Kitka z nitką

O chorobcia, coś się kroi!


12 komentarzy

Przerwa na relaks

Ostatnio zachęcona nieco okolicznościami dokonałam lekkiego skoku w bok i z szycia ubrań przerzuciłam się najpierw myślami, a później działaniami, na balkon. Balkon jest duży, a dokładniej rzecz ujmując długi, bo leci sobie wzdłuż całego mieszkania (wschodnio-południowy róg), przez długi jednak czas miałam problem z jego zagospodarowaniem. Głównie z tego powodu, że nie dysponujemy żadną piwnicą ani komórką, w związku z czym balkon (a właściwie loggia) służył nam długo jako skład sprzętów wszelakich. Co prawda podzieliłam go na część wypoczynkową i magazynową, ale ciągle to było za mało. Z roku na rok próbowałam też zazieleniać go jakimiś roślinami, ale większość z nich nie była w stanie przetrwać spartańskich warunków, które im zapewniałam. Ostały się jałowice, jodła, która nie wie, czy paść czy rosnąć dalej, i bluszcze, które uważam za najlepsze dla mnie rośliny do uprawy. Wiosną na balkon wystawiam jeszcze sukulenty, żeby miały więcej światła.

Pierwszym impulsem do zajęcia się balkonem był remont sypialni. Dobrze czytacie – wówczas z sypialni wyfrunęła wielka szafa ubraniowa. Po namyśle i po zimie postanowiliśmy ją skręcić, postawić na balkonie po tej stronie, która robiła za magazyn, i upchnąć w niej cały kłujący w oczy rozgardiasz. Po stronie wypoczynkowej stała natomiast już ławka ogrodowa, na którą kiedyś uszyłam materac, i trochę kwiatków. W maju postanowiłam zmierzyć się z kwitnącymi jednoroczniakami. Wybrałam się do marketu, nakupiłam donic, ziemi i sadzonek z surfiniami. Posadziłam, wywiesiłam i patrzyłam, jak rosną.  Dokupiłam komarzyc oraz takich jednorocznych kompozycji kwiatowych.

Drugi impuls był już bardzo konkretny. Niedawno odwiedziliśmy kolegę w jego nowym mieszkaniu z całkiem sporym tarasem, na którym stał stół i krzesła. Wiedziałam, że wypoczynek na balkonie z choć kawałkiem blatu, na którym będzie można postawić talerz czy filiżankę, nabierze całkiem nowego wymiaru. Wyszukałam więc w Internecie potencjalnie pasujące nam stoliczki i zabrałam męża na tournée po sklepach. Okazało się to o tyle trudne, że dla sklepów jest już po sezonie, a towar w większości wypadków został wyprzedany. Ale nam się udało dorwać ostatni stolik :).

Potem już tylko wiercenie, przykręcanie, wieszanie i tym sposobem urządziliśmy sobie wreszcie kącik, który pozwala nam całkiem miło wypoczywać za dnia i wieczorem. Ponieważ w swoich zapasach miałam całkiem sporo kolorowych kuponów bawełny, naszyłam z tego poszewek na poduszki, żeby było radośnie i miło. I tak rzeczywiście jest. Za dnia można napić się kawy, siedząc na ławeczce, zjeść obiad (trzy talerze się mieszczą!), a wieczorem uraczyć się się jakimś innym trunkiem w blasku migoczących światełek.

Choć teraz jest już miło i całkiem ładnie, wiem, że w przyszłym roku, zrezygnuję z surfinii na rzecz jakichś innych kwitnących kwiatów. Surfinie są bardzo wymagające, nie znoszą przesuszenia i po pewnym czasie zaczęły lepiej prezentować się, gdy ogląda się je z dołu. Kompozycję z wiklinowego kosza musiałam też zlikwidować, ponieważ stojąc w rogu, nie miała dostatecznie dużo światła, co niestety kosztowało mnie utratę jej sporej kwitnącej części części. Kwiaty przeniosłam na półkę koło ławki i zdaje się, że teraz jest im lepiej.

DSC06050

I tylko jedna rzecz chwilowo lekko mnie trwoży. Od kilku dni zgarnialiśmy z ławki takie małe czarne kuleczki. Wyglądały jak mak. I było ich duuużo. Na początku myśleliśmy, że to może ziemia sypie się z doniczki wiszącej nad ławką podczas podlewania. Aż wczoraj dojrzałam, że na naszych komarzycach żerują gąsienice. Struchlałam, dostałam gęsiej skórki, bo wyobraźnia zrobiła swoje, i wezwałam posiłki. Mąż mnie olał. Ale na szczęście na miejscu jest mama, która niczym Leon Zawodowiec przystąpiła do działania. Od wczoraj mamy regularne polowanie. Trzymajcie kciuki ;).

Pozdrawiam!


26 komentarzy

Mały mężczyzna

Bywa,  że w swoim macierzyństwie popadam w skrajności. Czasami wydaje mi się, że mój trzyipółlatek jest taaaki duży i samodzielny, że mógłby biegać po podwórku bez nadzoru albo wyskoczyć po coś do sklepu w razie nagłej potrzeby. A innym razem myślę, że to taki mój mały bąbelek i trzeba wszystko za niego zrobić, a już na pewno nie wymagać od niego jakichś czynów ekstra. I właśnie wtedy najczęściej bywam zaskoczona.

Na wesele, które odbyło się w ubiegłym tygodniu, postanowiłam wyprawić mojego syna w pełnym odzieżowym rynsztunku. Ceny nieco porządniejszych (w żadnym wypadku stuprocentowo wełnianych) chłopięcych garniturów w sklepach mnie poraziły, więc jako matka szyjąca postanowiłam, że na tę okazję przygotuję coś sama. Nakupiłam materii (96% wełny + 4% elastanu) i przystąpiłam do prac. Spodnie uszyłam ponownie według wykroju nr 20 z Ottobre 3/2012 (poprzednie w wersji krótszej pokazywałam tu). Tym razem wyszły długie, nawet odrobinę za, współpraca jednak z dzieckiem podczas szycia nie układała się najlepiej ;). DSC05513DSC05516

Dopiero marynarka okazała się niezłym wyzwaniem, o czym przekonywałam się na bieżąco podczas szycia. Tym razem nie znalazłam odpowiedniego wykroju w Ottobre, więc przeszukałam Burdę. Wybrałam więc wykrój 139 z numeru 4/2013 i zabrałam się za dostosowywanie go do naszych potrzeb. To, co najbardziej może rzucać się w oczy, to zamiana nakładanych kieszeni na klasyczne z podwójnymi wypustkami i patkami. To moja duma. Oprócz tego wyposażyłam marynarkę w poszetkę. Szycie ułatwiłam sobie, rezygnując z guzików na mankietach i dziergając na przodzie dwie dziurki zamiast trzech (dla mojej maszyny to zawsze strach i zgrzytanie podzespołów). DSC05517anigif

To to pieruńskie rozcięcie okazało się moją największą zmorą. Uszycie tego z samego materiału wierzchniego nie było zbyt kłopotliwe. Powiem więcej, uszyłam to tak sprawnie i ładnie, że niemal poczułam, jak obrastam w piórka. Dopiero kiedy przyszło mi się zmierzyć z podszewką i umieścić ją w odpowiednim miejscu, musiałam piórek się pozbyć i z pokorą przyznać, że długa jeszcze droga przede mną w zdobywaniu krawieckich umiejętności. Co więcej jedna z niewielu przymiarek, na jakie zgodził się mój model, pokazała, jak niewłaściwy dla jego sylwetki okazał się ten wykrój. Misio bowiem ma dość wystający zadek. I brzuszek, który rośnie jak balonik po każdym zjedzonym posiłku. O ile więc rano marynarka leżała jako tako, o tyle po południu  dopinała się z niejakim trudem, a na pupie rozłaziła. Koszmar. Ale że wiele nie dało się z tym zrobić, jedyne manewry, na jakie mogłam sobie pozwolić, to przesunięcie guzików. W dniu wesela sprzymierzeńcem (o ironio) okazał się upał, który odebrał apetyt dziecku i dzięki temu marynarka układała się w sposób zadowalający. DSC05532

Muchę sprawiłam dziecku sama dawno dawno temu, kiedy Misio kończył roczek i wyprawiał swoją pierwszą imprezę. Pięknie przełamała granat i powagę garnituru oraz skomponowała się z czerwonymi sznurówkami.DSC05535

Mój mały mężczyzna upał w pełnym mundurku zniósł bardzo dzielnie, zapięty na ostatni guzik i zwieńczony muszką nie skarżył się wcale. W końcu tata też miał na sobie garnitur, a wyglądać dokładnie jak tata, to dla takiego smyka samo szczęście. DSC05658

Misio dostał też niezwykle ważne zadanie do wykonania. Moja siostra bardzo chciała, by jej ukochany siostrzeniec podał im, młodym, obrączki podczas udzielania ślubu. Ja, matka tym razem sceptyczna, miałam wątpliwości, czy to się uda. Nawet został przygotowany plan awaryjny. Na szczęście jednak dostałam prztyczka w nos, bo Miś z zadania wywiązał się na szóstkę, a ja dumna patrzyłam, jak wręcza przygotowane przeze mnie pudełeczko księdzu :). DSC05634

Pozdrawiam serdecznie!


18 komentarzy

Jestem, szyję

Zaraz czerwiec się skończy, zaraz wreszcie odetchnę. Szyciowo wypełniałam sobie niemal każdą wolną chwilę, ale plan jak na moje możliwości miałam ambitny. Uszyłam sukienkę na wesele i garnitur dla Bąka (kieszenie, wypustki, patki, podszewka – full zestaw po prostu). W międzyczasie zaś powstawały drobiazgi.

Na Dzień Matki w ramach nieco spóźnionego prezentu dla mamy z resztek po sukience na wesele uszyłam dwie poszewki na jaśki. Wierzch, jak widzicie, to materiał właściwy, od spodu jest już tylko podszewka. DSC05512

Dla małej damy  na podstawie tutorialu dziewczyn z Eti uszyłam torebkę–kotka. Projekt zyskał aprobatę :).DSC05543DSC05544DSC05545

Dla dużej damy zaś z niewielkiej ilości materiału, z którą długo nie wiedziałyśmy, co zrobić, uszyłam letnią batystową spódniczkę wg wykroju z Burdy 4/2013 model 117 B. Żeby zbytnio się nie wypychała w newralgicznych miejscach, została wzbogacona cieniutką siateczkową podszewką. DSC05546

Na dziś to tyle, następnym razem pokażę nasze weselne odzienia. Do zobaczenia!


2 komentarze

Przygotowania świąteczne

Plany na szycie w grudniu miałam tak ambitne, że gdyby udało mi się je zrealizować, to spokojnie mogłabym cały styczeń i pół lutego robić tylko zdjęcia i wrzucać kolejne posty. Oraz planować, co bardzo lubię. Ale się rypło wszystko z dwóch powodów. Skroiłam płaszcz w rozmiarze 38, który okazał się tak wielki, że mogłabym pod nim schować cały worek z prezentami od Mikołaja. Mikołaj w zasadzie też by się zmieścił. Tak mnie to zniechęciło, że odechciało mi się szyć ubrania.

Drugi natomiast powód jest uroczy, ma trzy lata i się rozchorował. Można by pomyśleć, że w domu, na zwolnieniu, to będę trzaskać jedną rzecz za drugą. A on chory będzie leżał i bajki oglądał. Hue, hue, hue. Także, mili Państwo, z szycia z grubsza nici, ale za udało nam się trochę popracować nad świąteczną atmosferą.  Piekliśmy sobie razem świąteczne pierniki. Ja je dekorowałam, a Misio zjadał. Suszyliśmy owoce na choinkę i kompot, rozmawiając przy tym o Mikołaju. Któregoś wieczoru, natchniona przez Monikę („Pod skrzydłami anioła”), uszyłam obrus, bieżnik i kieszonki na sztućce, a w tym tygodniu porwałam się jeszcze na gwiazdki, które tak mi się u niej spodobały. Wycięłam je z pomocą Misiaka, jakimś cudem zszyłam sama, a potem je wypychaliśmy. Tzn. ja upychałam to białe coś (co za upiorna i żmudna robota), a Misiek wyciągał. I tak dociągnęliśmy do dziś. Dzisiaj postanowiłam zmierzyć się z nowym, więc podczas południowej drzemki Miśka walczyłam z igliwiem, próbując mu nadać formę świątecznych dekoracji. Wyszło nie najgorzej, a pachnie obłędnie! Słuchałam sobie świątecznych hitów przeplatanych kolędami, nuciłam radośnie oraz wdychałam zapach sosnowych gałązek i tym sposobem wprowadziłam się w świąteczny nastrój.

Życzę Wam cudownych radosnych świąt, pachnących pysznym jedzeniem, choinką i goździkami z cynamonem, wesołego kolędowania w rodzinnym gronie oraz takich prezentów, o jakich od dawna marzycie!


8 komentarzy

Torba-nie-plecak, czyli zawiedzione nadzieje

Ostatnimi czasy, czując oddech lata na plecach i skreślając kolejne dni w kalendarzu pozostałe do urlopu, rzucam się na szycie jak Książę Igthorn na sok z gumijagód. Wszystko dlatego, że wymyśliłam sobie uszycie tylu rzeczy, że gdybym usłyszała je wszystkie wymienione na głos, musiałabym popukać się w czoło z politowaniem. Więc tego nie zrobię. Oraz na wszelki wypadek nie napiszę. Opowiem Wam za to, jak uszyłam torbę. Taką, o: DSC01219

Nie wymyśliłam jej sama, nie miałam jakoś specjalnie w planach. Nie miałam nawet nigdy zakusów, żeby torbę szyć. Ale pewnego razu przeglądałam sobie „Szycie krok po kroku” i tak po prostu mnie rąbnęło. Po oczach, po głowie, po wszystkim. Trafiłam na coś, co w założeniu miało być spełnieniem moich potrzeb w zakresie wygodnego transportowania klamotów wszelakich. Na torbo-plecak trafiłam.

Pomyślałam: „A co mi tam. Spróbuję!” i udałam się na zakupy. Kupiłam, tak jak gazeta kazała, w ilościach i materiach wskazanych. No może zrobiłam parę małych wyjątków, ale po kolei. Miałam eko-skórę czy też jakiś inny wyrób skóropodobny, więc wykorzystałam zapasy zamiast kupować skórę prawdziwą. W sklepie nie było tkaniny strukturalnej w odpowiadającym mi kolorze, więc wzięłam jakąś-po-prostu-mocną tkaninę i nadałam jej strukturę sama. Tak! To pikowanie to jam uczyniła, łącząc ze sobą piankę (neopren) i tę błękitną szmatkę. Trzeci składnik, czyli piankę, zakupiłam według przepisu. I zabrałam się za szycie. Nie przedłużając specjalnie tego wywodu, napiszę tylko, że szyło się całkiem dobrze, choć przy tylu grubych warstwach maszyna i ja troszkę się napociłyśmy. Ale dałyśmy radę. Jedyne miejsce, które nas pokonało, to uchwyty na sprzączki. Tu w ruch poszła igła i ręce. DSC01221

Od siebie dodałam podszewkę. Bez niej środek wyglądał na niewykończony. Właściwie był niewykończony. Chciałam też doszyć do niej jakąś wewnętrzną kieszonkę, ale że miał to być także plecak, nie udało mi się ustalić sensownego miejsca, w którym miałaby się znaleźć.  DSC01226

Uszytą przez siebie torbę, która miała być też plecakiem, zabrałam na majówkę. Przetestowałam. Funkcja „plecak” nie zdała niestety egzaminu. Sądzę, że główną przeszkodą okazał się pomysł, by szelki na dole mocować tylko do jednej sprzączki. Przez to plecak turlał się z prawa na lewo, z lewa na prawo, wpadał pod pachę to jedną, to drugą. No nie mogłam nad nim zapanować. To, co miało stanowić o jego użyteczności i wielofunkcyjności, okazało się niestety porażką. Nie pomogło też okrągłe dno.

Kolejnym rozwiązaniem, które nie sprawdziło się przy tej torbie, było użycie karabińczyków. Niezależnie od tego, czy torbę wieszałam na jednym ramieniu, czy przewieszałam po skosie, ślizgały się po sprzączkach, zjeżdżały do rogu, co powodowało, że mocowanie tych sprzączek, mimo że wzmocnione, pod ciężarem torby i zawartości marszczyło się i brzydko wyglądało.

Nie wiem, co Wy nosicie w swoich torebkach, ale ja mam wrażenie, że czasami dźwigam cegły. Mogłabym napisać, że sztabki złota, ale to już by była czysta fantastyka. Kursując na trasie dom–praca–dom, przede wszystkim targam ze sobą w mojej torbie komputer. Torby do niego, jak to się modnie dzisiaj mówi, dedykowanej nie używam, gdyż ten, kto próbował wsiąść do komunikacji miejskiej z więcej niż jednym tobołkiem, wie, czym grozi taka zuchwałość. W każdym razie w tej torbie na pewno nie da się komputera nosić. Problemem niestety staje się też cięższa książka czy portfel i trochę resoraków. Neopren nie daje sobie rady z ciężarem. Wypchany watą pięknie trzyma formę, ale jak powszechnie wiadomo, kobiety w torbach może i noszą waciki, ale oprócz tego 1/3 warsztatu, pół salonu kosmetycznego oraz dział dziecięcy z dowolnego marketu.

DSC01225

Zbliżając się już do końca, muszę przyznać, że zadowolona jestem połowicznie. Zrezygnowałam z karabińczyków i przyszyłam pasek bezpośrednio do sprzączek. Plecaka więc z tej torby nie będzie. Gdybym miała nieco więcej czasu i zacięcia, być może zachciałoby mi się przerobić dno na jakiś bardziej owalny bądź prostokątny kształt, żeby torba zgrabniej wisiała, ale nie mam ani jednego, ani drugiego. Jest więc koło. DSC01228

Podoba mi się za to połączenie kolorów, wykończenie i pikowanie (niby taka prościzna, a ręka drżała, jak pikowała). I podobałby mi się kształt, gdyby dno było inne (może do niego wrócę). Uszyłam sobie zatem torbę niecodzienną, podwórkowo-zakupową bardziej, ale w sumie takiej nie miałam, więc może być. Na tym egzemplarzu jednak poprzestanę. Szycie toreb to nie moja bajka.