Kitka z nitką

O chorobcia, coś się kroi!


18 komentarzy

Prawie jak Lois Lane – sukienka w stylu lat 60.

Ja się nie skarżę. Ja tylko piszę, jak było. Ja nawet muszę powiedzieć, że gdyby nie ta nienajlepsza pogoda na wakacjach, to nie przyszłoby mi pewnie do głowy, żeby zawracać sobie ją myślą o materiałowych zakupach. I to nie, że tak na miejscu, bo o! wpadł mi w oko sklep z tkaninami przy okazji spaceru nadmorską promenadą, bo czego jak czego, ale sklepów z materiałami to na nadbałtyckich straganach akurat się nie znajdzie. Ja sobie pomyślałam, że skoro już tak sobie podczas tego deszczowego dnia jeździmy po tym Pomorzu, to może w drodze powrotnej do naszego wakacyjnego domku zatoczylibyśmy sobie jakieś takie kółeczko większe bądź mniejsze, żebym tej wakacyjnej radości z przywleczenia ze sobą suwenirów do domu zaznała, skoro nie dane mi było zaznać wakacyjnej opalenizny. I nawet kół zataczać nie musieliśmy, bo sklep z tkaninami to mi się trafił w Wejherowie właściwie przy drodze wiodącej do domku. W ostatniej chwili udało mi się złapać panią, która właśnie swój przybytek zamykała, ale jak jej opowiedziałam, że szukam pocieszenia w materiałowych zakupach, to mi sklep otworzyła i ucięłyśmy sobie miłą pogawędkę. Pocieszona bowiem znalezieniem się otoczeniu ze wszech miar przyjaznym, głaskając tkaniny i rozważając, która spełniłaby moje oczekiwania, rozluźniłam się i opowiedziałam pani o moich upodobaniach zakupowych. Od słowa do słowa doszłyśmy do sklepu Textilmar, ale też do wyboru pięknej tkaniny, którą pokażę dopiero, jak z niej uszyję sukienkę. Od pani dowiedziałam się, że ten sklep w Gdyni, niemalże obok którego będziemy przejeżdżać w drodze powrotnej z wakacji, to jest nie tylko internetowy, a w dodatku jest otwarty w sobotę. Kolejne więc wakacyjne zakupy zaplanowałam z premedytacją. Rodzina postawiona w stan gotowości stawiła się w sobotni poranek w miejscu zbiórki i po krótkim pożegnalnym apelu ruszyliśmy w drogę. Sklep został odwiedzony, zakupy zrobione, a tkaniny wygłaskane, by na przyszłość wiedzieć, co czym jest. DSC09299DSC09303DSC09302

Na sukienkę z dzisiejszego wpisu wybrałam żorżetę marchiano prawdopodobnie w kolorze latte, ale nie jestem pewna na sto procent. Jest zdecydowanie grubsza niż być powinna dla tego rodzaju sukienki, ale nic cieńszego, lejącego, nietransparentnego nie znalazłam. Postanowiłam więc zaryzykować. Sukienka zaś to model 115 z Burdy 8/2017. Od razu wiedziałam, że będę chciała ją uszyć. Kiedy więc wróciłam do domu, zabrałam się za szycie. I teraz coś Wam powiem. Myślałam sobie, że skoro przez najbliższy tydzień wyzwolona będę z obowiązków względem dziecka, bo dziecko bawiło u dziadków na wsi, to ja szyciowe góry normalnie przeniosę z tego nadmiaru czasu wolnego. Znaczy górę tkanin, które mi zalegają, zamienię na górę nowych ubrań. I wiecie co? Pomyliłam się tak, że aż szkoda gadać! Człowiek to jednak sam siebie potrafi zaskoczyć. Może to upał, a może jednak coś innego, ale dłubałam sobie tę sukieneczkę przez kilka dni nieśpiesznie, po kawalątku i w efekcie tego podczas nieobecności dziecka uszyłam tylko ją. Czyli jednak chyba wolę powoli, bez presji i ścigania się sama ze sobą. DSC09305DSC09314DSC09327DSC09318

W każdym razie sukienka jest. W pierwotnej wersji uszyłam ją z tymi marszczonymi główkami rękawów, ale przy tkaninie tej grubości wyglądało to koszmarnie. Przezwyciężyłam więc swoją niechęć do prucia i postanowiłam poprawić te rękawy. Najpierw poczyniłam tak jak Anetta ze swoją sukienką, ale nadal było licho, więc poszłam na całość i zlikwidowałam całe marszczenie. Odrysowałam sobie główkę od tego wykroju, wdałam i wszyłam rękawy. I teraz to ja już nie mam uwag. DSC09332DSC09338DSC09429DSC09430

Podczas szycia sukienki gdzieś w TV mignął mi „Superman” z 1978 roku. Popatrzyłam, łezka w oku się zakręciła, wszak dziecięciem będąc, oglądałam. Kiedy zaś zobaczyłam Lois Lane w jednej ze swoich kreacji, od razu skojarzyła mi się z tą sukienką. I choć Burda umieszcza ten fason gdzieś w latach 60., to i pod koniec lat 70. nadal nie byłby passe. Pierwsze co rzuca się w oczy, to właśnie te szerokie marszczone rękawy. Ale i to wiązanie jest bardzo częstym elementem strojów z tamtych lat. Od początku szyłam je z założeniem, że nie będę go wiązać ciasno wokół szyi, bo nie lubię nosić niczego tak blisko niej, a poza tym nie robi to dobrze mojej sylwetce, ale do zdjęć na chwilkę się oplątałam. No i teraz mam grzeczną sukienkę do biura ;).DSC09431DSC09432

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!


27 komentarzy

Letni kardigan

Latem to ja myślę bardzo ciepło o pogodzie.  Mówię jej, że jest super, że lubię, jak słońce świeci. Lubię nawet, jak czasem pada (najlepiej wieczorami i wtedy, kiedy jestem w domu). Lubię to, że nie trzeba nosić wielu warstw ubrań, a nawet im mniej, tym lepiej. I lubię myśleć, że jak jadę na wakacje, to wystarczą mi trzy ciuchy na krzyż, sandałki i okulary przeciwsłoneczne. Bo skoro ja o pogodzie ciepło, to i ona się ciepłem odwdzięczy. Tak myśląc, wybrałam się w zeszłym roku nad nasze morze i dzień, a właściwie noc, kiedy dotarłam, był w zasadzie ostatnim ciepłym dniem nad Bałtykiem w czasie mojego pobytu (nawet wspominałam o tym przy okazji wpisu o kombinezonie w łowicki wzór). Zaopatrzona tylko w letnie ciuchy, bo zimowe latem wędrują do schowka i o nich zapominam, tylko dzięki mamie i jej bluzie nie przemarzłam wtedy na kość. Dlatego w tym roku to ja sobie pomyślałam, o co to to nie, chłodem mnie ty Bałtyku jeden kapryśny nie weźmiesz. W ramach tego pomyślunku postanowiłam uszyć sobie kardigan, ale nie taki bardzo ciepły zimowy i puchaty jak mała owieczka, tylko taki zupełnie letni. I choć w ogóle się nie cieszę, że musiałam z niego skorzystać częściej niż nakazywałoby wyobrażenie o letniej przyzwoitości, to nie napiszę, że nie tli się tam we mnie żaden płomyczek dzikiej satysfakcji. Bo ja sobie tym swetrzyskiem bardzo dobrze utrafiłam we własne gusta, formy i zgromadzone kolory w szafie. DSC09147DSC09148DSC09150DSC09157DSC09160

Do mojej koncepcji letniego kardiganu najbardziej wpasował się wykrój na szlafrok z Burdy 1/2012 model 108, ale czekało mnie z tą formą trochę gimnastyki. Zamówiłam sobie z Natana taką bowiem dzianinę swetrową (i bardzo ją polecam, bo jest świetnej jakości), ale zamówiłam jej 1,5 m. Przyszło jak zwykle trochę więcej, ale po upraniu zrobiło się trochę mniej. No i na tym półtorametrze rozpoczęłam wygibasy, żeby mi ten długi sweter się udał. Zlikwidowałam  tę dużą zaszewkę z przodu, tył skroiłam jako całość. Zwęziłam trochę przody i wykończyłam je zwykłym podłożeniem na jakieś 1,5 cm, bo ich odszycia nie miałam już z czego wyrzeźbić. Sweter skróciłam do kolan, bo kieszenie, i to takie duże, to ja musiałam po prostu mieć. A rękawy zostały dwuczęściowe, choć gdybym tej dzianiny miała jednak więcej, to zrobiłabym jednoczęściowe. DSC09170DSC09167DSC09169DSC09172

Oprócz ciepłego lata to ja lubię jeszcze, jak mi się te moje pomysły tak dobrze udają. Jak ta moja urzeczywistniona już wizja jest dokładnie tym, czym miała być, albo nawet czymś lepszym. Kardigan wprowadził mnie w stan błogiego zadowolenia z co najmniej dwóch powodów. Raz że sprawdził się nad tym humorzastym morzem, a dwa – w szyciu wszystko zagrało jak trzeba: i połączenie wykroju z dzianiną, i niezbędne (bo wymuszone zbyt małym kawałkiem dzianiny) poprawki.

Wykrój na ten kardigan, a właściwie szlafrok, dodaję do swoich ulubionych i gdy tylko nadejdą chłody, zmierzę się z nim jeszcze raz. To jest bardzo wygodna alternatywa dla płaszcza, zwłaszcza że można pod niego założyć wszystko. A że z moją szafą jest coraz lepiej i przy zakupach zamiast porywów serca coraz częściej kieruję się chłodną kalkulacją, to mi z tych moich ubraniowych puzzli wychodzi coraz więcej układanek. DSC09184DSC09185DSC09186DSC09209DSC09208DSC09211DSC09220DSC09218DSC09222

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!


36 komentarzy

Kombinezon w stylu boho

Och, ile to ja się nakombinowałam, zanim wymyśliłam, co też mogłabym uszyć z tego dwumetrowego kawałka bawełny z borderem po obu stronach. I nie byłoby to takie może wyzwanie, gdyby nie to, że ta bawełna to była lekko elastyczna po długości, a nie szerokości, a realizację pierwotnego pomysłu porzuciłam w chwilę potem, kiedy na stronie ze stylizacjami Burdy zobaczyłam dokładnie taką kieckę, jaką zamierzałam uszyć. Zacznę jednak od początku i jeśli macie ochotę towarzyszyć moim wspomnieniom, zapraszam do lektury. A było to tak…

Jako osoba już kompletnie zbzikowana na punkcie szycia mam wzrok zaprogramowany na wyszukiwanie witryn sklepowych z szyldami „TKANINY” i „PASMANTERIA”. Rozumiecie to, prawda? Kiedy jeżdżę w rodzinne strony, lubię sobie od czasu do czasu zajrzeć do tamtejszych sklepów i zrobić jakieś małe zakupy (z tych zakupów właśnie powstał mój ostatni spodniowo-bluzkowy komplet). Ale co to dopiero jest za radość, kiedy w jakimś nowym miejscu natknę się (albo wręcz specjalnie wyszperam o tym informację w odmętach internetu – ale o tym to już historia na kolejny wpis) na jakiś sklep z tkaninami i to w dodatku całkiem dobrze zaopatrzony. No radość nie ma wtedy granic, a ja nie byłabym sobą, gdybym chociaż nie zerknęła, co tam ciekawego mają. I tak właśnie było tym razem, czyli dwa lata temu, kiedy z plecakiem na plecach i dwuipółatkiem za rączkę wybrałam się pociągiem na weekend do Gdyni, by zażyć nieco morza i kąpieli słonecznych. Okazało się, że tuż za rogiem placyku, przy którym wynajęłyśmy z koleżanką mieszkanie, znajduje się sklep z materiałami wszelakiej maści. Jakież to było szczęście, kiedy okazał się otwarty w sobotę, a ja mogłam zostawić na chwilę koleżankę, dziatwę i oddać się buszowaniu. I tylko ograniczone miejsce w plecaku spowodowało, że kupiłam kawałek dzianiny na bluzkę dla mamy i dwa metry bawełny na sukienkę. Wybrałam ją, ponieważ chciałam koniecznie jeszcze raz uszyć sukienkę podobną do tej, a było to wtedy, kiedy nie podjęłam się jeszcze jej zmniejszania i nie sądziłam, że jeszcze ją założę.

Z planami szycia nowej sukienki wróciłam do domu. I jak już napisałam, plany porzuciłam, gdy przeglądając realizacje modelu 133 z Burdy 8/2012, ujrzałam identyczną sukienkę. Tak właśnie miała wyglądać moja… Zniechęcona materiał wrzuciłam do mojego składu i co jakiś czas wyciągałam z niego, zastanawiając się, co mogłabym z nim zrobić. Moje myśli cały czas krążyły wokół sukienki, ale niezależnie od tego, jaki model bym wybrała (a szukałam rozkloszowanego), w efekcie otrzymałabym sukienkę podobną do tej uszytej przez Barking. Po jakimś czasie porzuciłam wizję rozkloszowanej kiecki na rzecz czegoś bardziej dopasowanego. Ale wciąż się nie mogłam zdecydować, bo taka sukienka wymagałaby podszewki. A ja podszewki nie chciałam. Zaczęłam myśleć znowu i wyszło mi z tego, że mogłabym wykorzystać same bordery do jej uszycia, a wtedy podszewka byłaby zbędna. I już byłam gotowa szyć sukienkę z modelu, który wykorzystałam dwukrotnie (Snowflake i Sztywniara), aż w maju tego roku dopadło mnie nagłe olśnienie. Kombinezon! Kombinezon będzie idealny! DSC09083DSC09081DSC09078DSC09077DSC09092DSC09093

Ponieważ wykroju wówczas odpowiedniego nie miałam (teraz już jest, w licowej Burdzie), punktem wyjścia uczyniłam wykrój na spodenki od tego kombinezonu, skracając nieco ich stan z przodu i bardziej z tyłu oraz dodając rozcięcia na szwach bocznych nogawek. Sprawdziłam, ile mi to zabierze borderu z tkaniny i potem już wiedziałam, co zrobię dalej. Resztę ozdobnych brzegów pocięłam na pasy, które widzicie w postaci ozdobnego wykończenia dekoltu, a górę kombinezonu uszyłam z białego środka. Nie pamiętam już z którego wykroju korzystałam, rysując górę, ale to i tak nie ma większego znaczenia, bo i tak każdy musiałabym przerobić nieznacznie, by móc później naszyć cięte po nitce prostej listwy ozdobne. Początkowo chciałam, żeby były one wiązane na ramionach, ale po zrobieniu kokardy próbnej zmieniłam zdanie, zrobiłam tunele i wciągnęłam sznurki ozdobione koralikami. To samo w pasie. Wiązanie pełni tylko funkcję ozdobną, natomiast do zapasu szwu łączącego górę i dół wszyłam gumę, żeby kombinezon równomiernie się marszczył. Mimo że kombinezon to raczej nieduża forma, z tkaniny, a zwłaszcza borderu zostały mi ledwie ścinki. DSC09126DSC09125DSC09119DSC09121

No i powiem Wam teraz, że w upały to on się sprawdza idealnie. Odsłania dużo, nie klei się do ciała i jest tak lekki, że się wcale o nim nie pamięta, że się go na sobie ma. Na wakacjach to mi się akurat przydał tylko raz i nawet upałów wtedy nie zaznałam, ale teraz, kiedy z nieba leje się żar, to on jest niezastąpiony. No naprawdę lepszego ciuszka to ja sobie nie mogłam z tej tkaniny wymyślić. Jakież to szycie jest kreatywne! Jak mnie cieszą takie udane projekty! DSC09094DSC09095DSC09099DSC09128DSC09130DSC09131

DSC09138

Im bliżej morza, tym bardziej głowę urywało…

Pewnie i Wam przydarzyły się takie długofalowe, ale zakończone sukcesem projekty. Jeśli macie chęć podzielić się ze mną swoimi opowieściami, podlinkujcie w komentarzach swoje posty. Z chęcią u Was pobuszuję.

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!


31 komentarzy

Francja-elegancja

Ten tydzień, mimo że jego początek był także początkiem mojego urlopu, zaczęliśmy na pełnej petardzie i w szaleńczym biegu. A wszystko dlatego, że nadprogramowy tydzień poprzedzający wyjazd mógł się okazać wakacyjnym tygodniem niezagospodarowanym, czyli w mojej świadomości zupełnie zmarnowanym. Nie mogąc do tego dopuścić, szybko postanowiłam, czym sobie wypełnimy to radosne oczekiwanie na wakacyjny wyjazd. Wymyśliłam sobie odświeżanie. Tym razem jednak nie garderoby, a mieszkania, a konkretnie dziecięcego pokoju i przedpokoju. No i muszę Wam powiedzieć, że czasami to mam jednak wrażenie, że w pracy zawodowej za biurkiem przy komputerze to ja się chyba marnuję. Taki fajny obraz do pokoju synka wymyśliłam, a jak go zrobiliśmy, to się okazało, że wygląda jeszcze lepiej niż w wyobrażeniach :). Siedzieliśmy później po skończonej pracy, przyglądaliśmy się dziełu własnych rąk i puchliśmy z dumy. A dziecko nagrodziło naszą pracę radosnym piskiem.

Kosmiczny obraz

Obraz na płycie kartonowo-gipsowej podświetlany diodami led dla małego fana kosmosu

No i między jednym malowaniem a drugim udało nam się wreszcie zrobić zdjęcia. Proszę Państwa, fanfary! Oto spodnie, których szycie pokazałam w tym poście, a uszyte zostały według modelu 139 z Burdy 8/2012. Napiszę to jeszcze raz, ale to tak dobrze dopasowana do mojej sylwetki forma, że nie będę już szukać żadnej innej, kiedy zachce mi się kolejnych. A w planach na najbliższy czas mam co najmniej jeszcze jedne. DSC08980DSC08989DSC08983

Bluzkę, którą widzicie na zdjęciach, uszyłam właśnie z myślą o noszeniu jej do tych spodni. Ostatnio bowiem przy wyborze rzeczy do uszycia myślę zestawami, żeby mi później było się łatwo ubierać. A uszyłam ją też dlatego, ponieważ już od dawna miałam na pintereście przypięte zdjęcie bluzki z taką kokardą na ramieniu i co na nie patrzyłam, miałam poczucie, że muszę sobie taką uszyć. No to uszyłam, nie korzystając z żadnego wykroju. Narysowałam sobie tę bluzkę sama i uszyłam raz-dwa, bo to najprostsza bluzka z możliwych. DSC08986DSC08991DSC08994DSC09003DSC08999DSC09007DSC08992

I teraz to ja się Wam do czegoś przyznam. Te tkaniny to zupełnie nienaturalne są. Ze mną to jest tak, że jak kupuję przez Internet, to nawet na te syntetyczne patrzeć nie chcę. Ale jak czasem wejdę do stacjonarnego sklepu i coś zobaczę, to już opór przed kupowaniem tego, czego nie kupiłabym w sieci jest jakby mniejszy. A jeśli wchodzę z nastawieniem, że koniecznie muszę coś kupić, to znikają wszelkie opory. I w ten sposób nabyłam właśnie materiały na spodnie i bluzeczkę. Tkanina na spodnie jest dosyć mięsista, nietransparentna i ma dodatek elastanu. Zdaje mi się, że to taka typowa tkanina kostiumowa. Natomiast bluzkę uszyłam z grubej żorżety, która prawą stronę ma powleczoną złotymi drobinkami. I te właśnie drobinki mnie kupiły, a ja kupiłam je. DSC09013DSC09011DSC09012

Powiem Wam, że w tym zestawie to ja się czuję świetnie. Elegancko, ale bardzo wygodnie, w spodniach, ale wciąż bardzo kobieco. I prosto, choć nie nudno. Jestem z moich nowych ubrań bardzo zadowolona i mam ochotę na więcej.DSC09025DSC09028DSC09032DSC09029DSC09037DSC09035DSC09040

Pozdrawiam serdecznie, Kasia!


24 komentarze

Zmiana kursu, czyli skok w spodniowy bok

Tego lata, choć z sukienkami jestem za pan brat i chętnie je noszę, zdecydowałam ograniczyć nieco ich szycie i uzupełnić szafę o spodnie. Bo sukienek rozmaitych ci u mnie dostatek, a spodni to jednak trochę mniej. Tak bardzo przez to całe szycie zakręciłam się na punkcie sukienek, że spodnie poszły w odstawkę. A ja spodnie bardzo lubię, chętnie noszę i czasami w moim przypadku są lepszym rozwiązaniem niż sukienka. Tylko okazało się, że z ich wyborem u mnie jednak jest dość marnie. Skoro jednak nabrałam już wprawy w szyciu, postanowiłam, że troszkę ich sobie poszyję. Pokazałam już, jak uszyłam jedne spodnie, pokażę Wam teraz siebie. DSC08955

Ale zaraz zaraz. Miały być długie i różowe, a ja tu tymczasem wyskakuję z krótkimi spodenkami, które na pierwszy rzut oka niewiele mają wspólnego z poprzednimi. To ja już Wam szybko zaraz wszystko opowiem. Bo to było tak, że ja te spodnie różowe uszyłam i one sobie wiszą w szafie. Wiszą i czekają na urlop, pogodę i fotografa, bo sobie zdjęcia wymyśliłam nieco dalej od domu. Tak, żeby mi tło pasowało do tego, co mam na sobie. A kiedy już te spodnie uszyłam, to przyszło mi do głowy, że przecież skoro niebawem już mam ten urlop, to przecież ja muszę sobie w końcu uszyć te krótkie spodenki, które sobie zaplanowałam na urlop na lato. Bo na co mi będą krótkie spodenki, jak ja już będę po? No dobra, pewnie by się przydały, ale radość z ich uszycia byłaby pewnie mniejsza. I wymyśliłam sobie spodenki dokładnie takie, jak widzicie na zdjęciach. DSC08957DSC08972DSC08943

A jaki mają związek z poprzednimi? Ano taki, że do ich uszycia wykorzystałam ten sam wykrój, co do różowych spodni, czyli model 139 z Burdy 8/2012 (w ogóle to uważam, że to jeden z lepszych numerów; okładkę mam już całą zwichrowaną od tego ciągłego jego wertowania). Szukałam takiego modelu w innych numerach, ale nie natrafiłam na nic, co byłoby idealną odpowiedzią na moje poszukiwania. Z każdym wykrojem musiałabym trochę popracować i coś przerobić, pomyślałam więc sobie, po co będę ryzykować, wykorzystam to, co mam i znam. Bo muszę się podzielić już tu z Wami informacją taką, że ten model spodni jest dla mnie absolutnie doskonały. Wszystko jest w nim na moją miarę: podkroje, obwody, długości. Wykrój marzenie. Narysowałam więc sobie krótką wersję spodenek, dodałam zakładki, obniżyłam stan o 3 cm i wyrysowałam mankiety, dodałam kieszenie na pupie. No i doszyłam paseczek, żeby wiązać sobie filuterną kokardkę. I tu nawę mąż, który pomagał mi tę upiornie sztywną tkaninę wywrócić na prawą stronę, zastanawiając się, po kiego grzyba cały ten trud, przyznał po wszystkim, że ta kokardka to całkiem fajny detal. DSC08949DSC08951DSC08950DSC08963

Spodenki mają szerokie i dość długie jak na szorty (a może to już bermudy?) nogawki. Dokładnie o takie mi jednak chodziło, bo chciałam czuć się w nich swobodnie i bez skrępowania i ciągłego myślenia o pilnowaniu godności wyginać, wypinać i tarzać, jeśli będzie trzeba, w piachu. Uszyłam je z bawełny z elastanem (kupionej tutaj) i uważam, że tkanina na spodnie nadaje się idealnie, zwłaszcza jesienne. Jest zwarta, mięsista, nie strzępi się podczas pracy. Ale, ło matko jedyna, jak trudno się w nią wbija szpilki, jak ciężko fastryguje. Taka jest zwarta! Palce pokłułam sobie koncertowo i porobiłam odciski. Najważniejsze jednak, że trud się opłacił. Spodenki są dokładnie takie, jak miały być. DSC08964DSC08967DSC08968

Na koniec to Wam jeszcze powiem, że już dawno, aż do tych spodenek, nie przytrafiła mi się żadna przygoda. A tu przyszło mi się znów zmierzyć dziurą wyciętą w przodzie przez owerloka. Kiedy już odkryłam, co sobie znów zaserwowałam, w akcie niemej rozpaczy udałam się do kuchni, ukroiłam kawał ciasta i otworzyłam piwo. Skonsumowałam. Pomogło. Potem wyprułam lewy przód, wykroiłam nowy (jakbym nie miała zapasu materiału, to rozpacz byłaby pewnie dzika i nieokiełznana) i wstawiłam puzzla w odpowiednie miejsce. Dalej poszło jak z płatka. DSC08947

Spodenki z miejsca stały się moimi ulubionymi i tylko żal, że pogoda jest tak marna, że póki co to ich miejsce jest nie na mnie tylko w szafie. Jak zwykle jednak liczę (mam nadzieję, że nie naiwnie) na to, że jak tylko rozpoczną mi się wakacje, to i słońca i ciepła będzie tyle, ile mi trzeba. Czyli najlepiej tyle, ile podczas ostatniej niedzieli, kiedy robiliśmy zdjęcia.