Kasia Mazurek

Kitka z nitką


34 Komentarze

Kombinezon zielony

DSC00802

Ale zaszalałam, co? Tak mnie ta zieleń ostatnio bombardowała zewsząd, że postanowiłam się z nią zmierzyć i sprawdzić, czy my się polubimy. I to nie że tak ostrożnie i zachowawczo na małym kawałku, ale od razu z pompą i na bogato. Zielony kombinezon sobie wymyśliłam. Ten z Burdy 11/2017 model 114. DSC00789DSC00787DSC00785

Całość skroiłam z trzech metrów tkaniny, którą nazywają karelia, i od razu mówię – nie idźcie tą drogą, to znaczy w przypadku tego wykroju akurat te 3,2 m dla rozmiaru 38 zalecane przez Burdę to nie jest jakoś za bardzo na wyrost i kupcie sobie tyle tkaniny, ile sugeruje przepis. Skoro ja swojej miałam o te 20 cm za mało, musiałam się trochę nagimnastykować, ale ostatecznie udało mi się wszystkie elementy zmieścić na tej płachcie, którą miałam, i to w dodatku przedłużone w sumie o 4 cm (nogawkom dodałam 2 cm i przedłużyłam górę o kolejne 2 cm).  DSC00782DSC00780DSC00809DSC00777DSC00811DSC00776

Szycie z instrukcją obrazkową to pestka. Szycie karelii to przyjemność. Ale szycie spodni z zakładkami z dość mięsistej i sprężystej tkaniny to już jednak spore ryzyko. Uszyłam najpierw spodnie jak stało w przepisie. Spodnie wisiały na wieszaku bardzo zachęcająco, powiedziałabym nawet, że elegancko. Ale jak się z 2D zrobiło 3D, czyli odziałam swe krągłości, to tam, gdzie były zakładki, na sylwetce zrobiła się masakra. Nie będę Wam pisać, jak to, co powyżej kroku i poniżej pasa, nazywamy u nas, ale mówimy na to brzydko i ja nie chciałam myśleć, że coś takiego brzydkiego mam. Rozprułam więc zakładki, ułożyłam w jedną stronę, przystębnowałam. Było już trochę lepiej, ale nadal nie mogłam się pozbyć wrażenia, że nie tak, jak powinno być. Zdecydowałam o dość radykalnej zmianie, czyli rozprułam zewnętrzne szwy nogawek (a zapasy były już obrzucone na owerloku), zlikwidowałam zakładki i zwęziłam nogawki. DSC00794DSC00805DSC00803DSC00801

Po połączeniu góry z dołem kombinezon mogłam już przymierzyć, bo niecierpliwe czekałam na efekt końcowy, a taka przymiarka mogła mi przecież wiele powiedzieć. Niestety powiedziała mi coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Hej, lala, weź te grabie i idź uprzątnąć okolicę. Mój mąż natomiast, moja skała i opoka, mój pocieszyciel w najtrudniejszych chwilach, zerknął i zaproponował, żebym od naszego syna pożyczyła pas na narzędzia. Potem tych żartów padło jeszcze sporo, a z każdym z nich mój entuzjazm znacząco słabł. Ponieważ jednak nie chciałam tych trzech metrów materiału tak po prostu spisać na straty, zaczęłam szukać rozwiązania i tym sposobem na klapkach kieszeni i wlotach znalazły się ozdobne paski ze świecidełek. Roboczy charakter stroju nieco zbladł, a po dodaniu kokardy w pasie to już właściwie zniknął. Buty na obcasach dopełniły dzieła. DSC00800DSC00797DSC00796

No dobra, prawda jest taka, że w butach na obcasach to ja chodzić na co dzień nie chodzę, od wielkiego dzwonu natomiast to i owszem. Tylko nie wiem, czy z kolei taki kombinezon na wielki dzwon się nada. Jeśli będę go nosić, a myślę, że tak, to raczej w wydaniu codziennym i w towarzystwie trampek (poluję na nowe, ale koniecznie różowe). Mam przy tym nadzieję, że nikt nie będzie mnie ganiał po mieście i wciskał łopaty, miotły albo innych atrybutów przynależnych służbom oczyszczania miasta 😛 DSC00799DSC00795

A Wam która wersja przypadła do gustu? Ganialibyście za mną czy zupełnie nie wiecie, o co mi chodzi?

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!

Reklamy


36 Komentarzy

Kombinezon w stylu boho

Och, ile to ja się nakombinowałam, zanim wymyśliłam, co też mogłabym uszyć z tego dwumetrowego kawałka bawełny z borderem po obu stronach. I nie byłoby to takie może wyzwanie, gdyby nie to, że ta bawełna to była lekko elastyczna po długości, a nie szerokości, a realizację pierwotnego pomysłu porzuciłam w chwilę potem, kiedy na stronie ze stylizacjami Burdy zobaczyłam dokładnie taką kieckę, jaką zamierzałam uszyć. Zacznę jednak od początku i jeśli macie ochotę towarzyszyć moim wspomnieniom, zapraszam do lektury. A było to tak…

Jako osoba już kompletnie zbzikowana na punkcie szycia mam wzrok zaprogramowany na wyszukiwanie witryn sklepowych z szyldami „TKANINY” i „PASMANTERIA”. Rozumiecie to, prawda? Kiedy jeżdżę w rodzinne strony, lubię sobie od czasu do czasu zajrzeć do tamtejszych sklepów i zrobić jakieś małe zakupy (z tych zakupów właśnie powstał mój ostatni spodniowo-bluzkowy komplet). Ale co to dopiero jest za radość, kiedy w jakimś nowym miejscu natknę się (albo wręcz specjalnie wyszperam o tym informację w odmętach internetu – ale o tym to już historia na kolejny wpis) na jakiś sklep z tkaninami i to w dodatku całkiem dobrze zaopatrzony. No radość nie ma wtedy granic, a ja nie byłabym sobą, gdybym chociaż nie zerknęła, co tam ciekawego mają. I tak właśnie było tym razem, czyli dwa lata temu, kiedy z plecakiem na plecach i dwuipółatkiem za rączkę wybrałam się pociągiem na weekend do Gdyni, by zażyć nieco morza i kąpieli słonecznych. Okazało się, że tuż za rogiem placyku, przy którym wynajęłyśmy z koleżanką mieszkanie, znajduje się sklep z materiałami wszelakiej maści. Jakież to było szczęście, kiedy okazał się otwarty w sobotę, a ja mogłam zostawić na chwilę koleżankę, dziatwę i oddać się buszowaniu. I tylko ograniczone miejsce w plecaku spowodowało, że kupiłam kawałek dzianiny na bluzkę dla mamy i dwa metry bawełny na sukienkę. Wybrałam ją, ponieważ chciałam koniecznie jeszcze raz uszyć sukienkę podobną do tej, a było to wtedy, kiedy nie podjęłam się jeszcze jej zmniejszania i nie sądziłam, że jeszcze ją założę.

Z planami szycia nowej sukienki wróciłam do domu. I jak już napisałam, plany porzuciłam, gdy przeglądając realizacje modelu 133 z Burdy 8/2012, ujrzałam identyczną sukienkę. Tak właśnie miała wyglądać moja… Zniechęcona materiał wrzuciłam do mojego składu i co jakiś czas wyciągałam z niego, zastanawiając się, co mogłabym z nim zrobić. Moje myśli cały czas krążyły wokół sukienki, ale niezależnie od tego, jaki model bym wybrała (a szukałam rozkloszowanego), w efekcie otrzymałabym sukienkę podobną do tej uszytej przez Barking. Po jakimś czasie porzuciłam wizję rozkloszowanej kiecki na rzecz czegoś bardziej dopasowanego. Ale wciąż się nie mogłam zdecydować, bo taka sukienka wymagałaby podszewki. A ja podszewki nie chciałam. Zaczęłam myśleć znowu i wyszło mi z tego, że mogłabym wykorzystać same bordery do jej uszycia, a wtedy podszewka byłaby zbędna. I już byłam gotowa szyć sukienkę z modelu, który wykorzystałam dwukrotnie (Snowflake i Sztywniara), aż w maju tego roku dopadło mnie nagłe olśnienie. Kombinezon! Kombinezon będzie idealny! DSC09083DSC09081DSC09078DSC09077DSC09092DSC09093

Ponieważ wykroju wówczas odpowiedniego nie miałam (teraz już jest, w licowej Burdzie), punktem wyjścia uczyniłam wykrój na spodenki od tego kombinezonu, skracając nieco ich stan z przodu i bardziej z tyłu oraz dodając rozcięcia na szwach bocznych nogawek. Sprawdziłam, ile mi to zabierze borderu z tkaniny i potem już wiedziałam, co zrobię dalej. Resztę ozdobnych brzegów pocięłam na pasy, które widzicie w postaci ozdobnego wykończenia dekoltu, a górę kombinezonu uszyłam z białego środka. Nie pamiętam już z którego wykroju korzystałam, rysując górę, ale to i tak nie ma większego znaczenia, bo i tak każdy musiałabym przerobić nieznacznie, by móc później naszyć cięte po nitce prostej listwy ozdobne. Początkowo chciałam, żeby były one wiązane na ramionach, ale po zrobieniu kokardy próbnej zmieniłam zdanie, zrobiłam tunele i wciągnęłam sznurki ozdobione koralikami. To samo w pasie. Wiązanie pełni tylko funkcję ozdobną, natomiast do zapasu szwu łączącego górę i dół wszyłam gumę, żeby kombinezon równomiernie się marszczył. Mimo że kombinezon to raczej nieduża forma, z tkaniny, a zwłaszcza borderu zostały mi ledwie ścinki. DSC09126DSC09125DSC09119DSC09121

No i powiem Wam teraz, że w upały to on się sprawdza idealnie. Odsłania dużo, nie klei się do ciała i jest tak lekki, że się wcale o nim nie pamięta, że się go na sobie ma. Na wakacjach to mi się akurat przydał tylko raz i nawet upałów wtedy nie zaznałam, ale teraz, kiedy z nieba leje się żar, to on jest niezastąpiony. No naprawdę lepszego ciuszka to ja sobie nie mogłam z tej tkaniny wymyślić. Jakież to szycie jest kreatywne! Jak mnie cieszą takie udane projekty! DSC09094DSC09095DSC09099DSC09128DSC09130DSC09131

DSC09138

Im bliżej morza, tym bardziej głowę urywało…

Pewnie i Wam przydarzyły się takie długofalowe, ale zakończone sukcesem projekty. Jeśli macie chęć podzielić się ze mną swoimi opowieściami, podlinkujcie w komentarzach swoje posty. Z chęcią u Was pobuszuję.

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!


22 Komentarze

Sukienka po tuningu, czyli kombinezon

Z moich osobistych doświadczeń wychodzi, że w tym roku lato było po prostu marne. Ciepłych dni jak na lekarstwo, a kiedy już się trafiły, przyszło mi się kisić w domu z chorym dzieckiem. Nad morzem, które w tym roku wybraliśmy na miejsce spędzenia wakacji, wiało tak, że łeb urywało, porywało namioty, parawany i pojedyncze nieuwiązane sztuki odzieży. Śmiałków rozkładających parasole plażowe zabrakło, bo i po co, skoro słońca brak. Na wszystkie siedem dni, które tam spędziliśmy, padało codziennie i trafił nam się tylko jeden przyzwoity dzień nadający się do zażywania kąpieli słonecznych. Bo kąpiele w morzu tylko dla morsów. Na wszelki wypadek zabraliśmy basen, by chociaż dziecko miało namiastkę morza nad morzem. Niektórzy śmiałkowie próbowali doń skoków na główkę, teraz jednak żałują ułańskiej fantazji ;). DSC06254

A to było tak…DSC06199DSC06203DSC06214DSC06221

A teraz łapka w górę, kto rozpoznaje wzór i pamięta moją porażkową sukienkę. Jeśli nie pamiętacie, zajrzyjcie tutaj gwoli przypomnienia albo zapoznania się z historią sukienki. Dobrze przeczuwacie, że już jej nie ma. Czując oddech zbliżających się wakacji oraz wewnętrzną dojrzałość do zmian, zabrałam się za prucie. Prucie w moim osobistym rankingu ulubionych czynności krawieckich zajmuje chyba ostatnie miejsce. Czasem jednak bez tego ani rusz. Prułam więc kieckę z myślą o wakacyjnym kombinezonie. Zlikwidowałam zaszewki pionowe, pozbyłam się żółtego, pożegnałam rękawy, rozczłonkowałam górę i dół. Następnie, z głową pełną rad, które dostałam w związku z sukienką, przeszłam do zabawy w łamigłówki. W jej efekcie dorobiłam się drugiego w mojej karierze kombinezonu. DSC06229DSC06235DSC06233DSC06299

Radziłyście, by zrezygnować z kopertowego przodu, ale gdy pozbawiłam go rękawów, a zamiast żółtej wypustki dałam czarne listwy, efekt na tyle mnie zadowolił, że postanowiłam to tak zostawić. Zlikwidowałam oczywiście owo nieszczęsne kolanko przygotowane pod wiązanie sukienki. Pas zaakcentowałam także czarnym nurkiem, a nogawki wycięłam ze spódnicy, korzystając z wykroju na poprzedni kombinezon. I tyle w sumie wystarczyło, żeby osiągnąć zadowalający efekt.

Pozdrawiam wesoło, K. 😀