Kitka z nitką

O chorobcia, coś się kroi!


12 komentarzy

Francja-elegancja

Ten tydzień, mimo że jego początek był także początkiem mojego urlopu, zaczęliśmy na pełnej petardzie i w szaleńczym biegu. A wszystko dlatego, że nadprogramowy tydzień poprzedzający wyjazd mógł się okazać wakacyjnym tygodniem niezagospodarowanym, czyli w mojej świadomości zupełnie zmarnowanym. Nie mogąc do tego dopuścić, szybko postanowiłam, czym sobie wypełnimy to radosne oczekiwanie na wakacyjny wyjazd. Wymyśliłam sobie odświeżanie. Tym razem jednak nie garderoby, a mieszkania, a konkretnie dziecięcego pokoju i przedpokoju. No i muszę Wam powiedzieć, że czasami to mam jednak wrażenie, że w pracy zawodowej za biurkiem przy komputerze to ja się chyba marnuję. Taki fajny obraz do pokoju synka wymyśliłam, a jak go zrobiliśmy, to się okazało, że wygląda jeszcze lepiej niż w wyobrażeniach :). Siedzieliśmy później po skończonej pracy, przyglądaliśmy się dziełu własnych rąk i puchliśmy z dumy. A dziecko nagrodziło naszą pracę radosnym piskiem.

Kosmiczny obraz

Obraz na płycie kartonowo-gipsowej podświetlany diodami led dla małego fana kosmosu

No i między jednym malowaniem a drugim udało nam się wreszcie zrobić zdjęcia. Proszę Państwa, fanfary! Oto spodnie, których szycie pokazałam w tym poście, a uszyte zostały według modelu 139 z Burdy 8/2012. Napiszę to jeszcze raz, ale to tak dobrze dopasowana do mojej sylwetki forma, że nie będę już szukać żadnej innej, kiedy zachce mi się kolejnych. A w planach na najbliższy czas mam co najmniej jeszcze jedne. DSC08980DSC08989DSC08983

Bluzkę, którą widzicie na zdjęciach, uszyłam właśnie z myślą o noszeniu jej do tych spodni. Ostatnio bowiem przy wyborze rzeczy do uszycia myślę zestawami, żeby mi później było się łatwo ubierać. A uszyłam ją też dlatego, ponieważ już od dawna miałam na pintereście przypięte zdjęcie bluzki z taką kokardą na ramieniu i co na nie patrzyłam, miałam poczucie, że muszę sobie taką uszyć. No to uszyłam, nie korzystając z żadnego wykroju. Narysowałam sobie tę bluzkę sama i uszyłam raz-dwa, bo to najprostsza bluzka z możliwych. DSC08986DSC08991DSC08994DSC09003DSC08999DSC09007DSC08992

I teraz to ja się Wam do czegoś przyznam. Te tkaniny to zupełnie nienaturalne są. Ze mną to jest tak, że jak kupuję przez Internet, to nawet na te syntetyczne patrzeć nie chcę. Ale jak czasem wejdę do stacjonarnego sklepu i coś zobaczę, to już opór przed kupowaniem tego, czego nie kupiłabym w sieci jest jakby mniejszy. A jeśli wchodzę z nastawieniem, że koniecznie muszę coś kupić, to znikają wszelkie opory. I w ten sposób nabyłam właśnie materiały na spodnie i bluzeczkę. Tkanina na spodnie jest dosyć mięsista, nietransparentna i ma dodatek elastanu. Zdaje mi się, że to taka typowa tkanina kostiumowa. Natomiast bluzkę uszyłam z grubej żorżety, która prawą stronę ma powleczoną złotymi drobinkami. I te właśnie drobinki mnie kupiły, a ja kupiłam je. DSC09013DSC09011DSC09012

Powiem Wam, że w tym zestawie to ja się czuję świetnie. Elegancko, ale bardzo wygodnie, w spodniach, ale wciąż bardzo kobieco. I prosto, choć nie nudno. Jestem z moich nowych ubrań bardzo zadowolona i mam ochotę na więcej.DSC09025DSC09028DSC09032DSC09029DSC09037DSC09035DSC09040

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!


20 komentarzy

Zmiana kursu, czyli skok w spodniowy bok

Tego lata, choć z sukienkami jestem za pan brat i chętnie je noszę, zdecydowałam ograniczyć nieco ich szycie i uzupełnić szafę o spodnie. Bo sukienek rozmaitych ci u mnie dostatek, a spodni to jednak trochę mniej. Tak bardzo przez to całe szycie zakręciłam się na punkcie sukienek, że spodnie poszły w odstawkę. A ja spodnie bardzo lubię, chętnie noszę i czasami w moim przypadku są lepszym rozwiązaniem niż sukienka. Tylko okazało się, że z ich wyborem u mnie jednak jest dość marnie. Skoro jednak nabrałam już wprawy w szyciu, postanowiłam, że troszkę ich sobie poszyję. Pokazałam już, jak uszyłam jedne spodnie, pokażę Wam teraz siebie. DSC08955

Ale zaraz zaraz. Miały być długie i różowe, a ja tu tymczasem wyskakuję z krótkimi spodenkami, które na pierwszy rzut oka niewiele mają wspólnego z poprzednimi. To ja już Wam szybko zaraz wszystko opowiem. Bo to było tak, że ja te spodnie różowe uszyłam i one sobie wiszą w szafie. Wiszą i czekają na urlop, pogodę i fotografa, bo sobie zdjęcia wymyśliłam nieco dalej od domu. Tak, żeby mi tło pasowało do tego, co mam na sobie. A kiedy już te spodnie uszyłam, to przyszło mi do głowy, że przecież skoro niebawem już mam ten urlop, to przecież ja muszę sobie w końcu uszyć te krótkie spodenki, które sobie zaplanowałam na urlop na lato. Bo na co mi będą krótkie spodenki, jak ja już będę po? No dobra, pewnie by się przydały, ale radość z ich uszycia byłaby pewnie mniejsza. I wymyśliłam sobie spodenki dokładnie takie, jak widzicie na zdjęciach. DSC08957DSC08972DSC08943

A jaki mają związek z poprzednimi? Ano taki, że do ich uszycia wykorzystałam ten sam wykrój, co do różowych spodni, czyli model 139 z Burdy 8/2012 (w ogóle to uważam, że to jeden z lepszych numerów; okładkę mam już całą zwichrowaną od tego ciągłego jego wertowania). Szukałam takiego modelu w innych numerach, ale nie natrafiłam na nic, co byłoby idealną odpowiedzią na moje poszukiwania. Z każdym wykrojem musiałabym trochę popracować i coś przerobić, pomyślałam więc sobie, po co będę ryzykować, wykorzystam to, co mam i znam. Bo muszę się podzielić już tu z Wami informacją taką, że ten model spodni jest dla mnie absolutnie doskonały. Wszystko jest w nim na moją miarę: podkroje, obwody, długości. Wykrój marzenie. Narysowałam więc sobie krótką wersję spodenek, dodałam zakładki, obniżyłam stan o 3 cm i wyrysowałam mankiety, dodałam kieszenie na pupie. No i doszyłam paseczek, żeby wiązać sobie filuterną kokardkę. I tu nawę mąż, który pomagał mi tę upiornie sztywną tkaninę wywrócić na prawą stronę, zastanawiając się, po kiego grzyba cały ten trud, przyznał po wszystkim, że ta kokardka to całkiem fajny detal. DSC08949DSC08951DSC08950DSC08963

Spodenki mają szerokie i dość długie jak na szorty (a może to już bermudy?) nogawki. Dokładnie o takie mi jednak chodziło, bo chciałam czuć się w nich swobodnie i bez skrępowania i ciągłego myślenia o pilnowaniu godności wyginać, wypinać i tarzać, jeśli będzie trzeba, w piachu. Uszyłam je z bawełny z elastanem (kupionej tutaj) i uważam, że tkanina na spodnie nadaje się idealnie, zwłaszcza jesienne. Jest zwarta, mięsista, nie strzępi się podczas pracy. Ale, ło matko jedyna, jak trudno się w nią wbija szpilki, jak ciężko fastryguje. Taka jest zwarta! Palce pokłułam sobie koncertowo i porobiłam odciski. Najważniejsze jednak, że trud się opłacił. Spodenki są dokładnie takie, jak miały być. DSC08964DSC08967DSC08968

Na koniec to Wam jeszcze powiem, że już dawno, aż do tych spodenek, nie przytrafiła mi się żadna przygoda. A tu przyszło mi się znów zmierzyć dziurą wyciętą w przodzie przez owerloka. Kiedy już odkryłam, co sobie znów zaserwowałam, w akcie niemej rozpaczy udałam się do kuchni, ukroiłam kawał ciasta i otworzyłam piwo. Skonsumowałam. Pomogło. Potem wyprułam lewy przód, wykroiłam nowy (jakbym nie miała zapasu materiału, to rozpacz byłaby pewnie dzika i nieokiełznana) i wstawiłam puzzla w odpowiednie miejsce. Dalej poszło jak z płatka. DSC08947

Spodenki z miejsca stały się moimi ulubionymi i tylko żal, że pogoda jest tak marna, że póki co to ich miejsce jest nie na mnie tylko w szafie. Jak zwykle jednak liczę (mam nadzieję, że nie naiwnie) na to, że jak tylko rozpoczną mi się wakacje, to i słońca i ciepła będzie tyle, ile mi trzeba. Czyli najlepiej tyle, ile podczas ostatniej niedzieli, kiedy robiliśmy zdjęcia.


30 komentarzy

Historia całkiem do przewidzenia

Dzieckiem byłam sobie na przełomie siermiężnych lat 80. i 90. W pamięci zostały mi jakieś strzępy wspomnień tamtej rzeczywistości, pojedyncze obrazy sklepowych półek i dom towarowy, w którym można było kupić wszystko, a tak naprawdę nic, jeśli nie miało się kartek. Pamiętam też, że ubrań dla dzieci raczej się nie kupowało. Ubrania się zdobywało albo własnoręcznie tworzyło. Pamiętam moją mamę, która wieczorami (a pewnie i nocami, ale skąd mi to pamiętać, skoro o tej porze już dawno spałam) w kuchni spędzała godziny nad maszyną, żeby wyczarować mi i mojej siostrze śliczne ubranka i przebrania na rozmaite przedszkolne i wczesnoszkolne uroczystości. Pamiętam, kiedy furorę zrobiła „Lambada” i wszystkie dziewczynki musiały mieć lambadówki. Ja miałam w biało-granatowe paseczki i do tego króciutki top, wszystko made by mama. Pamiętam bluzeczkę z haftami na kołnierzyku i sukienkę w kratkę vichy. Pamiętam strój Myszki Minnie dla mojej siostry (och, żebym miała zdjęcie i mogła Wam to cudo pokazać) i sukienkę baletnicy, którą już kiedyś pokazałam. Pamiętam, jak już nieco starszej mnie mama haftowała na ubraniach z jeansu jakieś wesołe myszki, żebym te ubrania miała ładniejsze. Pamiętam jeszcze dzierganie na drutach i wielką skórzaną torbę z włóczkami i drutami stojącą za fotelem, na które to druty kiedyś się nadziałam, bawiąc się w chowanego, po czym zresztą bliznę na prawej piszczeli podziwiam do dziś. Pamiętam, że mama ten dziecięcy ubraniowy koncert życzeń spełniała zawsze i bez mrugnięcia okiem. I jak to w życiu bywa, przyszło mi za ten koncert zapłacić 😉. No dobra, to nie do końca tak. Sama się wyrwałam z propozycją, bo każdy powód, żeby usiąść przy maszynie, jest dobry. Uszyłam mamie ostatnio dwie bluzki.

Bluzka pierwsza

Prawda jest taka, że zakupy ubraniowe sprawiają mi teraz przyjemność tylko w towarzystwie mamy. To już niemalże taka nasza tradycja, że kiedy jadę do niej w odwiedziny, wyskakujemy sobie na małe buszowanie po sklepach. Tym razem mama wypatrzyła w jednej z sieciówek bluzkę, wokół której dreptała i się zastanawiała, i nie chciała jej z rąk wypuścić. A z drugiej strony cena bluzki była dla niej trudna do zaakceptowania. I tu decyzję pomogłam podjąć ja, bo powiedziałam, że przecież taka bluzka to prościzna i można taką raz-dwa uszyć. Uszyć miała mama, a skończyło się na tym, ze piątkowe popołudnie i wieczór to ja spędziłam przy maszynie. Wykrój wyrysowałyśmy same. Sklepowa bluzka uszyta była z tkaniny mającej w składzie 65% poliestru i 35% bawełny. W bluzce mamy jest 65% bawełny, 28% poliestru i 7% elastanu. Uszyta została staranniej i za 40% ceny sklepowej 🙂. DSC08878DSC08879DSC08877DSC08884DSC08882DSC08886DSC08888

… i bluzka druga

Z mojej mamy to jest straszny łakomczuch. I nie mówię tu tylko o kulinariach. Kiedy coś jej posmakuje, spodoba się, przypadnie do gustu i ma apetyt na więcej, to z tym apetytem stara się raczej nie walczyć. Kiedy więc pomiziała kupiony przeze mnie materiał, z którego powstała pierwsza bluzka, a ja jej zaproponowałam, że przecież możemy pojechać do sklepu i kupić coś jeszcze, ochoczo przystała na propozycję. W sklepie wybrałyśmy zaś szyfon wiskozowy i ustaliłyśmy, że nada się on na bluzkę z wodą. Jakoś tak bez zbędnego dogadywania się wiadomo było, że to ja ją uszyję. Na bluzkę wybrałam wykrój 117 z Burdy 10/2012. Ale zerkniecie tu, zerkniecie tam i powiecie: ale jak to? Ano tak, że z tego wykroju to ja sobie wzięłam tę zakładkę, co się stała wodą, kawałek pleców i przodu, kawałek rękawa i podkroje pach. Całą resztę dopasować musiałam do nieelastycznej i cienkiej tkaniny. Bluzka nie ma zaszewek na plecach, nie ma wcięcia w talii, nie ma marszczenia, a rękawy skróciłam, poszerzyłam, zrobiłam na każdym po dwie zakładki i wykończyłam mankietami. Bardzo proszę, oto i ona. DSC08870DSC08869DSC08868DSC08871DSC08874

***

No i widzicie, tak się to jakoś porobiło, że teraz to ja jestem tą szyjącą uszczęśliwiającą najbliższe otoczenie i spełniającą życzenia te wypowiedziane i nie. I co najważniejsze, sprawia mi to dużą przyjemność i niemałą satysfakcję, zwłaszcza jak obdarowani przychodzą po więcej. Znaczy – podoba im się! Przemiłe to uczucie 🙂.


34 komentarze

Bluzka z geometrycznym wzorem, czyli mój pierwszy raz z jedwabiem

DSC08501

No i stało się! Skuszona ofertą promocyjną, choć w zanadrzu miałam jeszcze kilka kuponów materiałów do wykorzystania, a w planach już poukładane, co i z czego ma powstać, złożyłam zamówienie w Natanie, nie byłabym bowiem sobą, gdybym z promocji nie skorzystała. Trzeba przyznać, ci to wiedzą, jak pokrzyżować plany i poważnie nadszarpnąć budżet. Skompletowałam więc sobie koszyczek z zakupami, a do niego postanowiłam wsadzić coś dla mnie zupełnie nowego. Uznałam, że najwyższa już pora zmierzyć się z jedwabiem. Nie powiem, miałam trochę wątpliwości, nie pierwszy już raz wkładałam do koszyka jedwabne tkaniny, tyle że do tej pory ostatecznie je z niego usuwałam. Tym razem się powstrzymałam, dzięki czemu teraz mam czadową bluzeczkę i niczym Osioł ze „Shreka” chcę krzyczeć: Ja chcę jeszcze raz!

DSC08505DSC08503

Najpierw to Wam chciałam napisać, że uczucia po otwarciu paczki miałam mieszane. No bo tkanina piękna, ciesząca oko, leciutka i przewiewna, a nie prześwitująca. Dla mnie bomba! Ale do tego przytrafiła mi się taka trochę niemiła niespodzianka, bo na tkaninie było sporo niewidocznych co prawda, ale jednak tam się znajdujących śladów kleju. Musiała to być więc prawdopodobnie końcówka nawoju na belce. Na szczęście tkaniny było więcej niż 80 cm, o których była informacja na stronie sklepu, więc stwierdziłam, że zaryzykuję i zobaczę, co mi z tego wyjdzie. Nim jednak zabrałam się za pranie, bo wymyśliłam, że spróbuję to sprać, pomyślałam, że sprawdzę, co internet radzi w sprawie jedwabiu. A radził sporo i tym prawdopodobnie zraził wiele osób do szycia z tej materii, w tym mnie kiedyś, bo sobie przypomniałam, że ja już to przecież gdzieś kiedyś czytałam. Przyswoiłam więc, co przeczytałam, po czym zrobiłam tak jak postanowiłam, czyli jedwab ręcznie wyprałam i bez wykręcania rozwiesiłam na kiju od szczotki nad wanną, żeby nie było żadnych zagnieceń oraz powodzi w mieszkaniu. Po wyschnięciu kleju było jakby nieco mniej, ale okazało się, że ten jedwab się elektryzuje, co mnie dość zaskoczyło. I teraz pytanie do Was, które miałyście do czynienia z jedwabiem – czy jedwab, mimo że to tkanina naturalna, rzeczywiście się elektryzuje czy dałam się zrobić w bambuko?

DSC08506

Wybór wykroju i szycie to była już prosta sprawa. Ten dodatkowy kawałek tkaniny pozwolił na uszycie bluzki wg wykroju 109 A z Burdy 4/2016, z którego korzystałam w zeszłym roku do uszycia bluzki z wodą, a którą Burda kazała szyć koniecznie z dzianin. Postanowiłam teraz przymknąć oko na tę wskazówkę i zrobić po swojemu, ostatnie moje doświadczenia bluzkowe pozwalały mi z dużą pewnością zakładać, że plan się powiedzie. Poszerzyłam ją tylko nieznacznie w obwodzie (może o jakieś 1,5–2 cm). Miałam jeszcze zrobić zaszewki piersiowe, ale tak się zamotałam, że pomyliłam przód z tyłem przy krojeniu (czwartek, siódma rano to zdecydowanie jednak nie moja pora na takie ekscesy) i ostatecznie z planów wyszły nici. Jedwab jednak układa się tak miękko i wdzięcznie opływa różnorakie kształty, że brak tych zaszewek w ogóle nie wpłynął negatywnie na wygląd bluzki.

DSC08514DSC08513

Plan miałam taki, żeby kupić igły do jedwabiu i nici do jedwabiu, ale jak to z planami bywa, czasami te nie wychodzą. Znaczy w tym przypadku igły z pasmanterii wyszły, a nici w odpowiednim kolorze nie było. Zadowoliłam się więc najcieńszymi standardowymi igłami (70) i zwykłymi nićmi Gütermanna. Poszło pięknie i bez kłopotów. Bluzkę wykończyłam szwem francuskim, dół podłożyłam podwójnie. Fastrygi użyłam tyle co zwykle, ale ja jej zawsze używam, bo jednak ze względu na umiłowanie starannych wykończeń lubię się nią wspomóc, zamiast pruć później to, co mnie nie zadowoli. I w ten oto sposób stałam się posiadaczką super bluzki na lato, którą jeszcze przed założeniem wypłukałam w płynie do płukania tkanin, a potem już mogłam się cieszyć się jej lekkością i przyjemnym dotykiem. Także z wyliczanki „kocha, lubi, szanuje…” zdecydowanie wybieram „kocha”.

DSC08511

A Wy jakie macie doświadczenia z jedwabiem? O czymś szczególnie warto wiedzieć? Podzielcie się ze mną, bo na kupce czeka jeszcze jeden kupon do przerobienia na bluzkę. A może i oprócz mnie ktoś jeszcze skorzysta z tej wiedzy :).

Pozdrawiam ciepło, Kasia!


28 komentarzy

Wiśniowa sukienka

DSC08395

Ta sukienka, jak na moje warunki i możliwości, to była szybka akcja. Wykrój na nią wybrałam co prawda już w kwietniu, kiedy razem z materiałem na sukienkę kupiłam jeszcze jeden, zupełnie kolorystycznie nieprzystający do moich dotychczasowych wyborów. Cóż jednak mogłam zrobić, kiedy wpadł mi w oko i ręce i już za nic nie chciał wypaść. Skoro więc wpadł, musiałam wybrać odpowiedni doń wykrój. Mnogość wiśniowego (tak myślę, że to wiśnia, ale jeśli się mylę, to mnie poprawcie) kwiecia w wyborach mnie ograniczyła, na co bowiem szukać wymyślnych cięć i ciekawych rozwiązań, kiedy i tak wszystko skryje się w tym gęstym listowiu. W kwietniu wybrałam zatem model 107 z Burdy 3/2009 i na tym chwilowo się skończyło, gdyż w międzyczasie z radością oddawałam się innym projektom. Ale w zeszłą sobotę, wieczorem, kiedy dziecko zaskoczyło mnie swą dość wczesną sennością pomyślałam sobie, a może by tak w końcu uszyć tę sukienkę. Przejście od myśli do czynu zajęło mi chwilkę, uzbrojona po zęby w odpowiednie narzędzia zabrałam się do pracy. Wykrój skopiowałam, z materii wycięłam i nawet częściowo zszyłam. W niedzielę rano zaś pozwoliłam spać mężowi do ósmej, po czym turkotem maszyny wygoniłam go z sypialni, bo pomyślałam sobie, że w nowej sukience z chęcią wybrałabym się na obiad i poobiedni spacer. DSC08451DSC08467DSC08429DSC08461

I wiecie co, udało mi się. Udałoby mi się nawet szybciej (tak w okolicy drugiego śniadania), ale jednak sukienka wymagała trochę poprawek w okolicach talii. Potrzebowała mianowicie wcięcia, które w wykroju wyszło takie jakieś niezbyt zdecydowane. Postanowiłam jednak nie czynić z sukienki sztywnej (choć tkanina wcale sztywna nie jest) zbroi, tylko mimo taliowania zostawić sobie w niej trochę swobody, bo ja sobie swobodę bardzo cenię, zwłaszcza w letnich ubraniach. Nie zmienia to faktu, że i tak wszystkie szwy pionowe musiałam rozpruć, przeszyć na nowo i obrzucić, a to zawsze trochę czasu zajmuje. DSC08473DSC08433DSC08439

Sukienkę uszyłam sobie codzienną, wygodną i właściwie bardzo praktyczną. Mimo dość dopasowanego fasonu zapewnia całkiem sporo swobody (nawet się w niej wspinałam na placu zabaw po skałkach!), kolorystyka natomiast gwarantuje idealny kamuflaż dla plam ;). A ponieważ wciąż noszę w sobie dziecko, w sensie metaforycznym oczywiście, co najczęściej wyłazi ze mnie właśnie podczas zabaw z dziećmi, taki strój bywa idealnym kompromisem pomiędzy chęcią bycia kobiecą a niczym nieskrępowaną podczas rozmaitych szaleństw. DSC08435

DSC08422DSC08403DSC08407

Ps. Jeśli jeszcze nie widziałyście, zajrzyjcie na blogi Anetty i Beaty. One też szyły sukienki z tego modelu. Obie są fantastyczne i pokazują, jaki potencjał w nim drzemie. Jak widziałyście, to i tak zajrzyjcie, choćby gwoli porównania. Polecam!

Pozdrawiam słonecznie, Kasia!