Kitka z nitką

O chorobcia, coś się kroi!


28 komentarzy

Wiśniowa sukienka

DSC08395

Ta sukienka, jak na moje warunki i możliwości, to była szybka akcja. Wykrój na nią wybrałam co prawda już w kwietniu, kiedy razem z materiałem na sukienkę kupiłam jeszcze jeden, zupełnie kolorystycznie nieprzystający do moich dotychczasowych wyborów. Cóż jednak mogłam zrobić, kiedy wpadł mi w oko i ręce i już za nic nie chciał wypaść. Skoro więc wpadł, musiałam wybrać odpowiedni doń wykrój. Mnogość wiśniowego (tak myślę, że to wiśnia, ale jeśli się mylę, to mnie poprawcie) kwiecia w wyborach mnie ograniczyła, na co bowiem szukać wymyślnych cięć i ciekawych rozwiązań, kiedy i tak wszystko skryje się w tym gęstym listowiu. W kwietniu wybrałam zatem model 107 z Burdy 3/2009 i na tym chwilowo się skończyło, gdyż w międzyczasie z radością oddawałam się innym projektom. Ale w zeszłą sobotę, wieczorem, kiedy dziecko zaskoczyło mnie swą dość wczesną sennością pomyślałam sobie, a może by tak w końcu uszyć tę sukienkę. Przejście od myśli do czynu zajęło mi chwilkę, uzbrojona po zęby w odpowiednie narzędzia zabrałam się do pracy. Wykrój skopiowałam, z materii wycięłam i nawet częściowo zszyłam. W niedzielę rano zaś pozwoliłam spać mężowi do ósmej, po czym turkotem maszyny wygoniłam go z sypialni, bo pomyślałam sobie, że w nowej sukience z chęcią wybrałabym się na obiad i poobiedni spacer. DSC08451DSC08467DSC08429DSC08461

I wiecie co, udało mi się. Udałoby mi się nawet szybciej (tak w okolicy drugiego śniadania), ale jednak sukienka wymagała trochę poprawek w okolicach talii. Potrzebowała mianowicie wcięcia, które w wykroju wyszło takie jakieś niezbyt zdecydowane. Postanowiłam jednak nie czynić z sukienki sztywnej (choć tkanina wcale sztywna nie jest) zbroi, tylko mimo taliowania zostawić sobie w niej trochę swobody, bo ja sobie swobodę bardzo cenię, zwłaszcza w letnich ubraniach. Nie zmienia to faktu, że i tak wszystkie szwy pionowe musiałam rozpruć, przeszyć na nowo i obrzucić, a to zawsze trochę czasu zajmuje. DSC08473DSC08433DSC08439

Sukienkę uszyłam sobie codzienną, wygodną i właściwie bardzo praktyczną. Mimo dość dopasowanego fasonu zapewnia całkiem sporo swobody (nawet się w niej wspinałam na placu zabaw po skałkach!), kolorystyka natomiast gwarantuje idealny kamuflaż dla plam ;). A ponieważ wciąż noszę w sobie dziecko, w sensie metaforycznym oczywiście, co najczęściej wyłazi ze mnie właśnie podczas zabaw z dziećmi, taki strój bywa idealnym kompromisem pomiędzy chęcią bycia kobiecą a niczym nieskrępowaną podczas rozmaitych szaleństw. DSC08435

DSC08422DSC08403DSC08407

Ps. Jeśli jeszcze nie widziałyście, zajrzyjcie na blogi Anetty i Beaty. One też szyły sukienki z tego modelu. Obie są fantastyczne i pokazują, jaki potencjał w nim drzemie. Jak widziałyście, to i tak zajrzyjcie, choćby gwoli porównania. Polecam!

Pozdrawiam słonecznie, Kasia!


16 komentarzy

Niezły cyrk

W jakim ja ostatnio cyrku byłam! Jakie dziwy widziałam! Baletnice, akrobatki, treserów i dzikie zwierzęta. Siłaczy, sztukmistrzów, magiczkę, zaklinaczkę węży i dwóch klaunów. W tym jednego niezwykłego, bo mojego!

Pisałam Wam już, że przedszkole mojego syna rzuca mi wyzwania, które ja bardzo chętnie biorę na klatę. Poprzednim razem był bocian, tym razem rzecz działa się nie w ogródku babci i dziadka, a w cyrku. Do cyrku zaś zostali zaproszeni rodzice z okazji swojego święta. Żebym mogła jednak zobaczyć mojego klauna na cyrkowej arenie, musiałam zatroszczyć się o odpowiedni strój. Jak to bywa na początku przy tworzeniu przebieranek, szusem po internetach rozpoczęłam poszukiwania inspiracji. I muszę Wam powiedzieć, że trochę mnie te poszukiwania zawiodły, bo nie trafiłam na nic, w co sama chciałabym ubrać mojego śmieszka. Wszystko takie jakieś za duże (niby rozumiem zamysł, ale mnie on jakoś nie przekonuje), głównie w niebiesko-żółtej kolorystyce. Koncepcję stroju obmyśliłam więc sama, czepiając się pomysłu na kamizelkę i dorabiając do tego całą resztę. DSC08225

Na kamizelkę kupiłam 40 cm lamy w pięknym czerwonym kolorze. Wykroju w Burdzie na tę część garderoby w rozmiarze 110–116 można szukać niczym złotego pociągu na Dolnym Śląsku, wyjęłam więc z szafy kamizelkę syna i zrobiłam sobie wykrój sama. Potem zabrałam się za szycie. Oj, nie jest to dzianina, z którą idzie łatwo. Na szczęście na podszewkę wybrałam tkaninę bawełnianą w groszki i to mi trochę to szycie ułatwiło. Do kamizelki z 60 cm bawełny w kolorowe grochy wycięłam spodnie i uszyłam je wg wykroju z Burdy dla dzieci 2015 model 634. Cięłam tak, żeby jak najwięcej tych kolorów znalazło się na spodniach. Wymyśliłam też sobie, że z tymi grochami fajnie zgrają się paseczki, paseczki znalazły się zatem na t-shircie, który uszyłam z resztek po bazowym pasiaku z wykroju na polówkę nr 620 z tej samej Burdy. Żeby było jeszcze weselej, naszyłam na niego puchate kuleczki mające imitować guziki. Zwieńczeniem klauniego dzieła stał się kapelusz, który przytargałam z pracy. Oderwałam od niego fabryczną tasiemkę i w to miejsce nakleiłam czerwony pasek lamy. Tadam! DSC08227DSC08221DSC08229

Co Wam powiem, to Wam powiem, ale klaun wyglądał wybornie i grał jak z nut. W przedszkolu dostał jeszcze włosy i kokardę, zabrano mu natomiast nos, bo z takim kinolem to się nieco trudniej mówi. Ja za radą męża dorzuciłam skarpetki w paseczki. I jedna rzecz mnie tylko zasmuciła nieco. Kokardę klaun dostał błyszczącą czerwoną. Zupełnie jak kamizelka. Przedszkolanki uznały więc, że kamizelkę będzie lepiej założyć groszkami na wierzch. A ja po sklepach latałam, żeby coś błyszczącego zdobyć… DSC08329

Ach, no i nie byłabym do końca sobą, gdybym szyjąc strój, nie pomyślała, co stanie się z nim po przedstawieniu. Wymyśliłam więc, że spodnie nadadzą się do spania po wyciągnięciu gumy z nogawek (żebyście widzieli tę radość w dziecięcych oczach), a koszulkę ze względu na tę srebrną nitkę, która na niej połyskuje, podaruję córce przyjaciółki, tylko guziki-pomponiki zamienię na jakąś aplikację. A kamizelka? Przed nami kolejne Boże Narodzenie. Kto wie, może tym razem będę musiała pomyśleć o stroju elfa :).


30 komentarzy

Lato ≠ wełna?

DSC08292

Rozbudźcie wyobraźnię. Lato. Z nieba leje się żar. Słońce ani na chwilę nie zachodzi za choćby maleńki obłoczek, bo obłoczka, choćby najmniejszego, w taki dzień próżno szukać. W mieście beton i asfalt oddają ciepło ze zdwojoną siłą.  Istna patelnia. Chciałoby się wskoczyć w kostium kąpielowy i czmychnąć na jaką plażę albo basen w egzotycznym kurorcie. A tu lipa. Do pracy trzeba przyodzianą godnie i odpowiednio się udać. Co by tu w takim razie włożyć? Coś lekkiego i przewiewnego. Len, bawełna wiskoza? Jedwab? A może wełna? Ale jak to wełna?! Puchate owieczki z podhalańskich pastwisk → wełniane swetrzyska → zima i szczękanie zębami na mrozie. Taki to u mnie ciąg skojarzeń. Wełna na lato? Ano tak, wełna :). Tyle że to nie jest tak, że ja nie wiedziałam, że wełna może być świetną tkaniną na lato. W końcu z wełny szyje się przecież garnitury, a w tych mój mąż chadza cały rok. Ale to była, że tak powiem, wiedza teoretyczna. Na własnej skórze przekonałam się jednak ostatnio, jak fantastycznym letnim materiałem może być wełna. DSC08376DSC08377DSC08347DSC08374DSC08378

A było to tak. Wstąpiłam sobie do sklepu, żeby kupić tkaninę na bluzkę. Tę, którą macie już prawie wszystkie albo zamierzacie w najbliższej przyszłości sobie sprawić. Obmacałam wszystkie bawełny, wiskozy, jedwabie. Ale nic nie zyskało mojego uznania. Dotarłam wreszcie do belek z wełną. I wśród nich znalazłam przecenioną końcówkę wprost idealną na bluzkę z Burdy 5/2017 model 109 A. A zaraz obok piękną bordowo-grafitową wełnę na spódnicę z tego samego numeru (model 117 A). Zestawienie tych kolorów mnie zauroczyło. W wyobraźni widziałam już ten super komplet, który z nich powstanie i muszę przyznać, że ani wyobraźnia, ani intuicja mnie tym razem nie zawiodły. Zestaw uszyłam sobie przedni. DSC08373DSC08339DSC08241DSC08295

Dzikich upałów jeszcze nie zaliczyłam, ale i tak to, co już mamy, jest na tyle wystarczające, by własnym doświadczeniem potwierdzić, jak cudowną tkaniną letnią może być wełna. Jest przewiewna, chłonie wilgoć, nie gniecie się prawie w ogóle, no i wygląda szlachetnie. Noszę ją z wielką przyjemnością. DSC08297DSC08296

Zarówno bluzka, jak i spódnica nie sprawiły mi żadnych kłopotów podczas szycia. Modele to proste, z małą ilością elementów i nieskomplikowanym opisem szycia. Idealne na szycie pomiędzy obowiązkami, posiłkami, zabawą albo przed wyjściem do pracy. Ani się człowiek obejrzy i już ciuch gotowy. To lubię. I mogę z czystym sumieniem polecić. DSC08308DSC08301

To że uszyłam sobie ten uroczy cukierkowy komplecik, nie znaczy, że zużywanie resztek oraz zapasów mam za sobą. Ta górka ciągle jest. Zaobserwowałam bowiem jedną rzecz. W nagrodę za uszycie resztkowych ubrań kupiłam sobie nowe tkaniny (nie pierwszy zresztą raz). A z tych znów zostały jakieś ścinki, które są za duże, żeby je wyrzucić. Trafiły więc na kupkę. I tym sposobem jej objętość utrzymuje się stale na tym samym poziomie. Chyba czas się z tym pogodzić ;).

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!


24 komentarze

Retro bluzka

DSC08217

Jak daleko sięgnę pamięcią, a sięgam hen hen, trwam w przekonaniu, że człowiek rodzi się z pakietem pewnych predyspozycji. No dobra, może nie człowiek w ogóle, może to tylko ja. No więc urodziłam się pewnego zimowego dnia i od razu zostałam naznaczona. Cholera, a może to była jakaś wróżka chrzestna, jak u Śpiącej Królewny. Piorun wie, ale fakt jest faktem, że z jakichś nieznanych przyczyn to ja się zupełnie do prac kuchennych nie nadaję. I to nie to, że jak gotuję, to pomylę sól z cukrem, jak piekę, to przypalę, a w ogóle to nie mam jakiejś takiej kulinarnej wyobraźni. Wręcz przeciwnie. Uważam, że jedzenie to mi całkiem smaczne wychodzi. Uważają też tak Ci, co je spożywają. Problem natomiast tkwi w ostrych narzędziach kuchennych. Tępych w zasadzie też. I gorących, jak sobie teraz o tym pomyślę. No więc jak sięgam pamięcią, to ja się w ogóle z nimi nie mogę dogadać. Pierwsze wspomnienie braku porozumienia mam z wczesnego dzieciństwa. Jakieś cztery lata miałam, może trochę więcej. W domu ja i moja młodsza o dwa lata siostra. Tata w pracy, mama wyszła na zakupy (ledwie na drugą stronę ulicy) – kiedyś norma, dziś nie do wyobrażenia. Siostra głodna była. Postanowiłam uszykować jej kanapkę. Potem był nóż zjeżdżający po świeżej skórce chleba, środkowy palec i krew. Musiało być jej sporo od kuchni do przedpokoju, bo jak wspomina moja mama, prawie jej serce stanęło na widok tego, co zastała, po kilkunastu minutach nieobecności w domu. Od tego się w każdym razie zaczęło, a później to już kuchenne okaleczanie się poszło gładko i regularnie. Noże, tarki, piekarnik, myślę, że nie ma takiego kuchennego sprzętu, którym nie byłabym w stanie sobie czegoś uszkodzić. Chociaż na przykład pędzel do lukru nie wydaje się przerażająco niebezpieczny, ale kto go tam wie.

Zupełnie natomiast inaczej wygląda sprawa z szyciem. I choć raz (ale tylko ten jeden jedyniutki) przyszyłam sobie palec igłą do czegoś, nad czym akurat pracowałam, szycie uważam za czynność wyjątkowo bezpieczną. Nożyce, noże krążkowe, nóż w owerloku – tyle potencjalnych zagrożeń, a ja nic. Cała i nienaruszona. Przypadek? Nie sądzę. To wielka radość móc sobie uszyć coś i mieć przy tym świadomość, że się przy tym fizycznie nie ucierpi, a myśl o krwi przywodzić będzie jedynie skojarzenia z odcieniem czerwieni tej pięknej tkaniny, którą widziało się ostatnio w sklepie. Krojenie natomiast nie wywoła nieprzyjemnego dreszczu przeszywającego ciało na samo wspomnienie o tym nożu, co Ci ostatnio zjechał na kciuka i pozbawił kawałek paznokcia, a jedynie wzbudzi dreszczyk podniecenia na myśl o nowej, właśnie powstającej, rzeczy.

Z takim sobie zwyczajnym dreszczykiem podniecenia zasiadłam do szycia kolejnej bluzki. Dalej z postanowieniem zużywania resztek. Bardzo chciałam uszyć coś z tkaniny pozostałej po szyciu bluzki koszulowej. Bardzo chciałam, żeby ta bluzka miała falbany. Ale niestety nie znalazłam żadnego wykroju, który nie ukazywałby lewej strony falban, a na takim mi zależało, bo moja tkanina miała zupełnie niereprezentacyjną lewą stronę. Szukałam więc czegoś ciekawego, co mogłoby te falbany zastąpić. I znalazłam bluzkę, która przykuła moją uwagę, w Burdzie Specjal E724 z 1984 r. model 653. burda.Spec_E-724_1984-028Gazeta po bośniacku czy jakoś tak, gdyż akurat takim wydaniem dysponuję, więc i opis szycia w tymże języku. Tylko że ja po bośniacku nic a nic. Po chorwacku czy serbsku też nie bardzo. Ale się uparłam i postanowiłam ją uszyć. Żeby jednak nie zmarnować resztki materiału, kołnierz uszyłam na próbę z jakiegoś płótna bawełnianego. Jaki ten próbny wyszedł mi ładny i jak się wspaniale układał. Tak jak w gazecie. Za to ten właściwy nie chciał się w ogóle trzymać. Przeszywałam go na rozmaite sposoby, mocowałam, a on mi się wyciągał i rozjeżdżał. Do tego bluzka okazała się stanowczo za szeroka. No nie szło mi nic a nic. Calusieńką więc bluzkę rozprułam. Część Was ręce załamuje, bo założę się, że już widzicie oczami wyobraźni, jak ta właśnie bluzka ląduje w koszu. Ale ja to jednak uparte stworzenie jestem. Zszyłam ten kołnierz inaczej (stracił nieco swojego uroku i zupełnie stracił falbanki. Szpic przedni zyskał nieco ostrzejszy kąt, bo po poprzednich manewrach pozostały mi nacięcia i takie tam. Zwęziłam też samą bluzkę o co najmniej 10 cm. Nie chciałam mieć szwu na środku, więc kombinowałam po bokach. Wyszło, jak widać. DSC08219DSC08216DSC08214DSC08211DSC08206

Zadowolona jestem więc połowicznie, bo resztki zużyłam, kolejną bluzkę zyskałam, ale czy będę ją nosić chętnie i często, to się dopiero okaże. Faktem jest, że owa bluzka ma całkiem ciekawy fason, uszyta jest ze świetnej tkaniny i będzie mi pasowała do wielu rzeczy. Na przykład do tej ołówkowej spódnicy, którą miałam na sobie dziś. Przyznam nawet, że mam ochotę zmierzyć się z tym modelem jeszcze raz. A Wam jak podoba się taka retro bluzka? Proszę szczerze i bez ściemy :). DSC08197DSC08213DSC08198DSC08195DSC08199


29 komentarzy

Najwygodniejsze spodnie świata. I bluzka oczywiście

Bo w końcu pisałam ostatnio, że zamierzam trochę energii oraz zalegających resztek materiałowych wykorzystać do uszycia bluzek. Tych odczuwałam spory niedostatek, a górka tkanin pozostałych z szycia innych rzeczy sukcesywnie się powiększa. Tym bardziej, że rzucam też na nią rzeczy, które uszyłam, ale nie do końca trafiłam z fasonem albo już mi się znudziły. I na niej też znalazłam bluzkę, którą uszyłam niezwłocznie z pozostałości po tej sukience. Ale bluzka to była nieudana, bo uszyta z połączenia dwóch szerokich trapezów, a za ramiączka służyła taśma wciągnięta w tunel z przodu i tyłu. W ogóle jej nie nosiłam. Poszła więc pod nożyce. Postąpiłam z nią dokładnie jak z bluzką, czyli dopasowałam wykrój 120 c z Burdy 8/2015 do tego kawałka materiału, którym dysponowałam. I już. Wtedy. Później oczywiście szycie wystawiło mnie na próbę. Ale o tym za chwilę. DSC08130DSC08117DSC08138

W poczuciu dobrze spełnionego postanowienia (w końcu dwie bluzki resztkowe uszyłam) postanowiłam się nagrodzić. Tak mi się spieszyło do szerokich spodni, że nie chciałam już dłużej czekać. Naoglądałam się ich u Anetty, Redhairdressmaker, na stronie Burdy. Potem jeszcze na pintereście znalazłam takie z wysokim stanem i zachorowałam już doszczętnie. Same rozumiecie. Z tym się nie walczy. To trzeba od razu szyć. DSC08129DSC08143DSC08125

W swoich zapasach miałam kuprę wiskozową kupioną właśnie z myślą o spodniach, tyle że bermudach. Miałam jej więc 1,5 metra. Na szerokie spodnie trochę za mało. Na te z lutowej Burdy, które tam były spódnicospodniami do połowy łydki, a które musiałabym przedłużyć, zdecydowanie za mało. Te z marca nie miały odpowiedniej góry. Ale w Burdzie 1/2003 znalazłam model 105A i przepadłam. Szybko skroiłam i uszyłam. Okazało się tylko, że rozmiar 38 po długiej zimie oraz zimnej wiośnie okazał się odrobinę przyciasny w bioderkach. Na szczęście z przodu miałam zakładki, więc zwężając je trochę, zyskałam miejsce na to, czego przybyło. Pasek oraz odszycie skrojone z całością uszyłam tak, żeby uzyskać efekt jak w spodniach z kolekcji Escada Resort 2017. DSC08131DSC08116DSC08141

Tę bluzkę i te spodnie postanowiłam pokazać w komplecie. Bez przymierzania było wiadomo, że będą do siebie pasować. Ale ja tam postanowiłam założyć, powyginać się przed lustrem i pozachwycać wspaniale skomponowanym strojem oraz własną zmyślnością. Tylko że bluzkę założyłam tył na przód i jak chciałam zdjąć i poprawić, to się tak napowietrzyłam, tak naprężyłam, że bluzka trzasnęła pod pachą z lewej strony wzdłuż szwu. Załamka, co? Gorzej nawet, bo ja już zdążyłam się z tą bluzką zaprzyjaźnić. Ciepnęłam ją z powrotem na tę moją nieszczęsną górę i nawet myśleć o niej nie chciałam. I tak nie myśląc o niej przez kilka dni, zupełnie przypadkiem i nawet nie pamiętam, w którym momencie, wymyśliłam, że  mogę przecież ją uratować, wszywając pod pachą kryty zamek (20 cm). Bluzka straci niewiele na szerokości, ale zyska na swobodzie podczas zdejmowania. Co też uczyniłam i potwierdzam – to działa. DSC08115DSC08139

Spodniami jestem wręcz zachwycona. Są lekkie, szerokie, wygodne, przewiewne. Gniotą się tylko trochę, co w takim wydaniu w ogóle mi nie przeszkadza. Powiedziałabym nawet, że to gniecenie to takiego swobodnego sznytu im nadaje. Nadają się do wszystkiego i wszędzie. Najchętniej bym ich nie zdejmowała. Najchętniej uszyłabym kolejne. Myślę, że znalezienie odpowiedniej tkaniny bardzo mi pomoże w realizacji tego planu. DSC08121