkiem” i dzwoni do mnie z językowymi problemami.
  23. Staram się nie tracić energii i nie złościć na coś, na co nie mam żadnego wpływu.
  24. Filmy i książki – pochłaniam, nie ograniczając się do konkretnych gatunków.
  25. Lubię zwiedzać Polskę. Inne kraje też, ale Polskę szczególnie.
  26. Lubię wstać rano, kiedy jeszcze dom śpi, i posiedzieć sobie w ciszy z filiżanką kawy.
  27. Lubię podróżować samochodem i z mapą w ręku robić za pilota. Lubię też prowadzić, ale mąż chyba lubi bardziej, więc to jemu zostawiam tę rozrywkę. Nasz syn na szczęście też lubi jazdę samochodem.
  28. Lubię rozmawiać. Lubię też dyskutować z kimś o odmiennym zdaniu dla ćwiczenia sztuki wymiany poglądów i sensownego ich argumentowania.
  29. Jestem antytezą życiowego rozmemłania. Do wszystkiego staram się podchodzić metodycznie i z planem.
  30. Lubię i umiem wiele prac remontowych wykonać sama. Sklepy budowlane mnie nie przerażają, odróżniam wkręty od śrub, a wiertarkę uważam za podstawowe wyposażenie domu. Już w liceum wierciłam zgrabniejsze dziury niż mój kolega, kiedy na ochotników zgłosiliśmy się do odnowienia pracowni biologicznej. W ogóle jestem typem osoby, która kieruje się dewizą: zanim zadzwonisz po fachowca, spróbuj zrobić to sam.
  31. W dzieciństwie nie znosiłam koloru czerwonego. Odkąd zyskałam możliwość decydowania o wyborze koloru nowych rzeczy, ubierałam się na niebiesko. Trwało to całą podstawówkę.
  32. Lubię zapach książek. Ostatnio zauważyłam, że mój syn też je wącha! Genów nie oszukasz 😉 .
  33. Jestem cholerykiem. Jak mnie coś uwiera, to muszę to z siebie wywalić, ale zaraz potem mi lepiej.
  34. Staram się trzymać zasady „Jak nie możesz czegoś zmienić, spróbuj to poznać i polubić” (to słowa mojej mądrej mamy). W ten sposób stałam się fanką gry Heroes of Might and Magic III, a zamiast marudzić, że mój kiedyś chłopak, a teraz mąż, jest fanem piłki (czynnym i biernym), co to tylko mecze ogląda i świata poza tym nie widzi, postanowiłam przekuć to w coś dla siebie pozytywnego. Na te mecze chodziłam razem z nim, co nieco się podszkoliłam i znów przez jakiś czas szacun to było moje drugie imię, zwłaszcza kiedy koledzy męża o piłce chcieli rozmawiać ze mną. Taką fajną dziewczynę miał, a teraz ma żonę 😉 . A w prezencie ślubnym dałam mu własnoręcznie zrobioną „Piłkę Nożną”, w której był bohaterem każdego napisanego przeze mnie artykułu. Postarałam się nawet o plakat. Obecnie jego godziny spędzone przed telewizorem albo na boisku wykorzystuję na szycie. Czy może być lepszy układ?
  35. Nie mam właściwie koleżanek, mam za to przyjaciółki. Nie umiem utrzymywać pobieżnych relacji.
  36. Nigdy nie byłam typem słodkiej dziewuszki. Zawsze bliżej było mi do chłopczycy.
  37. Kiedy byłam w ciąży, postanowiłam sobie, że będę zadbaną mamą, taką, jaką zawsze była moja mama. Było mi zawsze bardzo miło, kiedy jako dziecko słuchałam komplementów na jej temat od innych dzieci.
  38. Nie mam duszy romantyka. Zbyt twardo stąpam po ziemi i racjonalnie spoglądam na świat.
  39. Jestem uważnym słuchaczem.
  40. Ogromną radość sprawia mi robienie/kupowanie prezentów dla innych.
  41. „Zawsze” i „nigdy” – pracuję nad tym, by unikać tych słów.
  42. Zauważam szczegóły, których mogą nie widzieć inni. Stąd pewnie moje uporczywe dążenie do tego, żeby szwy były zawsze równe, linie się schodziły, a całość prezentowała zadowalający mnie poziom.
  43. Lubię pisać rozwlekle 😆.
  44. Nie lubię fałszywej skromności. Uważam, że jeżeli jest się w czymś dobrym, należy się tym zwyczajnie chwalić.
  45. Czytanie to mój nałóg. Poza oczywistościami czytam etykiety, ulotki i ogłoszenia na słupach. Czytam nawet po raz nie wiem który wypis z Regulaminu przewozu środkami lokalnego transportu zbiorowego w m.st. Warszawie, kiedy zdarzy mi się usiąść na przeciw niego. Po prostu – widzę litery, to czytam.
  46. Uchodzę za osobę towarzyską, ale w większym gronie przyjmuję pozycję obserwatora i słuchacza.
  47. Uwielbiam gry towarzyskie, planszowe, kalambury, ale w ogóle nie zależy mi na zwycięstwie. Wolę dobrą zabawę. No chyba że gramy w kalambury dziewczyny na chłopaków. Wtedy ze zwykłej babskiej chęci utarcia nosów zadufanym w sobie panom po prostu wygrywamy 😉 .
  48. Lubię swoje obojczyki i trudny do określenia kolor oczu.
  49. George Clooney stracił dla mnie sporą część swego uroku, kiedy się ożenił ;). Jego miejsce zajął Robert Downey Jr (mąż nie traktuje panów jako realnego zagrożenia).
  50. Kocham moją rodzinę i lubię, kiedy spędzamy razem czas.

Zdaje się, że mogłabym tak dłużej, ale spróbuję się zatrzymać, bo już żadna tajemnica mi nie zostanie w zanadrzu. A może zechcecie przyłączyć się do tej zabawy i napiszecie na swoich blogach coś więcej o sobie? Napiszcie. Z radością będę chłonąć każde słowo.

***

No dobrze, to teraz pokażę Wam tę moją pierwszą kurtkę uszytą na maminym łuczniku. Udało mi się nawet znaleźć tę Burdę, z której ona pochodzi. Jak macie ją gdzieś w swoich zasobach, zerknijcie. To nr 6/2000 model 103 A. Kurtka jest niezdatna do noszenia, ale będę ją trzymać chyba już po wsze czasy. Zobaczcie, ma nawet podszewkę. Taka była ze mnie spryciula lat temu ho ho ho nie powiem Wam ile (tylko dlatego, żeby nie stracić dobrego humoru z powodu uzmysłowienia sobie upływu czasu). DSC07675DSC07673DSC07671

Nieźle, co? 😉

Pozdrawiam Was serdecznie, wiosennie i wesoło!

Kasia


22 Komentarze

Wiosenna kurtka dla małego łobuziaka

Z tym, że najmłodszy w rodzinie rośnie na potęgę i nie zatrzymuje się ani na chwilę, już się oswoiłam i nie dziwię się głupio, kiedy okazuje się, że a to już kosteczka z nogawki wygląda, a tam nereczka nieśmiało spod koszulki się uśmiecha. Ot, taka kolej rzeczy. Wiadomo na przykład, że z zaraz będzie nam potrzeba dużo t-shirtów sięgających niżej niż okolice pępka i trochę cieńszych spodni do całodziennego ciekania po dworze. Do tych jednak łatwo dających się przewidzieć potrzeb nieoczekiwanie dołączy czasem jakaś „niespodzianka”. Ostatnio dołączają dziury. Tylko w minionym tygodniu kolano postanowiło sforsować aż dwie pary spodni. Skutecznie. Dziurami w spodniach przejęłam się chyba niewystarczająco, uznając, że łaty szybko rozwiążą problem, więc na deser dostałam rozerwaną przy kieszeni kurtkę. Precyzując – kieszeń oderwana, materiał wierzchni rozerwany na linii szwu, dziecko nie wie, jak to się stało. Wobec zaistniałej sytuacji uznałam, że nie będę reanimować trupa i sprawię dziecku nową kapotę.DSC05205

Wybrałam model 22 z Ottobre Design 1/2015. Z zasobów własnych wyciągnęłam pozostałości po tej sukience, tej spódnicy oraz tę kieckę (trochę w niej chodziłam, ale ta tkanina i rozkloszowany dół nie do końca ze sobą grały, zwłaszcza w wietrzne dni). Tych resztek było tak dużo, że właściwie każda kombinacja kolorystyczna wchodziła w grę. Tak się rozkręciłam przy tym kombinowaniu, że wymyśliłam sześć wersji. Ostatecznie jednak względy praktyczne wzięły górę, więc padło na ciemne rękawy i środek przodu. I całą resztę, którą widzicie.

Wierzch to bawełna satynowana, dlatego kurtka będzie wiecznie wygnieciona. Ale będzie za to oddychać. Spód, czyli podszewka, to dzianina bawełniana będąca onegdaj moją koszulą nocną, w której i tak nie spałam. Rękawy spodnie uszyłam z podszewki wiskozowej. Niebieskiej. Jak szaleć kolorystycznie, to na całego. Szare ściągacze są szare i też resztkowe, a granatowe mi nie pasowały. Wloty kieszeni czerwienią się zuchwale, by przy nadarzającej się okazji dawały o sobie znać. A równie czerwone łaty na łokciach ożywiają tyły. Zamek błyskawiczny miał być błękitny, ale jak grom spadła na mnie wizja czerwonego, więc mąż, jako osoba zaangażowana zawsze w tworzenie garderoby dziecięcia swego, zjeździł wczoraj pół Pragi Pn. w poszukiwaniu tego jedynego. Misja zakończyła się sukcesem, a nowa bajerancka kurtka kosztowała nas całe 8 zł.

Szczerze Wam powiem, że w miarę jak kurtka nabierała kształtów, miałam coraz większego rogala na twarzy. Tak mi się podobała! A kiedy ją uszyłam, pozazdrościłam własnemu dziecku takiego odjazdowego ciucha.


21 Komentarzy

Wełniana kurtka na powitanie bardzo wczesnej wiosny

Ostatni tydzień poświęciłam przygotowaniom na nadejście wiosny. Takiej chłodniejszej, ale słonecznej. Jak napisałam w poprzednim poście, tak uszyłam. Coś trudniejszego niż bluzkę czy spódniczkę, ale nie tak trudnego, jak się spodziewałam. Uszyłam kurtkę, wełnianą, dokładnie taką, jaką ujrzałam na okładce styczniowej Burdy (model 104 A). Właśnie ona skradła moje serce i duszy kawałek też.

Wbrew obawom szyło się ją tak łatwo, że ja robiłam to, jedną nogą obsługując pedał od maszyny, a drugą zawracając pędzącą na mnie dziko ciuchcię 😉 Bo tym razem nie szyłam po nocach, kiedy Młody śnił o autach i lokomotywach, ale razem z nim, popołudniami, jedną część swego jestestwa poświęcając maszynie, a drugą zabawom i figlom z Misiakiem.

Zżymałam się na liczbę elementów, którą musiałam przerysować, wyciąć, potem znowu wyciąć, podkleić i zszyć, ale tak naprawdę to dzięki temu ta kurtka tak mi się spodobała. Dzięki asymetrycznemu przodowi też. DSC00468

Kurtkę uszyłam ze stosunkowo cienkiej wełny kostiumowej. W opisie szycia Burda kazała podkleić wszystkie elementy oprócz dolnej części pleców. Podkleiłam je jednak, bo bez tego ta część nie układała się najlepiej. Wydłużyłam też rękawy o 2 cm, bo burdowe są dla mnie zawsze za krótkie. DSC00495

Początkowo miałam podszyć kurtkę pikówką i uczynić z niej zimówkę, ale ostatecznie zrezygnowałam. Po pierwsze dlatego, że ta wełna raczej by tego nie utrzymała i się zdefasonowała. A po drugie okazało się, że rozmiar 38 w tym modelu jest bardzo dopasowany. Tak bardzo, że między mnie a kurtkę już niewiele się wciśnie.

I z wykroju, i z własnej roboty jestem zadowolona. Kiedy nadejdzie już odpowiednia pora, ta kurteczka będzie moim ulubionym okryciem. DSC00477

A żeby nie było tak zupełnie kremowo, „pokolorowałam” kurtkę podszewką. DSC00497