Kasia Mazurek

Kitka z nitką


15 Komentarzy

Dlaczego w bohaterów gąszczu padło na ciebie, chrabąszczu?!

DSC01343

O ludzie! Ile ja się nakombinowałam! Ile ja zdjęć robali w internetach oglądałam (nie tylko dorosłych osobników, ale i larw czy pędraków i innych obrzydliwości, bo wyświetlały się w pakiecie)! Ile razy nachodziły mnie wątpliwości i zniechęcenie. Chociaż nie… Zniechęcenie towarzyszyło mi od początku. Od chwili, kiedy pani w przedszkolu zakomunikowała mi, że w najbliższym przedstawieniu mój syn wystąpi jako chrabąszcz. „Calineczkę” zamierzają wystawić. A w naszym przedszkolu to jest tak, że o stroje muszą zadbać rodzice. Popatrzyłam na panią niezbyt zachwyconym wzrokiem, nawet coś tam o tym, że średnio mnie ten wybór satysfakcjonuje, wspomniałam, wróciłam do domu i zaczęłam się zastanawiać, jak do cholery wygląda chrabąszcz. Bo poza biedronką, mrówką i stonką cała reszta biegającego dziadostwa mieści się u mnie po prostu w kategorii robali. A potem, kiedy zaczęłam zgłębiać temat, okazało się, że tych chrabąszczy to jest pierdyliard odmian. Nie mogąc podjąć decyzji, którego wybrać, od przeglądania robaków przechodziłam do poszukiwań gotowych pomysłów na strój. Tych jednak było jak na lekarstwo. Chciałam nawet, zainspirowana kostiumem jednego z teatrów wystawiających „Calineczkę”, uszyć coś takiego bardziej umownego, a jednak bardziej eleganckiego, ale mąż mnie przekonał, że publiczność może nie do końca skumać, kim jest ta postać w cylindrze, wróciłam więc do przeglądania robali. W końcu się zdecydowałam i postawiłam na chrabąszcza majowego (przekonały mnie te czułki z pędzelkami). DSC01331DSC01362DSC01352

Mając już jako takie wyobrażenie na temat tego, jak ma wyglądać strój, udałam się na zakupy do lumpka, bo jakbym nie szukała, to w domu nic brązowego nadającego się do szycia nie miałam. Nie chciałam też na tę jednorazową imprezę wydawać fortuny. Spośród wielu brązowych ciuchów wybrałam sztruksową chłopięcą marynarkę i leginsy, a do tego dodałam jeszcze zamszową zasłonę. Z łupami wróciłam do domu i zaczęłam planować. I wymyśliłam oraz uszyłam to, co widzicie na zdjęciach, choć droga do celu prowadziła przez wyboje i dziury w asfalcie. DSC01348DSC01358DSC01338

Pierwsza wersja skrzydeł oraz wdzianka okazała się niewypałem. Skrzydła wszyte w szwy ramion były za ciężkie i ciągnęły całość, zaś podkrój szyi z przodu koszulki był tak szeroki (musiała się przez niego przedostać głowa), że zsuwał się z ramion. Oj, jak ja się znowu zniechęciłam. Ale poddać się nie mogłam. Na szczęście druga wersja po poprawkach zdała egzamin i do tego stopnia zadowoliła dziecko, że to w pełnym chrabąszczowym rynsztunku chciało się udać na imprezę komunijną do swojego kuzyna. Nie zachwyca może jakością wykonania, ponieważ w tym zniechęceniu niespecjalnie mi na tym zależało i szczerze mówiąc, mało się przykładałam, bo czas gonił, ale wygląda znacznie lepiej niż sobie to wyobrażałam. No i dopiero kiedy wyfrunął mi chrabąszcz na łąkę w parku, popatrzyłam na to zjawisko z nieukrywaną przyjemnością i zadowoleniem z całkiem nieźle wykonanej pracy.DSC01354DSC01350DSC01363

Na koniec podaję trochę technikaliów, gdyby komuś przyszło się zmierzyć z podobnym wyzwaniem:

  1. Poza tymi białymi fifraczkami wystającymi ze skrzydeł brzegi skrzydeł ze sztruksu oraz wdzianka są jedynie obrzucone owerlokiem – podłożenia byłyby za grube, zaś chowanie szwów w środku skrzydeł spowodowałoby ich spore zmniejszenie i prawdopodobnie kiepskie układanie się, bo sztruks jest gruby. Podszewkę zawijałam natomiast pod spód, upinałam szpilkami i przyszywałam.
  2. Marynarkę rozprułam i do uszycia skrzydeł wykorzystałam tylko część składającą się na plecy. Na to naszyłam ten plaster z neoprenu, zostawiając otwarty podkrój szyi.
  3. W pierwszej wersji spód skrzydeł zrobiłam z neoprenu, ale choć skrzydła wyglądały super i lepiej się układały, były za ciężkie. Odprułam go i wymieniłam na podszewkę.
  4. Między podszewką a wierzchem skrzydeł jest odrobina wypełnienia (takiego silikonowego z poduszek). Inaczej skrzydła leżałyby smętnie na plecach. Dodatkowo wypełnienie jest też między tym czymś czarnym a skrzydłami.
  5. Skrzydła ostatecznie mają szelki zapinane na guziczki.
  6. Podkrój szyi w skrzydłach zszyłam na samym końcu po wypełnieniu skrzydeł i zamocowaniu szelek.
  7. Wdzianko ma wydłużony tył, co widać na niektórych zdjęciach, imitujący spodnią warstwę skrzydeł. Mógł być dłuższy, ale wyszło, jak wyszło, bo wszystko robiłam „na oko” 😉
  8. Do wdzianka z przodu wszyłam zamek błyskawiczny, zmniejszając jednocześnie dekolt. Lepiej byłoby mu z tyłu, ale koszulkę kroiłam jeszcze, planując wszyć skrzydła w szwy ramion. Wtedy zapinanie na plecach nie miałoby racji bytu, a dekolt musiał być odpowiednio duży.
  9. Trzecia para odnóży jest przytwierdzona do rękawów za pomocą nici do jeansu. Dzięki temu się fajnie poruszają. Przeszycia w pionie mają udawać stawy, a poza tym dzięki nim się te odnóża trochę zginają.
  10. Opaskę z czułkami też zrobiłam. Czułki to druciki ubrane w tunelik z tej zasłonowej tkaniny i wykończone pędzelkami z filcu.

DSC01356DSC01365DSC01355

No i jak Wam się podoba mój słodki robaczek? 😀

Pozdrawiam majowo, Kasia!

Reklamy


13 Komentarzy

Przerwa na relaks

Ostatnio zachęcona nieco okolicznościami dokonałam lekkiego skoku w bok i z szycia ubrań przerzuciłam się najpierw myślami, a później działaniami, na balkon. Balkon jest duży, a dokładniej rzecz ujmując długi, bo leci sobie wzdłuż całego mieszkania (wschodnio-południowy róg), przez długi jednak czas miałam problem z jego zagospodarowaniem. Głównie z tego powodu, że nie dysponujemy żadną piwnicą ani komórką, w związku z czym balkon (a właściwie loggia) służył nam długo jako skład sprzętów wszelakich. Co prawda podzieliłam go na część wypoczynkową i magazynową, ale ciągle to było za mało. Z roku na rok próbowałam też zazieleniać go jakimiś roślinami, ale większość z nich nie była w stanie przetrwać spartańskich warunków, które im zapewniałam. Ostały się jałowice, jodła, która nie wie, czy paść czy rosnąć dalej, i bluszcze, które uważam za najlepsze dla mnie rośliny do uprawy. Wiosną na balkon wystawiam jeszcze sukulenty, żeby miały więcej światła.

Pierwszym impulsem do zajęcia się balkonem był remont sypialni. Dobrze czytacie – wówczas z sypialni wyfrunęła wielka szafa ubraniowa. Po namyśle i po zimie postanowiliśmy ją skręcić, postawić na balkonie po tej stronie, która robiła za magazyn, i upchnąć w niej cały kłujący w oczy rozgardiasz. Po stronie wypoczynkowej stała natomiast już ławka ogrodowa, na którą kiedyś uszyłam materac, i trochę kwiatków. W maju postanowiłam zmierzyć się z kwitnącymi jednoroczniakami. Wybrałam się do marketu, nakupiłam donic, ziemi i sadzonek z surfiniami. Posadziłam, wywiesiłam i patrzyłam, jak rosną.  Dokupiłam komarzyc oraz takich jednorocznych kompozycji kwiatowych.

Drugi impuls był już bardzo konkretny. Niedawno odwiedziliśmy kolegę w jego nowym mieszkaniu z całkiem sporym tarasem, na którym stał stół i krzesła. Wiedziałam, że wypoczynek na balkonie z choć kawałkiem blatu, na którym będzie można postawić talerz czy filiżankę, nabierze całkiem nowego wymiaru. Wyszukałam więc w Internecie potencjalnie pasujące nam stoliczki i zabrałam męża na tournée po sklepach. Okazało się to o tyle trudne, że dla sklepów jest już po sezonie, a towar w większości wypadków został wyprzedany. Ale nam się udało dorwać ostatni stolik :).

Potem już tylko wiercenie, przykręcanie, wieszanie i tym sposobem urządziliśmy sobie wreszcie kącik, który pozwala nam całkiem miło wypoczywać za dnia i wieczorem. Ponieważ w swoich zapasach miałam całkiem sporo kolorowych kuponów bawełny, naszyłam z tego poszewek na poduszki, żeby było radośnie i miło. I tak rzeczywiście jest. Za dnia można napić się kawy, siedząc na ławeczce, zjeść obiad (trzy talerze się mieszczą!), a wieczorem uraczyć się się jakimś innym trunkiem w blasku migoczących światełek.

Choć teraz jest już miło i całkiem ładnie, wiem, że w przyszłym roku, zrezygnuję z surfinii na rzecz jakichś innych kwitnących kwiatów. Surfinie są bardzo wymagające, nie znoszą przesuszenia i po pewnym czasie zaczęły lepiej prezentować się, gdy ogląda się je z dołu. Kompozycję z wiklinowego kosza musiałam też zlikwidować, ponieważ stojąc w rogu, nie miała dostatecznie dużo światła, co niestety kosztowało mnie utratę jej sporej kwitnącej części części. Kwiaty przeniosłam na półkę koło ławki i zdaje się, że teraz jest im lepiej.

DSC06050

I tylko jedna rzecz chwilowo lekko mnie trwoży. Od kilku dni zgarnialiśmy z ławki takie małe czarne kuleczki. Wyglądały jak mak. I było ich duuużo. Na początku myśleliśmy, że to może ziemia sypie się z doniczki wiszącej nad ławką podczas podlewania. Aż wczoraj dojrzałam, że na naszych komarzycach żerują gąsienice. Struchlałam, dostałam gęsiej skórki, bo wyobraźnia zrobiła swoje, i wezwałam posiłki. Mąż mnie olał. Ale na szczęście na miejscu jest mama, która niczym Leon Zawodowiec przystąpiła do działania. Od wczoraj mamy regularne polowanie. Trzymajcie kciuki ;).

Pozdrawiam!


26 Komentarzy

Mały mężczyzna

Bywa,  że w swoim macierzyństwie popadam w skrajności. Czasami wydaje mi się, że mój trzyipółlatek jest taaaki duży i samodzielny, że mógłby biegać po podwórku bez nadzoru albo wyskoczyć po coś do sklepu w razie nagłej potrzeby. A innym razem myślę, że to taki mój mały bąbelek i trzeba wszystko za niego zrobić, a już na pewno nie wymagać od niego jakichś czynów ekstra. I właśnie wtedy najczęściej bywam zaskoczona.

Na wesele, które odbyło się w ubiegłym tygodniu, postanowiłam wyprawić mojego syna w pełnym odzieżowym rynsztunku. Ceny nieco porządniejszych (w żadnym wypadku stuprocentowo wełnianych) chłopięcych garniturów w sklepach mnie poraziły, więc jako matka szyjąca postanowiłam, że na tę okazję przygotuję coś sama. Nakupiłam materii (96% wełny + 4% elastanu) i przystąpiłam do prac. Spodnie uszyłam ponownie według wykroju nr 20 z Ottobre 3/2012 (poprzednie w wersji krótszej pokazywałam tu). Tym razem wyszły długie, nawet odrobinę za, współpraca jednak z dzieckiem podczas szycia nie układała się najlepiej ;). DSC05513DSC05516

Dopiero marynarka okazała się niezłym wyzwaniem, o czym przekonywałam się na bieżąco podczas szycia. Tym razem nie znalazłam odpowiedniego wykroju w Ottobre, więc przeszukałam Burdę. Wybrałam więc wykrój 139 z numeru 4/2013 i zabrałam się za dostosowywanie go do naszych potrzeb. To, co najbardziej może rzucać się w oczy, to zamiana nakładanych kieszeni na klasyczne z podwójnymi wypustkami i patkami. To moja duma. Oprócz tego wyposażyłam marynarkę w poszetkę. Szycie ułatwiłam sobie, rezygnując z guzików na mankietach i dziergając na przodzie dwie dziurki zamiast trzech (dla mojej maszyny to zawsze strach i zgrzytanie podzespołów). DSC05517anigif

To to pieruńskie rozcięcie okazało się moją największą zmorą. Uszycie tego z samego materiału wierzchniego nie było zbyt kłopotliwe. Powiem więcej, uszyłam to tak sprawnie i ładnie, że niemal poczułam, jak obrastam w piórka. Dopiero kiedy przyszło mi się zmierzyć z podszewką i umieścić ją w odpowiednim miejscu, musiałam piórek się pozbyć i z pokorą przyznać, że długa jeszcze droga przede mną w zdobywaniu krawieckich umiejętności. Co więcej jedna z niewielu przymiarek, na jakie zgodził się mój model, pokazała, jak niewłaściwy dla jego sylwetki okazał się ten wykrój. Misio bowiem ma dość wystający zadek. I brzuszek, który rośnie jak balonik po każdym zjedzonym posiłku. O ile więc rano marynarka leżała jako tako, o tyle po południu  dopinała się z niejakim trudem, a na pupie rozłaziła. Koszmar. Ale że wiele nie dało się z tym zrobić, jedyne manewry, na jakie mogłam sobie pozwolić, to przesunięcie guzików. W dniu wesela sprzymierzeńcem (o ironio) okazał się upał, który odebrał apetyt dziecku i dzięki temu marynarka układała się w sposób zadowalający. DSC05532

Muchę sprawiłam dziecku sama dawno dawno temu, kiedy Misio kończył roczek i wyprawiał swoją pierwszą imprezę. Pięknie przełamała granat i powagę garnituru oraz skomponowała się z czerwonymi sznurówkami.DSC05535

Mój mały mężczyzna upał w pełnym mundurku zniósł bardzo dzielnie, zapięty na ostatni guzik i zwieńczony muszką nie skarżył się wcale. W końcu tata też miał na sobie garnitur, a wyglądać dokładnie jak tata, to dla takiego smyka samo szczęście. DSC05658

Misio dostał też niezwykle ważne zadanie do wykonania. Moja siostra bardzo chciała, by jej ukochany siostrzeniec podał im, młodym, obrączki podczas udzielania ślubu. Ja, matka tym razem sceptyczna, miałam wątpliwości, czy to się uda. Nawet został przygotowany plan awaryjny. Na szczęście jednak dostałam prztyczka w nos, bo Miś z zadania wywiązał się na szóstkę, a ja dumna patrzyłam, jak wręcza przygotowane przeze mnie pudełeczko księdzu :). DSC05634

Pozdrawiam serdecznie!