Kasia Mazurek

Kitka z nitką


14 Komentarzy

Rytuały

DSC01700-01

Będąc znacznie młodszą sobą, zupełnie jeszcze nieopierzoną i nieokrzepłą w dorosłym życiu, wydawało mi się, że dobre życie to takie, na które składają się fajerwerki, przygoda i ciągle nowe. Nowe doświadczenia, miejsca, generalnie życie jako ciągła zmiana. No bo wiecie – sięgnę kiedyś pamięcią wstecz, a wszystko, co minione, zleje mi mi się w jakieś jedno bezkształtne wspomnienie pod tytułem „monotonia”. Zgroza, co? Kiedy teraz o tym myślę, to śmieję się do siebie z tamtych lat. Jakby nie patrzeć, trochę mi się to i owo pozmieniało.

Dziś, choć przygody bardzo lubię i wciąż drzemie we mnie chęć poznawania tego, co dla mnie nieznane, a w każdej zmianie upatruję czegoś pozytywnego i dobrego, radość, ale i poczucie bezpieczeństwa, odnajduję gdzie indziej. To ciepła herbata z cytryną w okresie jesienno-zimowym codziennie rano robiona przez męża, żebym zdążyła się rozgrzać nim wyjdę na ziąb (a latem szklanka soku). To wieczorne leżenie na kanapie z głową albo stopami na jego kolanach, niezależnie od tego, czy oglądamy coś razem, czy każde pochłonięte jest swoimi sprawami. (Jako dziecko kładłam się z głową na kolanach mamy, kiedy oglądała telewizję, i domagałam się smyrania, a teraz tak mości się nasz syn, życząc sobie dokładnie tego samego). To także nasz rodzinny kod językowy. Kiteczko, ważna sprawa jest… I już wiem, że chodzi o ważny mecz, a za tą zagajką czai się cały zestaw próśb 😀

Kiedy piekę jakieś słodkości, to wiem, że mój mały pomocnik zaraz pojawi się w kuchni, żeby przesiać mąkę i obsługiwać robota, a ten duży, by wyskrobać wszystkie słodkie resztki z misek, i będzie zły, jeśli z pośpiechu zaleję je wodą. Kiedy ten mniejszy domaga się, żeby ugotować leczo, to wiadomo, że będzie koniecznie chciał kroić warzywa. A gdy raz przygotowaliśmy wspólnie kanapki na weekendowe śniadanie, przygotowuje je teraz z tatą, układając różne obrazki z warzyw na naszych talerzach. I powiem Wam, że żadne śniadanie tak dobrze nie smakuje, jak zrobione przez nich.

Wielką frajdę sprawiają mi też nasze wspólne wypady w różne miejsca z najprzeróżniejszych okazji. Entuzjazm mojego dziecka, jego niecierpliwe odliczanie dni (mamusiu/tatusiu, a kiedy…, mamusiu/tatusiu, a ile jeszcze dni zostało…, mamusiu/tatusiu, a przyjdziemy tu jeszcze?) i radość udzielają się także nam. Mamy więc w kalendarzu takie nasze dodatkowe małe święta. Piknik naukowy, dni transportu miejskiego, wieczorny spacer po udekorowanej świąteczną iluminacją starówce z przystankiem na gofry czy wizyta na farmie dyń to tylko część z nich. Niby nic wielkiego, a tak bardzo cieszy i daje poczucie spełnienia. No i nadzieję, że nam młode zbyt szybko z tego gniazda nie czmychnie, a jak już smyrnie, to i tak będzie wracać 😉

***

W tym roku wizytę na farmie dyń połączyliśmy ze zdjęciami moich nowych spodni. Zachciało mi się ich już, kiedy zobaczyłam je u Beaty (to te, a potem te i te), a gdy wreszcie na nowo usiadłam do maszyny, uszyłam je zaraz po dzianinowej sukience. To model 119 B z Burdy 3/2018. Poza tym, że trzeba je co nieco zwęzić od bioder do kolan, bo jak na moje potrzeby są wręcz olbrzymie, nie wprowadzałam w nich żadnych zmian. Są doskonałe. DSC01718DSC01696DSC01684DSC01698DSC01722DSC01810DSC01826DSC01822DSC01773DSC01780

Ps. A czy Wasze podejście do codzienności też tak bardzo się zmieniło? Jest tak, jak planowaliście, czy to jednak zupełnie inna bajka? Dajcie znać w komentarzach 🙂

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!

 

Reklamy


12 Komentarzy

Dzianinowa sukienka

dav

Wyobrażacie sobie swoje życie bez pasji? Bez czegoś, co potrafi pochłonąć Was bez reszty? Wiem, trochę głupio pytam. Wiadomo, że tak się żyć nie da. Czasami trzeba zwolnić, odpocząć, nawet od tego, co kochamy, ale porzucić się nie da. Bo Ty odstawiasz, ale za czas jakiś, czasem znienacka, to wraca i smyra po zwojach i serduszku, domagając się uwagi. Na początku dość nieśmiało, ale stopniowo myśli zaczynają krążyć natarczywie wokół tego, co sprawia przecież radość. I nim się człowiek obejrzy, nim ja się zorientowałam, wszystko wskoczyło na dobrze znane sobie tory. W moim życiu na nowo zadomowił się twórczy chaos.

Choć w zapasach mam sporo tkanin i rozsądek podpowiadał, by to nimi w pierwszej kolejności się zająć, to jednak nie mogłam sobie odmówić przyjemności pogłaskania materiałów w sklepie, tym bardziej że tę rozrywkę zaproponowała mi przyjaciółka. Od głaskania do zakupów droga już niedaleka, wiadomo. Na sukienkę kupiłam dzianinę z wypukłym wzorem, chyba coś w rodzaju punto, w jeansowym kolorze. O ile zwykle patrzę na skład tkanin, tak tym razem w ogóle mnie ten temat nie zajmował. Chciałam sobie coś kupić i już. W sklepie zdecydowałam, którą sukienkę uszyję, bo i ta decyzja początkowo nie została podjęta, mając już jednak materiał w ręce, bardzo szybko ustaliłam, że będzie to model 107 A z Burdy 9/2018.

Wykrój przewidziany został dla kobiet niskich, ale przy tak nieskomplikowanym modelu dopasowanie go do mojego wzrostu nie było żadnym wyzwaniem. Oprócz tego zrezygnowałam z wszywania zamka, bo dzianina rozciąga się na tyle, by w sukienkę swobodnie się wsunąć, i z paska, ale to już niestety po jego wszyciu (i obrzuceniu owerlokiem). Okazało się, że dzianina jest na tyle mięsista, że warstw w pasie robi się za dużo, i zamiast mieć wcięcie w talii, zrobił mi się dodatkowy wałeczek. Wyprułam go więc, zszyłam górę z dołem, a gotową sukienkę ozdobiłam srebrnym paskiem. Po całym dniu wojaży w sukience byłam pewna i jestem pewna nadal, że to kapitalny model i jeszcze z niego skorzystam.

davdavdavbtrPozdrawiam serdecznie, Kasia!


27 Komentarzy

W falbanach i kwiatach do lata będę szła

DSC01199

Kiedyś już wspominałam, że jestem typem dość odpornym na panujące trendy albo reagującym na nie z dość sporym opóźnieniem. Kiedy w zeszłym roku rozpoczął się szał na kwiatowe wzory, ja raczej konsekwentnie trzymałam się gładkich materiałów bądź takich z geometrycznym nadrukiem (choć ostatecznie uszyłam sobie dwie kwieciste sukienki). Podobnie z falbankami. Były absolutnie wszędzie, gazety pełne wykrojów na falbaniaste ciuchy, a ja uszyłam całe dwie bluzki. W tym sezonie jednak się przebudziłam i powiem Wam, że jeśli chodzi o kwiatowe wzory i falbanki, to przepadłam z kredensem, jak się u mnie mawia. Oznacza to mniej więcej tyle, że w sklepach z tkaninami szukam albo kwiatków, albo czegoś, co nada się na falbanki. Nakupiłam też bluzek z kwiatowymi nadrukami, którym oczywiście nie brakuje falbanek, oraz kwiatowe aplikacje. (Te to pewnie wykorzystam, jak już moda na nie zupełnie minie, bo wcześniej mogę się nie wyrobić). Obłęd jednym słowem.

Mam wrażenie, że równolegle z rozkwitem (ha ha) mojego uwielbienia dla kwiatów zaczęłam się zastanawiać, jak by tu jednak tę florę okiełznać, żeby się jednak zanadto nie rozrosła. I wymyśliłam sobie, że może gdyby szyć nie tylko sukienki, ale i spódniczki, uda mi się zachować równowagę oraz uchronić przed przesytem. Dlatego też tej karelii w kwiaty zamówiłam tyle co na spódnicę ołówkową. Kwiatów na rozkloszowanej byłoby wg mnie za dużo. A potem wszystko się pięknie złożyło, bo jak Wam wspominałam, wzięłam udział w Warsaw Sewing Days, a w ramach tego wydarzenia w warsztatach z konstrukcji spódnicy. I żeby nauka nie poszła w las, to ja sobie szybko te nauki sprawdziłam w praktyce w domu, a ich efektem jest ołówkowa spódnica z krytym rozcięciem z tyłu, którą widzicie na zdjęciach. I ona jest idealna! DSC01192DSC01193DSC01297

Uszycie tej spódnicy wprawiło mnie w stan zachwytu, ale i niedosytu. Z jednej strony cieszyłam się, że od początku do końca uszyłam ją sama i do tego ona taka ładna i tak dobrze leży, a z drugiej zachciało mi się jakiejś nowej bluzki do niej. Z trzeciej – to była sobota, a na niedzielę planowałam zdjęcia. A z czwartej – wiadomo – muszą być falbanki! Okoliczności sprzyjały, więc nie czekając, aż się los odmieni, prędziutko obmyśliłam koncepcję bluzki. Na model 135 z Burdy 2/2013 naniosłam kształt dekoltu z wykroju 109 z Burdy 3/2018 i dodałam do tego falbanę wykańczającą dekolt. Całość wycięłam z batystu, falbanę obrzuciłam wąskim ściegiem rolującym i to była zdecydowanie najdłuższa część procesu szycia. W niedzielę rano trzasnęłam jeszcze opaskę do włosów, a po śniadaniu udaliśmy się na zdjęcia. DSC01214DSC01212DSC01222DSC01208

Jak sięgam pamięcią, nie byłam jakoś przesadną fanką spódnic ołówkowych, co zresztą część z Was na pewno kojarzy choćby z tego faktu, że zbyt często ich na blogu nie było. Myślę sobie, że to pewnie nawet nie o to chodzi, że one jakoś mniej wygodne. Sądzę, że raczej do tej pory postrzegałam je jako ubiór dość formalny i jednoznacznie kojarzący się z pracą w biurze, gdzie zasady ubioru są jasno określone. Ale uszycie spódnicy ołówkowej w kwiaty zupełnie odmieniło moje postrzeganie. Taką spódnicę z chęcią założę i do pracy (na szczęście u mnie panuje całkowita swoboda ubioru), i po niej. DSC01267DSC01299DSC01235DSC01241DSC01236

A Wam jak się podoba ta romantyczna, kwiatowo-falbankowa moda? Uległyście jej czy czujecie już przesyt i marzycie o czymś bardziej stonowanym? DSC01265DSC01254DSC01248DSC01274

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!