Kasia Mazurek

Kitka z nitką


4 Komentarze

Dlaczego w bohaterów gąszczu padło na ciebie, chrabąszczu?!

DSC01343

O ludzie! Ile ja się nakombinowałam! Ile ja zdjęć robali w internetach oglądałam (nie tylko dorosłych osobników, ale i larw czy pędraków i innych obrzydliwości, bo wyświetlały się w pakiecie)! Ile razy nachodziły mnie wątpliwości i zniechęcenie. Chociaż nie… Zniechęcenie towarzyszyło mi od początku. Od chwili, kiedy pani w przedszkolu zakomunikowała mi, że w najbliższym przedstawieniu mój syn wystąpi jako chrabąszcz. „Calineczkę” zamierzają wystawić. A w naszym przedszkolu to jest tak, że o stroje muszą zadbać rodzice. Popatrzyłam na panią niezbyt zachwyconym wzrokiem, nawet coś tam o tym, że średnio mnie ten wybór satysfakcjonuje, wspomniałam, wróciłam do domu i zaczęłam się zastanawiać, jak do cholery wygląda chrabąszcz. Bo poza biedronką, mrówką i stonką cała reszta biegającego dziadostwa mieści się u mnie po prostu w kategorii robali. A potem, kiedy zaczęłam zgłębiać temat, okazało się, że tych chrabąszczy to jest pierdyliard odmian. Nie mogąc podjąć decyzji, którego wybrać, od przeglądania robaków przechodziłam do poszukiwań gotowych pomysłów na strój. Tych jednak było jak na lekarstwo. Chciałam nawet, zainspirowana kostiumem jednego z teatrów wystawiających „Calineczkę”, uszyć coś takiego bardziej umownego, a jednak bardziej eleganckiego, ale mąż mnie przekonał, że publiczność może nie do końca skumać, kim jest ta postać w cylindrze, wróciłam więc do przeglądania robali. W końcu się zdecydowałam i postawiłam na chrabąszcza majowego (przekonały mnie te czułki z pędzelkami). DSC01331DSC01362DSC01352

Mając już jako takie wyobrażenie na temat tego, jak ma wyglądać strój, udałam się na zakupy do lumpka, bo jakbym nie szukała, to w domu nic brązowego nadającego się do szycia nie miałam. Nie chciałam też na tę jednorazową imprezę wydawać fortuny. Spośród wielu brązowych ciuchów wybrałam sztruksową chłopięcą marynarkę i leginsy, a do tego dodałam jeszcze zamszową zasłonę. Z łupami wróciłam do domu i zaczęłam planować. I wymyśliłam oraz uszyłam to, co widzicie na zdjęciach, choć droga do celu prowadziła przez wyboje i dziury w asfalcie. DSC01348DSC01358DSC01338

Pierwsza wersja skrzydeł oraz wdzianka okazała się niewypałem. Skrzydła wszyte w szwy ramion były za ciężkie i ciągnęły całość, zaś podkrój szyi z przodu koszulki był tak szeroki (musiała się przez niego przedostać głowa), że zsuwał się z ramion. Oj, jak ja się znowu zniechęciłam. Ale poddać się nie mogłam. Na szczęście druga wersja po poprawkach zdała egzamin i do tego stopnia zadowoliła dziecko, że to w pełnym chrabąszczowym rynsztunku chciało się udać na imprezę komunijną do swojego kuzyna. Nie zachwyca może jakością wykonania, ponieważ w tym zniechęceniu niespecjalnie mi na tym zależało i szczerze mówiąc, mało się przykładałam, bo czas gonił, ale wygląda znacznie lepiej niż sobie to wyobrażałam. No i dopiero kiedy wyfrunął mi chrabąszcz na łąkę w parku, popatrzyłam na to zjawisko z nieukrywaną przyjemnością i zadowoleniem z całkiem nieźle wykonanej pracy.DSC01354DSC01350DSC01363

Na koniec podaję trochę technikaliów, gdyby komuś przyszło się zmierzyć z podobnym wyzwaniem:

  1. Poza tymi białymi fifraczkami wystającymi ze skrzydeł brzegi skrzydeł ze sztruksu oraz wdzianka są jedynie obrzucone owerlokiem – podłożenia byłyby za grube, zaś chowanie szwów w środku skrzydeł spowodowałoby ich spore zmniejszenie i prawdopodobnie kiepskie układanie się, bo sztruks jest gruby. Podszewkę zawijałam natomiast pod spód, upinałam szpilkami i przyszywałam.
  2. Marynarkę rozprułam i do uszycia skrzydeł wykorzystałam tylko część składającą się na plecy. Na to naszyłam ten plaster z neoprenu, zostawiając otwarty podkrój szyi.
  3. W pierwszej wersji spód skrzydeł zrobiłam z neoprenu, ale choć skrzydła wyglądały super i lepiej się układały, były za ciężkie. Odprułam go i wymieniłam na podszewkę.
  4. Między podszewką a wierzchem skrzydeł jest odrobina wypełnienia (takiego silikonowego z poduszek). Inaczej skrzydła leżałyby smętnie na plecach. Dodatkowo wypełnienie jest też między tym czymś czarnym a skrzydłami.
  5. Skrzydła ostatecznie mają szelki zapinane na guziczki.
  6. Podkrój szyi w skrzydłach zszyłam na samym końcu po wypełnieniu skrzydeł i zamocowaniu szelek.
  7. Wdzianko ma wydłużony tył, co widać na niektórych zdjęciach, imitujący spodnią warstwę skrzydeł. Mógł być dłuższy, ale wyszło, jak wyszło, bo wszystko robiłam „na oko” 😉
  8. Do wdzianka z przodu wszyłam zamek błyskawiczny, zmniejszając jednocześnie dekolt. Lepiej byłoby mu z tyłu, ale koszulkę kroiłam jeszcze, planując wszyć skrzydła w szwy ramion. Wtedy zapinanie na plecach nie miałoby racji bytu, a dekolt musiał być odpowiednio duży.
  9. Trzecia para odnóży jest przytwierdzona do rękawów za pomocą nici do jeansu. Dzięki temu się fajnie poruszają. Przeszycia w pionie mają udawać stawy, a poza tym dzięki nim się te odnóża trochę zginają.
  10. Opaskę z czułkami też zrobiłam. Czułki to druciki ubrane w tunelik z tej zasłonowej tkaniny i wykończone pędzelkami z filcu.

DSC01356DSC01365DSC01355

No i jak Wam się podoba mój słodki robaczek? 😀

Pozdrawiam majowo, Kasia!

Reklamy


20 Komentarzy

W falbanach i kwiatach do lata będę szła

DSC01199

Kiedyś już wspominałam, że jestem typem dość odpornym na panujące trendy albo reagującym na nie z dość sporym opóźnieniem. Kiedy w zeszłym roku rozpoczął się szał na kwiatowe wzory, ja raczej konsekwentnie trzymałam się gładkich materiałów bądź takich z geometrycznym nadrukiem (choć ostatecznie uszyłam sobie dwie kwieciste sukienki). Podobnie z falbankami. Były absolutnie wszędzie, gazety pełne wykrojów na falbaniaste ciuchy, a ja uszyłam całe dwie bluzki. W tym sezonie jednak się przebudziłam i powiem Wam, że jeśli chodzi o kwiatowe wzory i falbanki, to przepadłam z kredensem, jak się u mnie mawia. Oznacza to mniej więcej tyle, że w sklepach z tkaninami szukam albo kwiatków, albo czegoś, co nada się na falbanki. Nakupiłam też bluzek z kwiatowymi nadrukami, którym oczywiście nie brakuje falbanek, oraz kwiatowe aplikacje. (Te to pewnie wykorzystam, jak już moda na nie zupełnie minie, bo wcześniej mogę się nie wyrobić). Obłęd jednym słowem.

Mam wrażenie, że równolegle z rozkwitem (ha ha) mojego uwielbienia dla kwiatów zaczęłam się zastanawiać, jak by tu jednak tę florę okiełznać, żeby się jednak zanadto nie rozrosła. I wymyśliłam sobie, że może gdyby szyć nie tylko sukienki, ale i spódniczki, uda mi się zachować równowagę oraz uchronić przed przesytem. Dlatego też tej karelii w kwiaty zamówiłam tyle co na spódnicę ołówkową. Kwiatów na rozkloszowanej byłoby wg mnie za dużo. A potem wszystko się pięknie złożyło, bo jak Wam wspominałam, wzięłam udział w Warsaw Sewing Days, a w ramach tego wydarzenia w warsztatach z konstrukcji spódnicy. I żeby nauka nie poszła w las, to ja sobie szybko te nauki sprawdziłam w praktyce w domu, a ich efektem jest ołówkowa spódnica z krytym rozcięciem z tyłu, którą widzicie na zdjęciach. I ona jest idealna! DSC01192DSC01193DSC01297

Uszycie tej spódnicy wprawiło mnie w stan zachwytu, ale i niedosytu. Z jednej strony cieszyłam się, że od początku do końca uszyłam ją sama i do tego ona taka ładna i tak dobrze leży, a z drugiej zachciało mi się jakiejś nowej bluzki do niej. Z trzeciej – to była sobota, a na niedzielę planowałam zdjęcia. A z czwartej – wiadomo – muszą być falbanki! Okoliczności sprzyjały, więc nie czekając, aż się los odmieni, prędziutko obmyśliłam koncepcję bluzki. Na model 135 z Burdy 2/2013 naniosłam kształt dekoltu z wykroju 109 z Burdy 3/2018 i dodałam do tego falbanę wykańczającą dekolt. Całość wycięłam z batystu, falbanę obrzuciłam wąskim ściegiem rolującym i to była zdecydowanie najdłuższa część procesu szycia. W niedzielę rano trzasnęłam jeszcze opaskę do włosów, a po śniadaniu udaliśmy się na zdjęcia. DSC01214DSC01212DSC01222DSC01208

Jak sięgam pamięcią, nie byłam jakoś przesadną fanką spódnic ołówkowych, co zresztą część z Was na pewno kojarzy choćby z tego faktu, że zbyt często ich na blogu nie było. Myślę sobie, że to pewnie nawet nie o to chodzi, że one jakoś mniej wygodne. Sądzę, że raczej do tej pory postrzegałam je jako ubiór dość formalny i jednoznacznie kojarzący się z pracą w biurze, gdzie zasady ubioru są jasno określone. Ale uszycie spódnicy ołówkowej w kwiaty zupełnie odmieniło moje postrzeganie. Taką spódnicę z chęcią założę i do pracy (na szczęście u mnie panuje całkowita swoboda ubioru), i po niej. DSC01267DSC01299DSC01235DSC01241DSC01236

A Wam jak się podoba ta romantyczna, kwiatowo-falbankowa moda? Uległyście jej czy czujecie już przesyt i marzycie o czymś bardziej stonowanym? DSC01265DSC01254DSC01248DSC01274

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!


32 Komentarze

Trencz a’la Burberry

DSC01109

Granatowy trencz marzył mi się od dawna. Wiecie, dla mnie to taki klasyk nad klasyki, płaszcz idealny zarówno do sukienki, jak i do spodni, do szpilek, ale i balerin, a także moich ulubionych butów – trampków. Kiedy w ręce wpadł mi magazyn Szycie Wydanie Specjalne 1/2018 i kiedy zobaczyłam te wszystkie propozycje płaszczy, pomyślałam, a co mi tam, podejmę wyzwanie, jak sprawdzać wykroje z nowej gazety, to najlepiej na czymś trochę bardziej skomplikowanym. Wahałam się chwilę między modelem 25 a 26 i ostatecznie postawiłam na 25. Popatrzcie sobie teraz na zdjęcia, a za chwilę, nieco niżej, przeczytacie, co też sobie myślę na temat całego tego szycia z „Szyciem”. DSC01091DSC01090DSC01089DSC01086DSC01088DSC01094DSC01100

Pozwólcie, że zacznę najpierw od zmian, które wprowadziłam w stosunku do oryginalnego wykroju. Jest ich niewiele, właściwie to czysta kosmetyka. Pierwsza z nich to wydłużenie rękawów o 6 cm już na etapie przygotowywania formy, druga natomiast związana jest z paskami. Nie udało mi się tak na szybko zorganizować klamerek do nich, wobec czego zrezygnowałam z nich zupełnie i pasek zrobiłam wiązany, a przy rękawach wszyłam paski w szwy i przytwierdziłam je guzikami. Zrezygnowałam także z szycia odpinanego kołnierza.DSC01102DSC01124DSC01138DSC01111DSC01122

Szycie tego płaszcza to była przygoda, ale niestety z kategorii tych, których podczas szycia chciałoby się raczej uniknąć. Pomna uwag Beaty na temat szycia jej płaszcza, bardzo skrupulatnie podeszłam do kopiowania formy i sprawdzania później wszystkich punktów stycznych. I co? Pstro! Albo się nie bardzo chciały stykać, albo długość poszczególnych elementów płaszcza do siebie nie pasowała, a już przy kopiowaniu kieszeni i wlotów zupełnie zgłupiałam. Linie kieszeni na przodzie i na części bocznej w ogóle się nie pokrywały. Z tym sobie jednak poradziłam, poprawki naniosłam i parłam nieśpiesznie naprzód. Nie przewidziałam natomiast, i z tym przyszło mi się zmierzyć już podczas szycia, że długość kołnierza i podkrój na niego rozjadą mi się tak bardzo, tzn. aż o 3 cm (tkaniny miałam na styk, więc nie było mowy o krojeniu nowego kołnierza). To już mnie wkurzyło. Ostatecznie i z tym sobie poradziłam, ale niesmak pozostał. Lecz i to nie koniec. Wisienką na szczycie tego nieudanego tortu okazały się guziki, dziurki na nie i wygląd płaszcza, który nijak się ma do tego, co w gazecie. W gazecie jest tak: CCF20180427Rewers jest jakby węższy. Stójka się schodzi (można ją zapiąć). Według rysunku technicznego brzeg przodu płaszcza styka się z karczkiem. A widzicie ten guzik tuż nad dziurką na zdjęciu samego płaszcza? A kuku, niespodzianka! Na wykroju tego nie ma. Na rysunku technicznym też. To gdzie powinien być? Ano na gotowym wyrobie.

Kompletnie zgłupiałam. Najpierw przyszyłam guziki według tego, co wskazywał rysunek techniczny. Potem odprułam guziki, przeklinając rysunek techniczny. Przyszyłam je według tego, co na formie. Było lepiej, ale to wciąż nie to. Stójka się nadal nie schodzi, a płaszcz nie do końca jest tym, którego się spodziewałam, choć ostatecznie wygląda dobrze i nie sądzę, żeby ktoś postronny zorientował się, że coś tu nie gra. Popatrzcie na zbliżenia na manekinie. DSC01164DSC01175DSC01180DSC01179DSC01173DSC01171DSC01167DSC01165DSC01184DSC01186

Jak poza tym oceniam gazetę? Wiecie, trudno się doszukiwać pozytywów, gdy tak naprawdę najważniejsze kwestie leżą. Trudno też nie porównać jej do Burdy, która na naszym rynku jest od dawien dawna i jednak wyznaczyła pewne standardy. Czego mi brakuje? Na przykład dokładnych miniatur poszczególnych części wykroju, które ułatwiają kopiowanie. Tej krótkiej notki wyjaśniającej, na co przed skrojeniem należy zwrócić uwagę i w trakcie (które linie którego rozmiaru dotyczą, ile zapasów na szwy). Dokładnej informacji, jak choćby tej, gdzie należy przyszyć guziki. Tak, są to sprawy, z którymi osoba doświadczona sobie poradzi. Ale osoba, która dopiero rozpoczyna swoją przygodę z krawiectwem, może wyłożyć się już na starcie. Bo cóż z tego, że na początku opisów wykonania jest napisane, że wykroje nie zawierają naddatków, skoro każde ubranie wymaga jednak nieco innych zapasów. Ja to już wiem, Ty to wiesz, a ktoś inny będzie być może musiał zepsuć kawał materiału, by się o tym przekonać. I jeszcze zahaczę o opisy szycia. Gdzieś przeczytałam, że są bardziej zrozumiałe niż w Burdzie. Fakt, są mniej naszpikowane technicznym słownictwem, przez co sprawiają wrażenie klarowniejszych. Ale, ale… Są tak ogólnikowe, że konia z rzędem temu, kto przy szyciu, wspomagając się opisem (bo jeszcze na przykład nigdy tego nie robił), wszyje podszewkę do takiego płaszcza, mając opis tej czynności zawarty w dosłownie jednym zdaniu. Pozwólcie, że zacytuję: „Zszyć części z podszewki tak samo jak płaszcz i wszyć podszewkę”. A gdzie jakaś wskazówka o fałdzie na plecach albo o tym jak przyszyć tę podszewkę do rozcięcia z tyłu?! Mówicie, co chcecie, ale dla mnie Burda tu jednak wygrywa.

Na koniec jednak do całej tej beczki dziegciu dodam łyżeczkę miodu 🙂 To, czym zachęciło mnie do siebie „Szycie”, to klasyczne modele, które właściwie nie wychodzą z mody. Są na tyle uniwersalne, że mogą służyć także jako baza do tworzenia innych form. Uwiodły mnie zdjęcia, które pokazują ubranie, a nie ukrywają jego mankamenty (choć majowy numer Burdy też ma wreszcie porządne zdjęcia). Tych modeli na numer jest naprawdę dużo i gdyby tylko jakość wykrojów była lepsza, to nie wiedziałabym, od czego zacząć szycie. Gazety jednak już więcej nie kupię, choć nie wykluczam, że jeszcze kiedyś coś uszyję z tych, które mam.

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do płaszcza. Uszyłam go z bawełny z nylonem ze sklepu Textilmar. To jest bardzo dobra tkanina na płaszcz. Nie strzępi się, nie gniecie za bardzo, a jak pogniecie, to się później sama wygładza. Na garnitury też się nada. I sukienki. Trochę się naddaje, więc będzie się ładnie dopasowywać do sylwetki. Podszewka zaś to według sprzedawcy satyna bawełniana, choć bez satynowego połysku i dość sztywna. Ale jednak bawełna, bo sprawdziłam, czy się pali 😉 Nie będę ukrywać, że to te kolory zawróciły mi w głowie. A zostało mi jej jeszcze tak dużo, że zastanawiam się teraz, co by tu z niej jeszcze uszyć. Może macie jakieś pomysły? DSC01154DSC01153DSC01149DSC01146DSC01160DSC01159

Jeśli macie jakieś doświadczenia z „Szyciem”, podzielcie się, proszę, nimi w komentarzach. Jestem ciekawa, czy tylko w konstrukcji płaszczy jest jakiś problem, czy jednak brak precyzji dolega wszystkim wykrojom. Chciałabym kiedyś jeszcze spróbować zmierzyć się ze spodniami i bluzkami z tej gazety.

Pozdrawiam wiosennie, Kasia!