Kasia Mazurek

Kitka z nitką


20 Komentarzy

Smocze opowieści

dsc02357Za górami, za lasami… A nie, to nie ta bajka. Za ulicą, za kościołem, w prawo i potem prosto stało sobie przedszkole. Takie sobie zupełnie zwykłe przedszkole, nic nadzwyczajnego. Ot, wesołe i rozbrykane dzieciaki, kochane ciocie, dni wypełnione zabawą i nauką. I stały roczny harmonogram, w którym jak bum cyk cyk w styczniu wypada bal karnawałowy. Festiwal księżniczek, bohaterów rozmaitych i stworzeń wszelakich. I wyzwanie dla rodziców… dsc02328dsc02336dsc02326

Nie powiem, przemknęła mi przez głowę myśl, żeby sobie choć raz odpuścić, wspomóc się gotowcem. Zapytałam dziecko, kim chciałoby być (w odpowiedzi usłyszałam kotkiem, pastuszkiem i nie pamiętam już czym, ale to wszystko już było). Ostatecznie szef dał mi wolną rękę w wyborze kreacji stosownej do okazji, a ja nawet rozejrzałam się, przyznaję − pobieżnie, za tymi gotowcami i co? Ano nic. Znaczy nic satysfakcjonującego nie znalazłam. Wiedziałam, co to znaczy, więc od razu przeszłam do opracowywania chytrego planu. Wyciągnęłam wszystkie gazety ze strojami karnawałowymi i rozpoczęłam wertowanie. Szefowi na wszelki wypadek ich nie pokazywałam, bo jeszcze przyszłoby mi szyć coś, na co nie miałabym ochoty. Po wstępnej selekcji dostał do obejrzenia ze trzy projekty. Pierwszy się nie podobał, drugi jakiś nie taki, trzeci to on sam nie wie, a piratem to już też był, więc też odpada. Aż w końcu trafiłam na smoka (Burda 1/2017 model 128) i z taką euforią mu go pokazałam, że jakby nie miał wyjścia i musiał się zgodzić. dsc02316dsc02343dsc02346dsc02350

Gotowy strój wprawił mnie w zachwyt. Smok jako żywo z bajki wyjęty. Do tego tak się szczęśliwie złożyło, że smocze (albo może dinozaurze) stopy w posiadaniu naszym były, więc cudnie strój uzupełniły. Ale na odnóżach nie skończyłam. Wyobraźnia pracowała, czacha parowała, toteż nie zatrzymałam się tutaj. No bo smok, nawet taki, co ludziom przyjazny i w ogóle do rany przyłóż, to jednak zdolność ziania ogniem posiada. Ja na przykład posiadam zdolność robienia naleśników i jajecznicy, ale w domu to udaję, że niekoniecznie i wtedy królem kuchni zostaje mąż. W każdym razie pomyślałam sobie, że taki ogień to fajna sprawa i ulepiłam smokowi filcowy płomyczek. A że z szafki wypadł też zielony filc, to smocze dzieło zwieńczyłam smoczą maską. No powiedzcie, czy to nie zacny smok. Może nawet Artur Andrus zechciałby zamieszkać w tym bloku z choć jednym smokiem, wszak coś tam wspominał, że marzy mu się smocze towarzystwo…

A Wam się marzy, żeby mieszkać w bloku pełnym smoków?dsc02340dsc02315

Pozdrawiam serdecznie, Kasia (mama Smoka Podskoka)!

 

Reklamy


10 Komentarzy

Dziecięca kolekcja z resztkowego szycia

Wam szyjącym nie jest pewnie obcy widok zalegających hałd szyciowych ścinków. Jakby się nie starać (ale też przyznam, że ja nieprzesadnie się staram, skoro kupuję często materiały bez konkretnego przeznaczenia), to i tak tych resztek, których szkoda wyrzucać, bo za duże, z czasem zbiera się więcej i więcej. Akurat u mnie to jest zwykle tak, że są właśnie za duże, żeby wyrzucić, i jednocześnie zbyt małe, żeby coś dla dorosłego dało się z tego wyczarować. Do tego dochodzą zbierane latami zużyte jeansy, bo szkoda wyrzucać, bo mogą się przydać, dobra, może wypruję chociaż zamki, a resztę wywalę, bo jednak nie mam już gdzie tego trzymać. I jeszcze uszyte kiedyś tam ubrania, które jednak nie do końca się sprawdziły, co oznacza tyle, że są w dobrym stanie, ale jednak nie do noszenia, wyrzucić szkoda, a oddać nie ma komu. To leżą.

Rodzicom małych pociech natomiast nie są zapewne obce dziury na kolanach, prawda? Ja naprawdę nie wiem, jak one to robią, że  w tak zawrotnym tempie te dziury na zupełnie nowych spodniach (dodam, że dresowych, bo w tych mój syn najczęściej śmiga) co i rusz się pojawiają. Dawno już nie mam dziecka raczkującego, u którego te dziury dałoby się jeszcze jakoś sensownie wytłumaczyć, co więcej u mojego raczkującego berbecia spodnie na kolanach bywały lekko wytarte. Teraz natomiast dziury to moja zmora.

I tak sobie pewnego razu siedząc nad wielką kupą ścinków, pomyślałam, że czas zabrać się za ich utylizację. Kupione niedawno w markecie spodnie dla syna podsunęły mi pomysł, jak się za to zabrać. Otóż tak sprytnie były one pomyślane, że nogawki z przodu były uszyte ze sztywnego jeansu, a tył z dresówki. Wygodnie i praktycznie. Jak dla mnie strzał w dziesiątkę.

Uszyłam w sumie trzy pary, dwie z wykroju z Ottobre, jedną z Burdy, a potem mi się już to szycie spodni trochę znudziło. To uznałam, że do spodni przydadzą się jakieś górne sztuki odzieży i uszyłam t-shirt, drugi t-shirt (w paski), który miał być bluzą, ale dziecko mi pokrzyżowało szyki, bluzę, a potem piżamę i nie pamiętam już, co jeszcze – wszystko właściwie resztkowe. Przekupstwem udało mi się zachęcić M. do zapozowania w większości z tych rzeczy za jednym podejściem, ale łatwo nie było.

DSC01835DSC01841DSC01846

O koszulce nie ma się co rozpisywać, spodniom natomiast poświęcę chwilę. Te są z wykroju z Ottobre, tylko udają, że mają zapięcie. Są na gumie wszytej razem ze ściągaczem. Przód i kieszenie na dupce uszyte są ze starych jeansów męża (tylko te rozmiarowo i w większości jakościowo nadają się do przerobienia na dziecięce gacie. Damskie są zwykle za cienkie i mają za dużo elastanu). Dzianinowe wstawki z przodu wypadają, że tak napiszę, obok kolana, zasadniczo nie są więc narażone na zbyt szybkie przetarcie.

DSC01847DSC01849.JPGDSC01852DSC01864

Zielono-jeansowe spodnie są dokładnie z tego samego wykroju, co powyższe, żeby jednak się różniły, przód jest cały z jeansu, a kieszonki dupne mają inny kształt. Bluza natomiast to moja duma. Punktem wyjścia do jej uszycia był panel otrzymany w prezencie podczas targów WarSewDays. Potem to już była prawdziwa układanka. Spośród tego, czym dysponowałam, musiałam znaleźć dzianiny o podobnej gramaturze i ciągliwości (przynajmniej na przód i tył). Z dresówek nic mi kolorystycznie nie pasowało, ale przypomniałam sobie, że gdzieś mam upchany kawałek czerwonej wełnianej dzianiny po szyciu sukienki. Nadał się idealnie. Później musiałam zorganizować coś na rękawy i na szczęście udało mi się je dosłownie wyrzeźbić z resztki żółtej cienkiej dresówki. Już było fajnie, ale potem znów mi zaświtało, że na targach dostałam jeszcze taką małą paczuszkę z pasmanteryjnymi dodatkami. A wśród nich była taka kolorowa taśma o długości idealnej na dwa rękawy. No co za zbieg okoliczności. Do tego wszystkiego dorzuciłam już tylko czerwone ściągacze, metkę od rencami.pl i powiem Wam, że poczułam satysfakcję.

DSC01872DSC01886

T-shirt w paski miał być bluzą. Miał mieć niebieskie rękawy z dresówki, które już skroiłam, ozdobione żółtym pasami, także wyciętymi. I żółtymi ściągaczami. Z dzianinowej sukienki, którą wieki temu uszyłam dla siebie. Ale przyszedł M. i powiedział, że on to by wolał koszulkę. A tu bluza już skrojona, na koszulkę za krótka, trochę za szeroka. Ale dziecko chce, to mama rzeźbi. Żółte ściągacze zmieniłam na białe wykończenia, a koszulkę przedłużyłam dzianinową plisą. Klatę ozdobiłam wielką literą M.

DSC01893DSC01912DSC01924

A to spodnie z Burdy dla dzieci. Chyba z 2015 r. Nogawki pociachałam według swojego widzimisię, byleby tylko na kolanach wypadły wstawki z jeansu. Na górze z przodu jest dresówka drapana, a na dole i z tyłu resztki po mojej kamizelce. Muszę ją Wam koniecznie pokazać. Resztek było tyle, że mogłabym uszyć drugą taką, ale po co mi dwie. To uszyłam dziecku spodnie. A koszulkę z własnoręcznie przygotowaną naprasowanką to zapewne kojarzycie. Ciągle jest w użyciu, a aplikacja jeszcze się nie sprała 😉

***

No dobrze. Pomyślicie sobie, o ta to potrafi całkiem nieźle te resztki wykorzystać. Ja też sobie tak właściwie pomyślałam. Jakby nie patrzeć, resztek znacząco mi ubyło, M. zyskał trochę nowych ciuchów, bo z części przez lato znów jakoś dziwnym trafem wyrósł, a samo szycie i te układanki były takim odprężającym zajęciem. Postanowiłam pójść więc za ciosem. Że kolejne resztki przerobiłam na jakieś inne użyteczne uszytki? A nie nie. Zabrałam dziecko do do sklepu z tkaninami i pozwoliłam, żeby powybierało sobie dzianinki na kolejne ciuchy. Po czym w domu zdekatyzowałam je, poskładałam i włożyłam do szafy w miejsce zużytych resztek. I tak sobie tam leżą po dziś dzień…


17 Komentarzy

Dlaczego w bohaterów gąszczu padło na ciebie, chrabąszczu?!

DSC01343

O ludzie! Ile ja się nakombinowałam! Ile ja zdjęć robali w internetach oglądałam (nie tylko dorosłych osobników, ale i larw czy pędraków i innych obrzydliwości, bo wyświetlały się w pakiecie)! Ile razy nachodziły mnie wątpliwości i zniechęcenie. Chociaż nie… Zniechęcenie towarzyszyło mi od początku. Od chwili, kiedy pani w przedszkolu zakomunikowała mi, że w najbliższym przedstawieniu mój syn wystąpi jako chrabąszcz. „Calineczkę” zamierzają wystawić. A w naszym przedszkolu to jest tak, że o stroje muszą zadbać rodzice. Popatrzyłam na panią niezbyt zachwyconym wzrokiem, nawet coś tam o tym, że średnio mnie ten wybór satysfakcjonuje, wspomniałam, wróciłam do domu i zaczęłam się zastanawiać, jak do cholery wygląda chrabąszcz. Bo poza biedronką, mrówką i stonką cała reszta biegającego dziadostwa mieści się u mnie po prostu w kategorii robali. A potem, kiedy zaczęłam zgłębiać temat, okazało się, że tych chrabąszczy to jest pierdyliard odmian. Nie mogąc podjąć decyzji, którego wybrać, od przeglądania robaków przechodziłam do poszukiwań gotowych pomysłów na strój. Tych jednak było jak na lekarstwo. Chciałam nawet, zainspirowana kostiumem jednego z teatrów wystawiających „Calineczkę”, uszyć coś takiego bardziej umownego, a jednak bardziej eleganckiego, ale mąż mnie przekonał, że publiczność może nie do końca skumać, kim jest ta postać w cylindrze, wróciłam więc do przeglądania robali. W końcu się zdecydowałam i postawiłam na chrabąszcza majowego (przekonały mnie te czułki z pędzelkami). DSC01331DSC01362DSC01352

Mając już jako takie wyobrażenie na temat tego, jak ma wyglądać strój, udałam się na zakupy do lumpka, bo jakbym nie szukała, to w domu nic brązowego nadającego się do szycia nie miałam. Nie chciałam też na tę jednorazową imprezę wydawać fortuny. Spośród wielu brązowych ciuchów wybrałam sztruksową chłopięcą marynarkę i leginsy, a do tego dodałam jeszcze zamszową zasłonę. Z łupami wróciłam do domu i zaczęłam planować. I wymyśliłam oraz uszyłam to, co widzicie na zdjęciach, choć droga do celu prowadziła przez wyboje i dziury w asfalcie. DSC01348DSC01358DSC01338

Pierwsza wersja skrzydeł oraz wdzianka okazała się niewypałem. Skrzydła wszyte w szwy ramion były za ciężkie i ciągnęły całość, zaś podkrój szyi z przodu koszulki był tak szeroki (musiała się przez niego przedostać głowa), że zsuwał się z ramion. Oj, jak ja się znowu zniechęciłam. Ale poddać się nie mogłam. Na szczęście druga wersja po poprawkach zdała egzamin i do tego stopnia zadowoliła dziecko, że to w pełnym chrabąszczowym rynsztunku chciało się udać na imprezę komunijną do swojego kuzyna. Nie zachwyca może jakością wykonania, ponieważ w tym zniechęceniu niespecjalnie mi na tym zależało i szczerze mówiąc, mało się przykładałam, bo czas gonił, ale wygląda znacznie lepiej niż sobie to wyobrażałam. No i dopiero kiedy wyfrunął mi chrabąszcz na łąkę w parku, popatrzyłam na to zjawisko z nieukrywaną przyjemnością i zadowoleniem z całkiem nieźle wykonanej pracy.DSC01354DSC01350DSC01363

Na koniec podaję trochę technikaliów, gdyby komuś przyszło się zmierzyć z podobnym wyzwaniem:

  1. Poza tymi białymi fifraczkami wystającymi ze skrzydeł brzegi skrzydeł ze sztruksu oraz wdzianka są jedynie obrzucone owerlokiem – podłożenia byłyby za grube, zaś chowanie szwów w środku skrzydeł spowodowałoby ich spore zmniejszenie i prawdopodobnie kiepskie układanie się, bo sztruks jest gruby. Podszewkę zawijałam natomiast pod spód, upinałam szpilkami i przyszywałam.
  2. Marynarkę rozprułam i do uszycia skrzydeł wykorzystałam tylko część składającą się na plecy. Na to naszyłam ten plaster z neoprenu, zostawiając otwarty podkrój szyi.
  3. W pierwszej wersji spód skrzydeł zrobiłam z neoprenu, ale choć skrzydła wyglądały super i lepiej się układały, były za ciężkie. Odprułam go i wymieniłam na podszewkę.
  4. Między podszewką a wierzchem skrzydeł jest odrobina wypełnienia (takiego silikonowego z poduszek). Inaczej skrzydła leżałyby smętnie na plecach. Dodatkowo wypełnienie jest też między tym czymś czarnym a skrzydłami.
  5. Skrzydła ostatecznie mają szelki zapinane na guziczki.
  6. Podkrój szyi w skrzydłach zszyłam na samym końcu po wypełnieniu skrzydeł i zamocowaniu szelek.
  7. Wdzianko ma wydłużony tył, co widać na niektórych zdjęciach, imitujący spodnią warstwę skrzydeł. Mógł być dłuższy, ale wyszło, jak wyszło, bo wszystko robiłam „na oko” 😉
  8. Do wdzianka z przodu wszyłam zamek błyskawiczny, zmniejszając jednocześnie dekolt. Lepiej byłoby mu z tyłu, ale koszulkę kroiłam jeszcze, planując wszyć skrzydła w szwy ramion. Wtedy zapinanie na plecach nie miałoby racji bytu, a dekolt musiał być odpowiednio duży.
  9. Trzecia para odnóży jest przytwierdzona do rękawów za pomocą nici do jeansu. Dzięki temu się fajnie poruszają. Przeszycia w pionie mają udawać stawy, a poza tym dzięki nim się te odnóża trochę zginają.
  10. Opaskę z czułkami też zrobiłam. Czułki to druciki ubrane w tunelik z tej zasłonowej tkaniny i wykończone pędzelkami z filcu.

DSC01356DSC01365DSC01355

No i jak Wam się podoba mój słodki robaczek? 😀

Pozdrawiam majowo, Kasia!