Kitka z nitką

O chorobcia, coś się kroi!


20 komentarzy

Szyfonowa bluzka

Choć ciągnie mnie w stronę innych projektów (a zaplanowane mam trzy takie, co to bez nich ani rusz i nie osiągnę wewnętrznego spokoju, póki nie zrealizuję), pozostaję wciąż w sferze bluzek. Nazbierała mi się bowiem kupka materiałów do-zrobienia-czegoś-z-nimi, zwykle jakichś resztek albo ubrań do przerobienia. A tak sobie postanowiłam, że nie ruszę z niczym nowym (a to może mnie zgubić), póki się z tym nie uporam. Dlatego nie chowam tej kupki do szafy, tylko patrzę codziennie na ten wyrzut sumienia i staram się z nim coś zrobić. I powoli oraz z mozołem coś się z tego wykluwa.

W minionym tygodniu w pocie czoła szyłam bluzkę z szyfonu. Koralowego, w kropeczki, sztucznego jak Natalia Siwiec, ale uroczego jak misie koala. Z tego samego, z którego powstała ta sukienka, w trzydziestostopniowym upale przyklejająca się bezlitośnie do ciała. Kawał materiału jednak z jej szycia mi został, więc pomyślałam, że może dam mu szansę. Skoro nie w upalne lato, to może chociaż w tę marną wiosnę da się w tym chodzić bez uczucia dyskomfortu. Wybrałam sobie wykrój z Burdy 7/2012 model 116. A tam jak wół stało, że z szyfonu to najlepiej z dwóch warstw, bo szyfon cienki i w ogóle nie umiejący dochowywać tajemnic. No i o ile z jedną warstwą poszłoby pewnie też dość wolno, ale jednak miałabym poczucie, że posuwam się do przodu, o tyle szycie tej prościzny z dwóch warstw zajęło mi więcej czasu niż szycie żakietu. Z podszewką! Wycinanie – zgroza! Fastrygowanie wszystkiego – ło-rety-rety! Obszywanie lamówką – no, święci pańscy! A do tego ta cholerna lamówka nie chce się nijak zaprasować. O wyrównywaniu nawet nie ma co pisać. Mordęga i tyle. Jako że jednak osoba ze mnie uparta, z bluzką dobrnęłam do końca. 4b2b5b6b

Ponieważ uznałam, że bluzka jest na tyle prosta, że nie ma za bardzo czemu robić zdjęć, postanowiłam pobawić się trochę w ubieranki-przebieranki. Od razu przyznam się, że w tych kolorowych spódniczkach czuję się trochę, jakby było na mnie za dużo koloru, ale pomyślałam, że nie zaszkodzi spróbować. A Wam która wersja przypadła do gustu? 7b8b10b12b11b14b15b16b18b19b

Pozdrawiam serdecznie, Kasia 🙂


30 komentarzy

Blue jeans

DSC07911 z efektem

Nosi mnie. Czuję, że mam zespół niespokojnych nóg, niespokojnych rąk i niespokojnej głowy. Nie żebym narzekała jakoś na ten stan, ale ogrom potencjalnych działań, które mogłabym podjąć w wyniku tego nadmiaru aktywności moich członków, zaczyna mnie przytłaczać. Miotam się więc między tym, co dla domu i rodziny, a tym, co dla mnie. Dla domu jak zawsze: nowe kwiaty na balkon, dekoracje, jakieś sprawy porządkowe. Dla rodziny to, co akurat wypadnie w danej chwili. Dla mnie – wiadomo. Nowe szaty. Ale co najpierw? Sadzić czy szyć? Malować jajka czy nowy wykrój. Łatać dziury? (Bo budżetu i tak nie da się już załatać w tym miesiącu). A jak szyć, to co? Sukienki czy bluzki, bluzki czy spodnie? Planów tyle, a minut ubywa. Działać trzeba!DSC07952 z efektem

Biorę więc na warsztat bluzki. Bluzki jako towar stale deficytowy musiały doczekać się uszycia. Bluzki są dobre, bo w tym wirze codziennych zajęć dają się uszyć szybko i w wolnych chwilach pomiędzy zabawą w chowanego a gotowaniem zupy. Tylko trzeba pamiętać o myciu rąk za każdym razem, kiedy siada się do szycia zaraz po odejściu od garów. Mi się raz zapomniało… Ale do brzegu. Uszyłam sobie bluzkę wg modelu 106 A z Burdy 2/2017. Falbanki. Fachowo wolanty. Jakież to piękne zwieńczenie wiosennych i letnich fatałaszków. Dodają lekkości, uroku i żyją własnym życiem, kiedy wiatr mocniej wieje. Zauroczyły mnie od razu. DSC07912 z efektemDSC07914 z efektem

Bluzkę uszyłam z lejącego batystu bawełnianego. Wszystko fajnie, bo jest lekko, przewiewnie, idealnie na ciepłe dni. Ale jak to się gniecie! Łomatkobosko! Prasowanie tej bluzki to istne wyzwanie. Niby wiedziałam, jak tkaninę wybierałam, bo szyłam z niej nie raz, a jednak ta lekkość, naturalne włókna i kolor przeważyły. I jestem teraz jako ta rozdarta sosna, bo prasować zanadto nie lubię (a falban to już w ogóle), ale sztuczne niegniotące włókna noszę raczej mniej chętnie niż bardziej. A taką bluzkę jeszcze jedną na pewno chciałabym mieć. Jakąś jasną. Na lato. Musi oddychać. I musi być cieniutka, żeby brzegi wolantów wyglądały estetycznie. Z czego szyć? Może coś podpowiecie? Podpowiedzcie, proszę 🙂

DSC07946 z efektemDSC07947 z efektem

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!


24 komentarzy

Wszystko, co chcielibyście o mnie wiedzieć, ale nie było okazji o tym wcześniej napisać

Monika to zaczęła, Beata podchwyciła, a i mi pomysł tak bardzo się spodobał, że postanowiłam pójść za ciosem i zdradzić Wam parę sekretów 😉 . Gotowi? Zaczynamy!

  1. Nie mam genu kolekcjonera, nie gromadzę przedmiotów, ale…
  2. …w szafie ciągle wisi pierwsza uszyta przeze mnie kurtka (jeszcze z czasów liceum).
  3. Kawy nie odmawiam. Mogę ją pić o każdej porze.
  4. Lubię piec ciasta, ale rzadko je jem. No chyba, że upiekę sernik. Serniki pochłaniam.
  5. Rety, jak ja lubię się śmiać. Dzień bez zapewnienia sobie choć małej dawki niekontrolowanego rechotu jest dniem straconym.
  6. Nie lubię się bać. Do tego stopnia, że zabroniłam domownikom podchodzić do mnie bez ostrzeżenia ;).
  7. Jako pierwsza dziewczyna w klasie (i druga osoba w ogóle) zrobiłam prawo jazdy. Szacun – to przez chwilę było moje drugie imię 😀 .
  8. Nie umiem nic nie robić. Mam wrażenie, że w ten sposób marnuję czas.
  9. Nie lubię bałaganu, ale nie lubię też sprzątać. Stąd może wynikać punkt 1.
  10. W sytuacjach nagłych i stresowych nieruchomieję.
  11. Uwielbiam muzykę filmową.
  12. Przez pięć lat (na przełomie podstawówki i liceum) tańczyłam w zespole tańca nowoczesnego. Wcześniej chodziłam na kurs tańca towarzyskiego.
  13. Nie umiem opowiadać dowcipów.
  14. Grałam w szkolnej reprezentacji siatkówki.
  15. Czasami działam, zanim pomyślę.
  16. Bardzo nie lubię konfliktów.
  17. Lubię jeść.
  18. Aktywny wypoczynek to najlepszy wypoczynek.
  19. Nie lubię się opalać, ale nie przeszkadza mi lekko opalone ciało.
  20. Choć zawsze byłam bardzo dobrą uczennicą (choć z naciąganym bardzo dobrym zachowaniem), nie lubiłam szkoły. Pokochałam za to studia.
  21. Jestem filologiem polskim z wykształcenia, ale na wszelki wypadek nie zrobiłam specjalizacji nauczycielskiej, żeby nie musieć pracować w szkole.
  22. Zwracam uwagę na język, którym posługują się ludzie dookoła, ale nie poprawiam ich. To robię tylko wobec najbliższych, którzy akceptują ten stan rzeczy. Mama nazywa mnie swoim „Miodkiem” i dzwoni do mnie z językowymi problemami.
  23. Staram się nie tracić energii i nie złościć na coś, na co nie mam żadnego wpływu.
  24. Filmy i książki – pochłaniam, nie ograniczając się do konkretnych gatunków.
  25. Lubię zwiedzać Polskę. Inne kraje też, ale Polskę szczególnie.
  26. Lubię wstać rano, kiedy jeszcze dom śpi, i posiedzieć sobie w ciszy z filiżanką kawy.
  27. Lubię podróżować samochodem i z mapą w ręku robić za pilota. Lubię też prowadzić, ale mąż chyba lubi bardziej, więc to jemu zostawiam tę rozrywkę. Nasz syn na szczęście też lubi jazdę samochodem.
  28. Lubię rozmawiać. Lubię też dyskutować z kimś o odmiennym zdaniu dla ćwiczenia sztuki wymiany poglądów i sensownego ich argumentowania.
  29. Jestem antytezą życiowego rozmemłania. Do wszystkiego staram się podchodzić metodycznie i z planem.
  30. Lubię i umiem wiele prac remontowych wykonać sama. Sklepy budowlane mnie nie przerażają, odróżniam wkręty od śrub, a wiertarkę uważam za podstawowe wyposażenie domu. Już w liceum wierciłam zgrabniejsze dziury niż mój kolega, kiedy na ochotników zgłosiliśmy się do odnowienia pracowni biologicznej. W ogóle jestem typem osoby, która kieruje się dewizą: zanim zadzwonisz po fachowca, spróbuj zrobić to sam.
  31. W dzieciństwie nie znosiłam koloru czerwonego. Odkąd zyskałam możliwość decydowania o wyborze koloru nowych rzeczy, ubierałam się na niebiesko. Trwało to całą podstawówkę.
  32. Lubię zapach książek. Ostatnio zauważyłam, że mój syn też je wącha! Genów nie oszukasz 😉 .
  33. Jestem cholerykiem. Jak mnie coś uwiera, to muszę to z siebie wywalić, ale zaraz potem mi lepiej.
  34. Staram się trzymać zasady „Jak nie możesz czegoś zmienić, spróbuj to poznać i polubić” (to słowa mojej mądrej mamy). W ten sposób stałam się fanką gry Heroes of Might and Magic III, a zamiast marudzić, że mój kiedyś chłopak, a teraz mąż, jest fanem piłki (czynnym i biernym), co to tylko mecze ogląda i świata poza tym nie widzi, postanowiłam przekuć to w coś dla siebie pozytywnego. Na te mecze chodziłam razem z nim, co nieco się podszkoliłam i znów przez jakiś czas szacun to było moje drugie imię, zwłaszcza kiedy koledzy męża o piłce chcieli rozmawiać ze mną. Taką fajną dziewczynę miał, a teraz ma żonę 😉 . A w prezencie ślubnym dałam mu własnoręcznie zrobioną „Piłkę Nożną”, w której był bohaterem każdego napisanego przeze mnie artykułu. Postarałam się nawet o plakat. Obecnie jego godziny spędzone przed telewizorem albo na boisku wykorzystuję na szycie. Czy może być lepszy układ?
  35. Nie mam właściwie koleżanek, mam za to przyjaciółki. Nie umiem utrzymywać pobieżnych relacji.
  36. Nigdy nie byłam typem słodkiej dziewuszki. Zawsze bliżej było mi do chłopczycy.
  37. Kiedy byłam w ciąży, postanowiłam sobie, że będę zadbaną mamą, taką, jaką zawsze była moja mama. Było mi zawsze bardzo miło, kiedy jako dziecko słuchałam komplementów na jej temat od innych dzieci.
  38. Nie mam duszy romantyka. Zbyt twardo stąpam po ziemi i racjonalnie spoglądam na świat.
  39. Jestem uważnym słuchaczem.
  40. Ogromną radość sprawia mi robienie/kupowanie prezentów dla innych.
  41. „Zawsze” i „nigdy” – pracuję nad tym, by unikać tych słów.
  42. Zauważam szczegóły, których mogą nie widzieć inni. Stąd pewnie moje uporczywe dążenie do tego, żeby szwy były zawsze równe, linie się schodziły, a całość prezentowała zadowalający mnie poziom.
  43. Lubię pisać rozwlekle 😆.
  44. Nie lubię fałszywej skromności. Uważam, że jeżeli jest się w czymś dobrym, należy się tym zwyczajnie chwalić.
  45. Czytanie to mój nałóg. Poza oczywistościami czytam etykiety, ulotki i ogłoszenia na słupach. Czytam nawet po raz nie wiem który wypis z Regulaminu przewozu środkami lokalnego transportu zbiorowego w m.st. Warszawie, kiedy zdarzy mi się usiąść na przeciw niego. Po prostu – widzę litery, to czytam.
  46. Uchodzę za osobę towarzyską, ale w większym gronie przyjmuję pozycję obserwatora i słuchacza.
  47. Uwielbiam gry towarzyskie, planszowe, kalambury, ale w ogóle nie zależy mi na zwycięstwie. Wolę dobrą zabawę. No chyba że gramy w kalambury dziewczyny na chłopaków. Wtedy ze zwykłej babskiej chęci utarcia nosów zadufanym w sobie panom po prostu wygrywamy 😉 .
  48. Lubię swoje obojczyki i trudny do określenia kolor oczu.
  49. George Clooney stracił dla mnie sporą część swego uroku, kiedy się ożenił ;). Jego miejsce zajął Robert Downey Jr (mąż nie traktuje panów jako realnego zagrożenia).
  50. Kocham moją rodzinę i lubię, kiedy spędzamy razem czas.

Zdaje się, że mogłabym tak dłużej, ale spróbuję się zatrzymać, bo już żadna tajemnica mi nie zostanie w zanadrzu. A może zechcecie przyłączyć się do tej zabawy i napiszecie na swoich blogach coś więcej o sobie? Napiszcie. Z radością będę chłonąć każde słowo.

***

No dobrze, to teraz pokażę Wam tę moją pierwszą kurtkę uszytą na maminym łuczniku. Udało mi się nawet znaleźć tę Burdę, z której ona pochodzi. Jak macie ją gdzieś w swoich zasobach, zerknijcie. To nr 6/2000 model 103 A. Kurtka jest niezdatna do noszenia, ale będę ją trzymać chyba już po wsze czasy. Zobaczcie, ma nawet podszewkę. Taka była ze mnie spryciula lat temu ho ho ho nie powiem Wam ile (tylko dlatego, żeby nie stracić dobrego humoru z powodu uzmysłowienia sobie upływu czasu). DSC07675DSC07673DSC07671

Nieźle, co? 😉

Pozdrawiam Was serdecznie, wiosennie i wesoło!

Kasia


20 komentarzy

Inspiracje, motywacje…

DSC07656

Pamiętam, że pierwszy raz myśl o założeniu bloga pojawiła się u mnie, kiedy szukałam informacji o tym, jak uszyć pewną sukienkę z Burdy. Opis jej wykonania, jak i wielu innych burdowych rzeczy, był wówczas dla mnie dość zawiły, ja natomiast nie byłam jeszcze dość biegła w ich interpretacji. Myślałam sobie, że fajnie by było znaleźć się w gronie osób wymieniających się doświadczeniem i mających tę samą pasję, żeby móc samej się czegoś nauczyć. Bo podglądanie innych szyjących to jedno, a wymiana doświadczeń to zupełnie inna rzecz. Wtedy sobie pomyślałam jednak, rety, z czym ja się do ludzi pcham, i sama jakoś tę sukienkę uszyłam. Ale tych rzeczy szyłam coraz więcej i jakiś czas później temat bloga powrócił. Pomyślałam, a co mi tam, zaryzykuję. Przynajmniej jak będę chciała o coś spytać albo coś skomentować, to nie będę anonimowa. A może uda się z kimś nawiązać nić (o, nić to bardzo adekwatne słowo) porozumienia?

Dziś z całą pewnością mogę powiedzieć, że ten blog to całkiem trafiony pomysł był. Przede wszystkim dzięki niemu poznałam wiele utalentowanych osób z dokładnie takim samym szyciowym bzikiem jak mój (a może nawet jeszcze większym). Oprócz tego wiele się nauczyłam, całkiem sporo dzięki niemu uszyłam i w całym tym odzieżowym zamieszaniu znalazłam siebie. No i wreszcie zaczęłam chodzić w sukienkach! Naprawdę. Kiedyś tylko spodnie. Koniec, kropka.DSC07610DSC07619DSC07637

Ale na przekór temu, co przed chwilą przeczytaliście, właśnie spodnie pokazuję. I bluzkę. I nawet kurtkę, którą już co niektórzy z Was pewnie znają. Te spodnie to zaczęłam szyć zaraz po tych, tak byłam pozytywnie naładowana pochlebnymi komentarzami. Postanowiłam, że pójdę za ciosem, przynajmniej będę miała w głowie na świeżo wspomnienie szycia rozporka, co wciąż jeszcze budzi u mnie odrobinę niepewności. Ale właśnie przed uszyciem rozporka coś mnie od tych spodni oderwało, potem coś innego pilnego wskoczyło, a później to już szyłam inne rzeczy i jakoś te niedokończone portki omijałam wzrokiem. Do czasu, aż Anetta pokazała swoje kolejne spodnie. Nie powiem, podziałało. Wyciągnęłam te swoje zszyte nogawki z mocnym postanowieniem doprowadzenia sprawy do szczęśliwego finału. Spodnie to model 107 A z Burdy 11/2012. Coś mi się po głowie telepie, że nic w nich nie poprawiałam, a leżą dobrze. Tzn. mnie zadowalają w zupełności. Nogawki mogłyby być dłuższe, ale to akurat mnie zanadto nie martwi. W następnych będą dłuższe, bo sobie wykrój pieczołowicie opiszę i zaznaczę, że tak, to ten, co można szyć w ciemno. Chociaż teraz to chciałabym uszyć takie szerokie z lejącego materiału. Zawsze lubiłam szerokie spodnie. DSC07631

O, a właśnie! Mam jedno pytanie, bo niewiedza mnie trapi. Z której na którą stronę powinny się odpinać spodnie? Bo ja zasugerowałam się dżinsami i swoje materiałowe szyłam tak jak dżiny, czyli z lewą stroną na wierzchu. A potem znalazłam materiałowe jakieś kupne i się okazało, że zamek jest przyszyty do lewej, czyli spodnie odpinają się z lewej na prawą. No i kurka nie wiem. DSC07624DSC07634

Wracając jednak do mojej prezentacji – tuż przed wykończeniem spodni sprawiłam sobie z kolei bluzkę. Szyłam sukienkę (jeszcze nie skończyłam), ale odwiesiłam ją do ponaciągania i późniejszego wyrównania. I jak co dzień przeglądałam sobie, co słychać tu i tam. Jak tylko zobaczyłam tę bluzkę Beaty, tak od razu zapragnęłam czegoś podobnego. Udałam się na stacjonarne materiałowe łowy, wszak bluzkę chciałam mieć szybko, i zakupiłam kawałek bardzo sztucznego (coś jak organza), kreszowanego materiału. Podczas zakupów internetowych jestem właściwie bezkompromisowa, jeśli chodzi o skład materiałów, a stacjonarnie dostaję czasem jakiegoś obłędu. Ale bardzo chciałam mieć taką ładną zwykłą bluzkę. Kupiłam więc 70 cm tkaniny i uszyłam sobie bluzkę na podstawie wykroju 120 c z Burdy 8/2015. Dokonałam tylko niewielkich korekt, które sprawiły, że moja bluzka niewiele ma wspólnego z tą z Burdy. Pogłębiłam dekolt o szerokość odszycia dekoltu, obniżyłam zaszewkę piersiową (standard), zrezygnowałam z rękawów, ale wydłużyłam linię ramion i wyrównałam bluzkę z przodu do długości tyłu. Takie tam drobiażdżki ;). Taka zwykła, a jak ona mi się podoba! I jak dobrze komponuje się z moim nowym jasnym żakietem. I ze spodniami, i spódnicami. Mówię Wam!DSC07630DSC07648

***

Bardzo się cieszę, że w całym tym blogowym świecie znalazłam kawałek miejsca dla siebie, umościłam się i mam Was, moich czytelników. To jest niezwykle motywujące, że tu zaglądacie, komentujecie i wymieniacie ze mną swoje doświadczenia. Bardzo Wam dziękuję.

Ponieważ prowadzenie bloga stało się częścią mojego życia i wiąże się nierozerwalnie z moją  pasją, postanowiłam wziąć w tym roku udział w konkursie Szyciowy Blog Roku 2016. Jeśli chcecie mnie wesprzeć, możecie zagłosować na mój blog na stronie konkursu. Odnośnik do mojego zgłoszenia znajdziecie na blogu w panelu bocznym na samej górze. Każdy głos sprawi mi mnóstwo radości.

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!


28 komentarzy

Rodzina

Nieco ponad dwa tygodnie temu miałam plany. Można powiedzieć dość śmiałe, biorąc pod uwagę, co nastąpiło chwilę później. Otóż postanowiłam wziąć dwa dni wolnego (piątek i poniedziałek), żeby co nieco się zrelaksować. Kino, szycie, takie tam przyjemnostki. Poczyniłam odpowiednie przygotowania – sprawdziłam repertuar, nabyłam materiał potrzebny do szycia, zdekatyzowałam go (!). W drodze do kina miałam kupić Burdę, by po południu przygotować wykrój. Poniedziałek miał być dniem szycia. Wszystko zdawało się ogarnięte na tip top. I nadszedł, proszę Was, ten piątek, wstałam, kawę wypiłam, wstało dziecko, które należało przygotować do wyjścia do przedszkola. Podczas ubierania zaniepokoiły mnie jednak takie małe bąbelki na jego ciele. Sztuk ledwie kilka, ale lampka w głowie od razu się zapaliła. Jak szybko się zaś się zapaliła, tak szybko zgasła nadzieja na piątkowy seans filmowy. Zamiast do kina, wybrałam się z Bąkiem do pediatry, który potwierdził ospę. Z nosem na kwintę i widmem uziemienia wróciliśmy do domu. Piątek zleciał, a w sobotę coś dopadło mnie. Dosyć skutecznie, bo mimo potencjalnych warunków do szycia, nie miałam na nie ani siły, ani ochoty. W poniedziałek wieczorem zaś, o zgrozo, dołączył do nas mój ledwo zipiący mąż. Oj, los sobie lubi ze mnie żartować. Chciałam mieć chwilę dla siebie, a przyszło mi nie dość, że zaniemóc, to jeszcze w towarzystwie. Kiedy jednak poczułam poprawę, zaraz wróciłam do myśli o wymarzonym żakiecie. Raz dwa wyrysowałam formę i zabrałam się za krojenie. Wszystko sobie przygotowałam, a gdy mąż wydobrzał na tyle, by móc pobrykać z Młodym, ja nareszcie zabrałam się za szycie. dsc07593dsc07556dsc07557

Wykrój na wymarzony żakiet pochodzi z Burdy 3/2017 model 114. Wierzcie mi na słowo – długo na taki czekałam, bo jednak nie miałam odwagi, by wziąć się za przemodelowanie jakiegoś z klapami albo na niższy wzrost. Może to wcale nie takie trudne. Może mając już ten jako punkt odniesienia zyskam nieco pewności i kiedyś, nawet tak dla sportu, za takie ćwiczenie się zabiorę. Ale wracając do mojego żakietu – muszę dodać, że Burda, prezentując go na swojej stronie w zapowiedziach, zrobiła takiego małego psikusa. Otóż wcale nie pokazała, jak wyglądają tyły. A tyły, że tak powiem, zostały uatrakcyjnione. Z tej drogi nie było już jednak odwrotu. Maszyna poszła w ruch. dsc07579dsc07595dsc07598

Mimo domu pełnego osób, rozmaitych potrzeb, gencjanowych kropek i pustych żołądków szycie poszło jak z płatka. Jak mi się rodzina solidarnie rozchorowała wcześniej, tak później zajęła się zabawą, a ja mogłam odpocząć przy maszynie. Choć  model żakietu nie należy do najłatwiejszych, forma została dobrze przygotowana, a ja nie musiałam wprowadzać żadnych poprawek. Zrezygnowałam tylko z zapięcia, w związku z czym zmieniłam linię brzegową na środku przodu. dsc07600dsc07563dsc07562dsc07561

Tkanina, z której uszyłam żakiet, to bawełna z elastanem o diagonalnym splocie. Jest może trochę za jasna (chciałam czegoś w piaskowym kolorze, jednak wiosennych tkanin w sklepach stacjonarnych uświadczyłam tyle co kot napłakał), ale szukałam czegoś we wtorek na piątek, a gdybym zamówiła przez Internet, mogłoby nie dojść. Wygrzebałam ją z kosza z końcówkami i uszkodzonymi kuponami i zapłaciłam całe 30 zł. Uznałam więc, że potraktuję to szycie jako testowanie modelu. Nie sądziłam, że tkanina będzie się aż tak strzępić, więc wszystkie brzegi obrzuciłam owerlokiem. Cały przód podkleiłam flizeliną – dzięki temu żakiet ładnie trzyma formę. Pod spód zaś dałam elastyczną podszewkę. dsc07597dsc07602

Żakiet ma długość, która znacznie lepiej sprawdzi się w przypadku zestawienia go z sukienkami (wiem, sprawdziłam). Ponieważ jednak zdjęcia były robione przy okazji rodzinnego wyjścia na spotkanie ze Strażakiem Samem, uznałam, że w spodniach będzie mi wygodniej kucać, przysiadać, wyginać się i robić fotorelację z wydarzenia. Szyjąc go następnym razem, pomyślę, czy nie dodać mu kilku centymetrów długości. Bo że jeszcze taki uszyję, nie mam co do tego wątpliwości.

Jak się okazuje, biały jest równie trudnym kolorem do uchwycenia na zdjęciach co czarny. Mimo że słońce było za chmurami, biel tkaniny skutecznie odbijała wszelkie światło i szczegóły żakietu można dojrzeć dopiero na zbliżeniach. Na tych samych zbliżeniach widać też niestety, że nie udało mi się skutecznie rozprasować niektórych miejsc. Mam jednak nadzieję, że po kolejnym praniu mi się to uda. dsc07603dsc07606

Tymczasem wracam do rodziny, która właśnie wstaje z łóżek i zaraz zacznie domagać się śniadania. Pozdrawiam słonecznie!