Kasia Mazurek

Kitka z nitką


15 Komentarzy

Chcę być księżniczką?

dsc02071

Czy jest coś złego w tym, że czasem, ale tak naprawdę rzadko, chciałabym wyglądać jak księżniczka? Może nie w koronie i krynolinie, ale właśnie w długiej i szeleszczącej spódnicy i to zupełnie tak bez okazji. Tak sobie myślę, że nie powinno to być problemem, a jednak przy okazji szycia tej spódnicy naszły mnie pewne rozważania. Wszystko dlatego, że jest we mnie niezgoda na wciąż tak kategoryczny podział, jakiego dokonuje się wobec nas już od najmłodszych lat. Kiedy myślimy bowiem o chłopcach, chcemy o nich coś powiedzieć, zazwyczaj odnosimy się do cech charakteru czy umiejętności. O dziewczynkach w takich sytuacjach mówimy zaś raczej w kategoriach wyglądu, tak jakby nie miały osobowości albo ich zdolności były mniej ważne niż to, jak się prezentują. A kiedy taka dziewczynka nie przywiązuje zbytniej uwagi do swojego wyglądu, a do tego wybiera „niedziewczyńskie” zabawy, to już na bank będą o niej mówić, że jest chłopczycą. Mam wrażenie, że i w myśleniu o dorosłych ten podział dalej funkcjonuje. To jedna strona medalu.

Druga to ta, że wciąż mam poczucie (choć sama jestem mamą chłopca i mam nadzieję, że się mylę w tej kwestii), że dziewczynki wciąż w wielu rodzinach wychowuje się na takie właśnie księżniczki. Najpierw mają ładnie i czysto wyglądać, najlepiej być ciche, koniecznie wykształcone, być podporządkowane i nie wychylać się. Mają dać się nieść wydarzeniom w ich własnym życiu, a nie aktywnie wpływać na to, jak to życie będzie wyglądać. Taka księżniczka ma czekać wytrwale na swojego księcia, a później na domyślanie się wszystkiego, o co jej chodzi, bo przecież sama tego nie powie. Wiecie, ja jeszcze z własnego dzieciństwa pamiętam to, w jaki sposób traktowały mnie i odnosiły się do mnie dorosłe osoby z mojego otoczenia. I pamiętam, że choć nie kryły się pewnie za tym złe intencje, najważniejsze było to, że byłam ładna i miałam piątki w szkole (ale to wyciągano wtedy, gdy trzeba było mnie użyć jako elementu wychowawczego do porównania z innym dzieckiem). To przedmiotowe traktowanie odcisnęło gdzieś swoje piętno. Dziś, będąc dorosłą i ukształtowaną osobą, znam swoją wartość i mocne strony i to poczucie wartości nie bierze się z tego, jak wyglądam, ale co potrafię. A jednocześnie czuję się nieswojo, chcąc jak księżniczka przez chwilę wyglądać. Bo to trochę tak, jakbym przeczyła własnym przekonaniom.

I jest jeszcze jedna strona (a co! mój medal może mieć trzy) − gdzie leży granica między zdroworozsądkowym dbaniem o siebie a „niezdrowym” myśleniem o własnej powłoce. Czy w tym, że chcę wyglądać ładnie (ale przede wszystkim, żeby czuć się ze sobą dobrze), jest coś złego? Czy może dopiero coś złego byłoby w tym, gdybym chciała to robić dla innych (choć jest to przecież niemożliwe, bo nie da się zadowolić wszystkich)? Czy przyjemność, jaką sprawiają mi komplementy dotyczące mojego wyglądu, to już próżność czy coś zupełnie naturalnego? Jak w ogóle przyjmować uwagi (mające w zamierzeniu być komplementami) dotyczące wyglądu? Ale też − jak taktownie komplementować? Tyle pytań, a ja myślę sobie, że nie ma na to prostej i tak zupełnie jednoznacznej odpowiedzi. I wszystko przez spódnicę…

***

Na pomysł uszycia spódnicy wpadłam dość spontanicznie. Postanowiliśmy wyjechać z mężem na weekend i się odprężyć. Dziecko u dziadków, więc będzie można zaszaleć. To może uda się jakąś kolację przy świecach zaliczyć. O rety, w co by się ubrać?! Na horyzoncie żadnych wesel, więc okazji do szycia strojnych kiecek brak. Pomyślałam sobie, że skoro zbliża się zima, to może chociaż długą spódnicę sobie uszyję. Kiedy w sklepie trafiłam na ten żakard (choć w ręku miałam już inną tkaninę), przepadłam. Kupiłam 2,7 m i dokładnie wiedziałam już, jaki fason z niego powstanie. Już od dłuższego czasu myślałam o przerobieniu modelu 109 A z Burdy 3/2018 na spódnicę. Ponieważ fason przewidywał częściowo marszczenie w pasie, a ja miałam jednak do wykorzystania dość sztywny żakard, pogłębiłam po prostu zakładki, dopasowując obwód spódnicy do obwodu paska. Do tego dodałam kieszenie i spódnica właściwie była gotowa, wszak to tylko kilka szwów. Do spódnicy wymyśliłam sobie jasną górę i choć jakąś białą efektowną bluzkę na bank bym u siebie znalazła, postanowiłam uszyć sobie nową, skoro z szyciem spódnicy poszło mi szybko i sprawnie. Wykorzystałam sprawdzony już wykrój 106 A z Burdy 2/2017, a ponieważ szyłam z karelii, nawet nie musiałam obrzucać ani podkładać brzegów wolantów. Czyli równie szybko, miło i przyjemnie.

dsc02054dsc02057dsc02068dsc02073

Z tą kolacją to nam się nie udało, ha ha, bo jakoś tak wykupione przez nas posiłki w hotelu nie do końca zgrały się z naszymi planami. Ale to nic. Tę spódnicę, bo kolacja była tylko pretekstem, szyłam przede wszystkim dla samej przyjemności szycia i sprawienia sobie czegoś ładnego i niekoniecznie praktycznego bądź spełniającego jakieś zapotrzebowanie. I czuję się w pełni usatysfakcjonowana. Tylko nie mogę się jakoś uwolnić od tych moich rozmyślań.

dsc02011dsc02022dsc02025dsc02046dsc02043dsc02047dsc02007dsc02005dsc01997

A czy Wy kiedyś zastanawiałyście się nad tym, jak bardzo wygląd i dbanie o niego determinuje Wasze życie? Podzielcie się swoimi przemyśleniami.

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!

Reklamy


16 Komentarzy

Dzianinowa sukienka

dav

Wyobrażacie sobie swoje życie bez pasji? Bez czegoś, co potrafi pochłonąć Was bez reszty? Wiem, trochę głupio pytam. Wiadomo, że tak się żyć nie da. Czasami trzeba zwolnić, odpocząć, nawet od tego, co kochamy, ale porzucić się nie da. Bo Ty odstawiasz, ale za czas jakiś, czasem znienacka, to wraca i smyra po zwojach i serduszku, domagając się uwagi. Na początku dość nieśmiało, ale stopniowo myśli zaczynają krążyć natarczywie wokół tego, co sprawia przecież radość. I nim się człowiek obejrzy, nim ja się zorientowałam, wszystko wskoczyło na dobrze znane sobie tory. W moim życiu na nowo zadomowił się twórczy chaos.

Choć w zapasach mam sporo tkanin i rozsądek podpowiadał, by to nimi w pierwszej kolejności się zająć, to jednak nie mogłam sobie odmówić przyjemności pogłaskania materiałów w sklepie, tym bardziej że tę rozrywkę zaproponowała mi przyjaciółka. Od głaskania do zakupów droga już niedaleka, wiadomo. Na sukienkę kupiłam dzianinę z wypukłym wzorem, chyba coś w rodzaju punto, w jeansowym kolorze. O ile zwykle patrzę na skład tkanin, tak tym razem w ogóle mnie ten temat nie zajmował. Chciałam sobie coś kupić i już. W sklepie zdecydowałam, którą sukienkę uszyję, bo i ta decyzja początkowo nie została podjęta, mając już jednak materiał w ręce, bardzo szybko ustaliłam, że będzie to model 107 A z Burdy 9/2018.

Wykrój przewidziany został dla kobiet niskich, ale przy tak nieskomplikowanym modelu dopasowanie go do mojego wzrostu nie było żadnym wyzwaniem. Oprócz tego zrezygnowałam z wszywania zamka, bo dzianina rozciąga się na tyle, by w sukienkę swobodnie się wsunąć, i z paska, ale to już niestety po jego wszyciu (i obrzuceniu owerlokiem). Okazało się, że dzianina jest na tyle mięsista, że warstw w pasie robi się za dużo, i zamiast mieć wcięcie w talii, zrobił mi się dodatkowy wałeczek. Wyprułam go więc, zszyłam górę z dołem, a gotową sukienkę ozdobiłam srebrnym paskiem. Po całym dniu wojaży w sukience byłam pewna i jestem pewna nadal, że to kapitalny model i jeszcze z niego skorzystam.

davdavdavbtrPozdrawiam serdecznie, Kasia!


27 Komentarzy

W falbanach i kwiatach do lata będę szła

DSC01199

Kiedyś już wspominałam, że jestem typem dość odpornym na panujące trendy albo reagującym na nie z dość sporym opóźnieniem. Kiedy w zeszłym roku rozpoczął się szał na kwiatowe wzory, ja raczej konsekwentnie trzymałam się gładkich materiałów bądź takich z geometrycznym nadrukiem (choć ostatecznie uszyłam sobie dwie kwieciste sukienki). Podobnie z falbankami. Były absolutnie wszędzie, gazety pełne wykrojów na falbaniaste ciuchy, a ja uszyłam całe dwie bluzki. W tym sezonie jednak się przebudziłam i powiem Wam, że jeśli chodzi o kwiatowe wzory i falbanki, to przepadłam z kredensem, jak się u mnie mawia. Oznacza to mniej więcej tyle, że w sklepach z tkaninami szukam albo kwiatków, albo czegoś, co nada się na falbanki. Nakupiłam też bluzek z kwiatowymi nadrukami, którym oczywiście nie brakuje falbanek, oraz kwiatowe aplikacje. (Te to pewnie wykorzystam, jak już moda na nie zupełnie minie, bo wcześniej mogę się nie wyrobić). Obłęd jednym słowem.

Mam wrażenie, że równolegle z rozkwitem (ha ha) mojego uwielbienia dla kwiatów zaczęłam się zastanawiać, jak by tu jednak tę florę okiełznać, żeby się jednak zanadto nie rozrosła. I wymyśliłam sobie, że może gdyby szyć nie tylko sukienki, ale i spódniczki, uda mi się zachować równowagę oraz uchronić przed przesytem. Dlatego też tej karelii w kwiaty zamówiłam tyle co na spódnicę ołówkową. Kwiatów na rozkloszowanej byłoby wg mnie za dużo. A potem wszystko się pięknie złożyło, bo jak Wam wspominałam, wzięłam udział w Warsaw Sewing Days, a w ramach tego wydarzenia w warsztatach z konstrukcji spódnicy. I żeby nauka nie poszła w las, to ja sobie szybko te nauki sprawdziłam w praktyce w domu, a ich efektem jest ołówkowa spódnica z krytym rozcięciem z tyłu, którą widzicie na zdjęciach. I ona jest idealna! DSC01192DSC01193DSC01297

Uszycie tej spódnicy wprawiło mnie w stan zachwytu, ale i niedosytu. Z jednej strony cieszyłam się, że od początku do końca uszyłam ją sama i do tego ona taka ładna i tak dobrze leży, a z drugiej zachciało mi się jakiejś nowej bluzki do niej. Z trzeciej – to była sobota, a na niedzielę planowałam zdjęcia. A z czwartej – wiadomo – muszą być falbanki! Okoliczności sprzyjały, więc nie czekając, aż się los odmieni, prędziutko obmyśliłam koncepcję bluzki. Na model 135 z Burdy 2/2013 naniosłam kształt dekoltu z wykroju 109 z Burdy 3/2018 i dodałam do tego falbanę wykańczającą dekolt. Całość wycięłam z batystu, falbanę obrzuciłam wąskim ściegiem rolującym i to była zdecydowanie najdłuższa część procesu szycia. W niedzielę rano trzasnęłam jeszcze opaskę do włosów, a po śniadaniu udaliśmy się na zdjęcia. DSC01214DSC01212DSC01222DSC01208

Jak sięgam pamięcią, nie byłam jakoś przesadną fanką spódnic ołówkowych, co zresztą część z Was na pewno kojarzy choćby z tego faktu, że zbyt często ich na blogu nie było. Myślę sobie, że to pewnie nawet nie o to chodzi, że one jakoś mniej wygodne. Sądzę, że raczej do tej pory postrzegałam je jako ubiór dość formalny i jednoznacznie kojarzący się z pracą w biurze, gdzie zasady ubioru są jasno określone. Ale uszycie spódnicy ołówkowej w kwiaty zupełnie odmieniło moje postrzeganie. Taką spódnicę z chęcią założę i do pracy (na szczęście u mnie panuje całkowita swoboda ubioru), i po niej. DSC01267DSC01299DSC01235DSC01241DSC01236

A Wam jak się podoba ta romantyczna, kwiatowo-falbankowa moda? Uległyście jej czy czujecie już przesyt i marzycie o czymś bardziej stonowanym? DSC01265DSC01254DSC01248DSC01274

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!