Kasia Mazurek

Kitka z nitką


8 Komentarzy

Dzianinowa sukienka

dav

Wyobrażacie sobie swoje życie bez pasji? Bez czegoś, co potrafi pochłonąć Was bez reszty? Wiem, trochę głupio pytam. Wiadomo, że tak się żyć nie da. Czasami trzeba zwolnić, odpocząć, nawet od tego, co kochamy, ale porzucić się nie da. Bo Ty odstawiasz, ale za czas jakiś, czasem znienacka, to wraca i smyra po zwojach i serduszku, domagając się uwagi. Na początku dość nieśmiało, ale stopniowo myśli zaczynają krążyć natarczywie wokół tego, co sprawia przecież radość. I nim się człowiek obejrzy, nim ja się zorientowałam, wszystko wskoczyło na dobrze znane sobie tory. W moim życiu na nowo zadomowił się twórczy chaos.

Choć w zapasach mam sporo tkanin i rozsądek podpowiadał, by to nimi w pierwszej kolejności się zająć, to jednak nie mogłam sobie odmówić przyjemności pogłaskania materiałów w sklepie, tym bardziej że tę rozrywkę zaproponowała mi przyjaciółka. Od głaskania do zakupów droga już niedaleka, wiadomo. Na sukienkę kupiłam dzianinę z wypukłym wzorem, chyba coś w rodzaju punto, w jeansowym kolorze. O ile zwykle patrzę na skład tkanin, tak tym razem w ogóle mnie ten temat nie zajmował. Chciałam sobie coś kupić i już. W sklepie zdecydowałam, którą sukienkę uszyję, bo i ta decyzja początkowo nie została podjęta, mając już jednak materiał w ręce, bardzo szybko ustaliłam, że będzie to model 107 A z Burdy 9/2018.

Wykrój przewidziany został dla kobiet niskich, ale przy tak nieskomplikowanym modelu dopasowanie go do mojego wzrostu nie było żadnym wyzwaniem. Oprócz tego zrezygnowałam z wszywania zamka, bo dzianina rozciąga się na tyle, by w sukienkę swobodnie się wsunąć, i z paska, ale to już niestety po jego wszyciu (i obrzuceniu owerlokiem). Okazało się, że dzianina jest na tyle mięsista, że warstw w pasie robi się za dużo, i zamiast mieć wcięcie w talii, zrobił mi się dodatkowy wałeczek. Wyprułam go więc, zszyłam górę z dołem, a gotową sukienkę ozdobiłam srebrnym paskiem. Po całym dniu wojaży w sukience byłam pewna i jestem pewna nadal, że to kapitalny model i jeszcze z niego skorzystam.

davdavdavbtrPozdrawiam serdecznie, Kasia!

Reklamy


20 Komentarzy

Niecodziennie

Zwykle przychodzę do Was, chcąc podzielić się historiami dotyczącymi moich kolejnych szyciowych przedsięwzięć, zza których czasami tylko wystają osobiste skrawki mojej codzienności. Ostatnie miesiące jednak były dla mnie na tyle trudne i wiele w moim życiu zmieniły, że czuję, że bez podzielenia się tym z Wami powrót do blogowania w dotychczasowym tonie byłby dla mnie niemożliwy. A przecież wciąż chcę się z Wami dzielić moim szyciowym światem. Część z Was poznałam osobiście, część – czuję jakbym znała w realu, choć jeszcze nie mieliśmy okazji się poznać. Dlatego chcę zaprosić Was dziś do przeczytania tego wyjątkowego wpisu.

***

Gdyby przyszło mi sięgnąć pamięcią aż do czasów wczesnego dzieciństwa, gdybym uparła się, by wyliczyć wszystkie moje aktywności, które na pewien czas pochłaniały mnie bez reszty i stawały się choćby na chwilę moją pasją, to nie wiem, czy byłabym w stanie sobie to wszystko przypomnieć. Byłam zuchem, tańczyłam w zespole, chodziłam na zajęcia plastyczne, śpiewałam w konkursach piosenki dziecięcej (choć głosu nie miałam, ale za to szczerą chęć publicznego śpiewania), grałam w siatkówkę, grałam w koszykówkę (w szkolnych reprezentacjach), szyłam, robiłam na drutach, pochłaniałam książki, pisałam do szuflady, układałam nowe teksty do istniejących już melodii, próbowałam gry na gitarze, należałam do kółka filmowego i zawsze, ale to zawsze miałam poczucie, że mogę, jeśli tylko będę chciała.

Miałam szczęście być dzieckiem mamy, która bez wyjątku akceptowała wszystkie moje wybory. Miałam szczęście być wspieraną i chwaloną, czasem nawet na wyrost i aż do przesady. Pewnie to dlatego, że gdy jako wczesna nastolatka samodzielnie upiekłam swoje pierwsze ciasto, mama zupełnie nieświadomie publicznie (bo to podczas jakiejś sąsiedzkiej akcji ubierania klatki schodowej na ślub) stwierdziła, że mogłoby być trochę mniej słodkie, na co ja strzeliłam focha, a później ona mnie przepraszała. Gdybyście mnie widzieli, wiedzielibyście, że uśmiecham się na to wspomnienie i opisuję je z przymrużeniem oka. To nie był żaden przełom, tak było zawsze.

Miałam szczęście mieć mamę, której wiara we mnie była niezachwiana, a duma z moich osiągnięć, choćby błahostek, nie pozwalała jej cieszyć się w pojedynkę. Świat musiał się dowiedzieć, co niejednokrotnie potrafiło wprawić mnie w zakłopotanie i lekkie nawet zawstydzenie. (Tak, proszę pani, córka szyje ubrania, a Burda to nawet publikuje zdjęcia tych uszytych rzeczy. Mamo, weź przestań. Nie, proszę pani, nie szyję na zamówienie). Miałam ogromne szczęście mieć mamę, która widząc moje zaangażowanie, pomagała mi realizować moje marzenia, choć nigdy o to nie prosiłam. I miałam szczęście, bo mama wychowała mnie w poczuciu, że wszystko, co w życiu już mam i osiągnę, zawdzięczać będę sobie. Bo przecież mogę, jeśli tylko będę chciała.

***

Lada dzień miną dwa miesiące od dnia, kiedy zmarła moja mama. Swój świat bez niej układam na nowo, ale pustka, która została, zdaje się być niemożliwa do zapełnienia. Wiecie, moja mama była taką barwną i zakręconą osobą. Zdarzyło się jej wejść do sklepu z rozłożoną parasolką i zapomnieć jej złożyć, co choć utrudniało zrobienie zakupów, nie naprowadziło zbyt prędko na właściwy trop. Zdarzało jej się wyjść ze sklepu z koszykiem z zakupami bez płacenia, bo zamyślona zapominała, że ma zakupy i wychodziła nie przez kasy, tylko wyjściem bez zakupów. A kiedy raz wzięła mleko z Końskich (na kartonie było napisane Mleko. Końskie), dopiero gdy zapytała przy kasie, czy nie ma krowiego, zdała sobie sprawę, o co zapytała, i ryknęła śmiechem. Kiedy jednego roku zapomniała o moich imieninach (choć ich nie świętuję od lat), to dzwoniła później co miesiąc (Katarzyny jest co miesiąc w kalendarzu) i składała mi życzenia. Taka moja prywatna Chmielewska to była. Kiedy miałyśmy ochotę na coś słodkiego na zakupach, to zawsze kupowałyśmy draże Korsarz. Kokosowe. Nigdy inne. Kiedy się spotykałyśmy, rajd po marketach budowlanych i sklepach meblowych był obowiązkowy. Kiedy mama jeździła z nami na wakacje, instalacja ze spodni wypełnionych piachem była naszym stałym punktem programu. Kiedy miałyśmy ochotę siedzieć bez sensu i nic nie robić (co zdarzało się niezwykle rzadko, ale jednak bywało), to po prostu siedziałyśmy, choć długo tak usiedzieć nie mogłyśmy. Kiedy byłyśmy razem, zaczynałyśmy dzień od wspólnej kawy. Kiedy wracałam z pracy i szłam do przedszkola po syna, to dzwoniłam do niej, choćby po to, by się przywitać. Kiedy opowiadała dowcip, to było jak w banku, że spali puentę, ale i tak było śmiesznie. A kiedy jej potrzebowałam, to po prostu była. Mama.Autosave-File vom d-lab2/3 der AgfaPhoto GmbH

 


30 Komentarzy

Chwilo, trwaj!

DSC01575Jaram się. Cieszę się jak dziecko, że mamy wiosnę, a pogoda iście letnia. Nie nudzi mi się to nic a nic. Nie męczy. Nie narzekam, a chłonę i się napawam. Smakuję i rozkoszuję. Najpierw zapach bzu, potem słodkich akacji (próbowaliście kwiatów akacji w dzieciństwie?). Truskawki. Niebo w gębie. Ciepły wiatr we włosach. Rozbuchana do granic możliwości zieleń koi wzrok. Słońce rozpieszcza, a ja wciąż chcę więcej.

Uszycie jednej długiej sukienki natychmiast obudziło we mnie potrzebę uszycia kolejnej. Kto nosi długie sukienki, ten zalety zna. Kto nie nosi, niech szybko porzuca swe dotychczasowe przekonania i sprawdzi na własnej skórze (dosłownie), jak doskonała to część letniej garderoby. Tym razem kryterium, jakie powinien spełniać fason, miałam jedno – ma nie przysparzać problemów w szyciu. Wobec tak sprecyzowanej potrzeby przystąpiłam do poszukiwań odpowiedniego wykroju i nie zabrnęłam daleko, bo wykrój 110 B z Burdy 6/2018 oferował wszystko, czego było mi potrzeba. A nawet trochę więcej, ale rękawów pozbyłam się już na etapie kopiowania formy. Poza tym na sukienkę składa się już niewiele elementów, czyli przód, tył i dół z prostokąta. Zero zaszewek, zero pułapek. Sama rozkosz szycia.DSC01577DSC01576DSC01585DSC01586DSC01589

Do uszycia sukienki wykorzystałam 2,5 m tkaniny (silky lycra ze sklepu Textilmar – szczerze polecam na tego rodzaju sukienki). Ponieważ była dostatecznie szeroka, przód i tył wycięłam jako pojedyncze części. Z kolei ze względu na to, że mogłoby mi jej braknąć, dekolt i podkroje pach wykończyłam satynową lamówką. Dół ułożony jest w zakładki i dodatkowo zmarszczony na gumie. Dzięki temu jednak, że tkanina jest cieniutka niczym mgiełka, w pasie sukienka układa się gładko i niczego nie dodaje. Chyba że uroku 😉 DSC01596DSC01595DSC01592DSC01593DSC01590

Dacie wiarę, że wciąż jeszcze mamy wiosnę, a lato dopiero przed nami? Mnie nadal to zaskakuje, kiedy o tym pomyślę, i jednocześnie cieszy, bo tyle jeszcze ciepłych dni przed nami. I choć chwilowo wydaje mi się, że zaspokoiłam swoją potrzebę posiadania długich sukienek, to niewykluczone, że uszyję sobie jeszcze jakąś. DSC01556DSC01562DSC01569DSC01550

No to teraz łapka w górę temu, kto dał się przekonać do sukienek maxi 🙂 Wszystkie inne komentarze także z przyjemnością przeczytam i chętnie na nie odpowiem.

Tymczasem pozdrawiam Was słonecznie i serdecznie! Kasia